Ułamek sekundy niech nie decyduje o moim patrzeniu na świat

Ogromną zaletą bycia mocno po trzydziestce jest doświadczenie w relacjach długoterminowych. Przez osiem czy dziesięć lat w relacji może zdarzyć się niejedno. Na przykład można sobie zrobić dużo krzywdy, a potem dojrzeć i latami, powoli, wspólną pracą dojść do rzeczy pięknych. Albo można nie mówić wiele, ale przez lata nazbiera się czynów i świadectw. Albo można po prostu sobie być, patrzeć i po latach zorientować się, że właśnie te lata minęły a my – jesteśmy. Sobie jesteśmy, mimo wszystko.

Nie bardzo potrafię sobie przypomnieć, jak to było na początku. Chyba rozpaczliwie poszukiwałam potwierdzeń, że jestem ważna. Chyba szlag mnie trafiał na każdą kobiecą dłoń ucałowaną z rewerencją i na każde płomienne spojrzenie w inną stronę (na mężczyzn nie, ciekawe). Chyba bardzo się bałam, że nie przetrwam, że przeminę.

Kocham tych samych ludzi od ośmiu, dziesięciu lat. Jestem i oni są. To właśnie upływający czas daje mi największe poczucie pewności i bezpieczeństwa. Nie powinno dziwić, że tam, gdzie ten czas nie minął, gdzie sprawy są bardzo świeże, jest trudniej. I tak, oczywiście, że mogę zniknąć i przeminąć.

Może ten lęk trzeba sobie obejrzeć, oswoić, pobyć z nim? Tak robię z zazdrością, która pojawia się rzadko i zawsze mnie okropnie zaskakuje. Gdy któregoś razu ścięła mnie z nóg, dobrzy i mądrzy ludzie powiedzieli mi: „Zazdrość mówi ci o tym, co boisz się stracić. Nie walcz z nią, tylko z nią pobądź”. Pomogło wtedy i pomaga do dzisiaj. Nauczyłam się też mówić głośno: „jestem zazdrosna”. „Jestem zazdrosna, ale spoko, to moja emocja. Minie”.

Boję się, że zniknę i nic po mnie w Tobie nie zostanie.
Boję się, że zapomnisz i że ja zapomnę.
Boję się, że już zniknęłam.

(Uwalniające. Trochę. Stay tuned.)

Na szczęście ciągle mam ciekawość. Gdzieś pod całym lękiem i stratą ona sobie siedzi i czasem strzyże uchem. Gdzie mnie to zaprowadzi? A Ciebie? A nas?

Spokojnie leżeć na słońcu

Ale serio, nie mam już na nic siły. Mam dosyć. Szukania mieszkania od trzech miesięcy. Martwienia się. Koordynowania. Decyzji. Myślenia. Wstawania, jedzenia, picia, zarabiania, wydawania, rozmawiania, zabawiania, kojenia, pilnowania. Dbania. Uśmiechania. Wytrzymywania.

Wszyscy to mamy, wiem. A ja zawsze byłam tą, która ogarnia. Narzeka, krzyczy, ale daje radę. Bardzo czasem zazdroszczę tym, którzy potrafią po prostu mieć w dupie wszystkich, zamknąć się w swojej skorupie i przestać się odzywać.

Chcę położyć się na trawie i patrzeć na drzewa. I tak zostać na dwa miesiące. Albo na plaży, patrzeć na wodę przez resztę życia. Tak strasznie bym chciała NIE MUSIEĆ.

Ile można

To nawet nie tak, że za którymś razem nie wstajesz. Wstajesz, pewnie, że tak. Musisz przecież, dajesz radę, są rzeczy i sprawy do ogarnięcia, jest życie do przeżywania i tak dalej. Więc wstajesz jak zwykle, tylko jakoś w pewnym momencie nie masz już ochoty nastawiać bohaterskiej klaty kolejny raz, jak jakiś Chrystus, który wszystko zniesie, wszystko przetrzyma, nigdy nie ustaje. Generalnie jeśli chodzi o agape, to pewnie, czemu nie, ale może beze mnie.

To się dzieje niepostrzeżenie, wślizguje się. Jednego dnia nie odpiszesz, drugiego nie masz ochoty odebrać telefonu, trzeciego olewasz w ogóle wszystko i zajmujesz się sobą. Szlachetny egoizm, bardzo pochwalam, wszystkie powinnyśmy być bardziej zakochane w sobie, a mniej w naszych odbiciach, wyrażanych ilością reakcji w realu i wirtualu. Bo reakcje nie są o nas, tylko o tych, którzy reagują. Lub nie.

To nie jest tak, że za którymś razem nie wstajesz. Tylko skóra robi się wreszcie jednak grubsza, choć nigdy tak nie chciałaś. Tylko stajesz się bardziej cicha (trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca). Tylko zaczynasz żyć swoim życiem, za swoim murem. A przyjemne niespodzianki w gruncie rzeczy psują ci plan dnia.

Przyjdzie, nie przyjdzie. Napisze, nie napisze. Odwoła, nie odwoła. Właściwie wszystko jedno. Co z tego.

– Jakoś tak nic mi się nie chce.
– Ale zaraz czerwiec.
– W tym roku niech czerwiec radzi sobie beze mnie.

Za dużo

Jakoś od lutego, albo może wcześniej, awarii uległy:
– dwie relacje
– tablet
– kindle
– cierpliwość Caina
– i mój nienadążający mózg, czy może układ nerwowy.

Aha, i dwa razy oblałam teorię prawa jazdy, a kolejne dwa razy nie dotarłam. Czyli 0-4 dla WORDu.
Na tarczycę nie zwalę, bo akurat w normie.

Usilnie przygotowujemy przeprowadzkę do Gdańska na stałe. Trzymanie bowiem małych astmatyków w smogu odczuwam jako zaniedbanie rodzicielskie, poza tym nie ma już nic więcej, co moglibyśmy dla nich w tej sprawie zrobić. Czy będą tam zdrowsi – nie wiem, ale zostać w Warszawie to trochę jakby wrzucić osobę uczuloną na sierść do klatki z królikami i tam trzymać. No słabe. Tak więc od marca bezskutecznie szukam mieszkania, a Cain rozgląda się za jakąś fajną pracą. Strasznie mnie to stresuje, bo raz, że nienawidzę przeprowadzek, a dwa, że mamy tutaj WSZYSTKO. I prawie wszystkich.

Kupiłam samochód, ale nadal nie mogę go prowadzić.

Debiutowałam na scenie burleskowej! Było fajnie.

Za mało pracuję, za dużo wydaję. Za mało sprzątam i gotuję, za mało śpię, za dużo czytam i rozmyślam.

Ostatnimi czasy nie nadążam, zapominam i się ociągam. Prawdopodobnie coś Wam obiecałam i nie dotrzymałam. Albo chciałam i nie zrobiłam. Albo w ogóle nie odpisałam. PRZEPRASZAM. Dzieje się u mnie dużo na raz i nie wyrabiam.

Zamiast gonić terminy, zabrałam dzieci na ognisko, na piknik i na działkę. I to było dobre.

Zdjęcie użytkownika Luca Olga Machuta-Rakowska.

Zdjęcie użytkownika Luca Olga Machuta-Rakowska.
Zdjęcie użytkownika Luca Olga Machuta-Rakowska.
Zdjęcie użytkownika Luca Olga Machuta-Rakowska.

Tell them how I’m defying gravity

Lubię rzucać się z klifu na główkę. Nie w morze. W życie.

Lubię puszczać hamulce, biec przed siebie, mówić, co myślę, opuszczać gardę, brać garściami i dawać bez sprawdzania, czy wolno.

Zwykle nie wolno, bo ludzie niekoniecznie chcą, żeby obrzucać ich emocjami i z butami włazić pod skórę. Ludzie potrzebują dystansu i czasu. Potrzebują poczucia bezpieczeństwa opartego na racjonalizacji i kalkulacji. Ja to wszystko rozumiem. Trochę też tak mam, bo jestem rozsądną dziewczyną, która tylko zawsze marzyła, żeby skoczyć z klifu.

Ludzie zwykle tak mają. Nagle odkrywam, że nie zawsze.

Ja nie skoczę? Patrzcie. Witają mnie szeroko otwarte, zachwycone oczy, bez strachu, z ciekawością. Pieprzyć kalkulacje, najwyżej zaboli, biorę wszystko.

Jest cudownie.

Nie zamieniłabym się z nikim

Przez ponad połowę życia byłam uważana za freaka, niespecjalnie lubiana i permanentnie nieszczęśliwa w miłości. Mając dwadzieścia sześć lat, po rozstaniu z narzeczonym, zakochana bez wzajemności i zdecydowanie zbyt często wstawiona – byłam naprawdę przekonana, że nic mnie już w życiu osobistym nie czeka.

Wtedy właśnie, na jednej z imprez, poznałam Caina. A z Cainem stopniowo wszystko stało się proste i piękne. Może też trochę z wiekiem? Mam nie tylko miękkie lądowanie, ale też zasadniczo wyjebane na rzeczy mało ważne. Zaś pomiędzy tymi ważnymi (rzeczami i ludźmi) nie muszę wybierać, a może właśnie wybieram codziennie, w każdej chwili, ale to nie jest „wszystko albo nic”, „on albo ja”, to raczej pewna konsekwencja, o której może napiszę kiedyś osobno.

Gdybyś nie był sobą, kim chciałbyś być? Znacie to, prawda? Jeszcze całkiem niedawno, parę lat temu, mówiłam, że chciałabym być Amandą Palmer. Teraz myślę, że wprawdzie Amanda wymiata, ale z nikim nie zamieniłabym się na życia. Moje jest fantastyczne. Czuję się zadowolona, kochana, spełniona. To znaczy, znacie mnie, robię dramy średnio raz dziennie, bo czymże jest życie bez emocji, prawda. Moje zwłaszcza. Ale tak naprawdę jestem głęboko szczęśliwa.

Pisałam ostatnio na Facebooku, że jak mi ta bańka z miłości kiedyś trzaśnie, to będzie doprawdy epicki lot w dół. Ale w gruncie rzeczy są przecież w naszym życiu sprawy trudne. Kasa na przykład. Choroby i problemy rozwojowe dzieci. Brak czasu dla związku. Polityka niemiłościwie nam panujących. Tylko ja chyba wyprowadziłam się już z krainy pesymizmu (nigdy bym się tego po sobie nie spodziewała!) i patrzę przez tę moją bańkę, skupiając się na tym, co piękne, dobre i prawdziwe. To podejście wraca: im więcej we mnie wdzięczności, tym więcej świat mi daje.

Zajechało Pałlem Koeljem, bardzo przepraszam.


Tymczasem lato zmierza ku końcowi i gdzieś za miesiąc będę znów szukać strategii na sezonowe obniżenie nastroju. Zanim to jednak nastąpi, zaczynam pracę tu i ówdzie. Ponieważ Koeljo, oferty się mnożą i mogę wybierać te miłe. Dobre myśli mile widziane: jeśli budżet zacznie się luźno dopinać, jesienną deprechę pokoloruję sobie w studiu tatuażu. Amen :)

Doroczny (mniej więcej) post o wiośnie

Wreszcie. Więcej światła! (Podobno Goethe tak zawołał tuż przed śmiercią, #famouslastwords.) Szalone chmury na zmianę ze słońcem, pachnie ziemią, są pączki, kwiatki i cała reszta, elegancko, jak w marcu być powinno. To mi naprawdę bardzo pomaga, bo zimowe obniżenie nastroju zawsze mocno daje mi w kość.

Nie piszę: „zimowa depresja”, bo zbyt poważnie traktuję tę chorobę i myślę, że moje sezonowe doły nie mają nic wspólnego z prawdziwą depresją, nie mylmy pojęć. Zbyt wiele znam chorych osób, żeby sobie nią bezmyślnie wycierać klawiaturę. Ściskam je wszystkie z tego miejsca, zima za Wami, kochani, dobra robota.

Wraz z wiosną podniesiono mi dawkę leku na tarczycę i jak to nie pomoże, to chyba zwinę się w jakimś miękkim kąciku już na zawsze, bo wszystko inne wymaga przeogromnych ilości wysiłku. Zasypiam w locie, zapominam o wszystkim, mylą mi się różne rzeczy, a prócz mózgu straciłam też paznokcie. Włosy jeszcze się trzymają – dobre geny ukraińskich księżniczek – i mam nadzieję, ze tak zostanie, bo polubiłam je znów długie, gęste i ciemne. Ale jednocześnie wciąż targa mną na zmianę wkurw, miłość i paręnaście innych dość ekstremalnych emocji, czyli jeszcze Luca nie zginęła. Parę kciuków nie zaszkodzi.

Na parapecie obok mnie kiełkują jak szalone różne rośliny, moja córka ma niesamowitą rękę do kwiatków. Koty dostają szału przy każdym uchyleniu okna. Chodzę w tenisówkach i marzną mi kostki, ale co tam, Niech się jeszcze zrobi ciut cieplej, niech prochy zadziałają i niech się uda w maju trochę wyjechać z rodziną – i będzie całkiem pięknie :)

Danek, czyli oczyszczacz powietrza nowym członkiem polskiej rodziny

O matko, znowu Was zaniedbałam! Ale nie ogarniam swojego życia, strasznie wielka ta kuweta i jakoś wiecznie zasyfiona.

A co nowego, spytacie?

Myślałam niedawno, że wyprowadzę nas do Trójmiasta w trybie pilnym. Gdyż smog, Dzidek coraz bardziej grawituje w kierunku astmy, oboje bez przerwy mają zapalenie oskrzeli, Cain też choruje i nawet mnie zaczyna coś jakby częściej boleć głowa, a jestem przecież Matka Polka z Żelaza. No więc patrząc na tę moją chorą rodzinę i wyobrażając sobie wszelkie konsekwencje na przyszłość, a także małe twarzyczki przez połowę roku codziennie w maskach, doszłam do wniosku, że to jest już, kurwa, jakieś postapo. No sorry, ale mnie ta wizja nie bawi, a maluch w obowiązkowej masce antysmogowej wydaje mi się jednak bardziej biedny, niż cool.

Jednakowoż małżonek stawił opór. Ja mu się jakoś bardzo nie dziwię, bo to właśnie on musiałby porzucić bardzo fajną pracę i szukać nowej trzysta kilometrów stąd. Wyliczyłam przełamywanie oporu wraz z realizacją na jakieś kilka miesięcy i wybrałam kompromis. Jak ja, kurwa, nienawidzę kompromisów, to wiem tylko ja i ten biedny mężczyzna, za którego wyszłam. Ale że sama nie mogę zmienić mu pracy (ani wytrzymać sama z dziećmi w innym mieście), to kupiłam sama oczyszczacz powietrza.

Nie no, nie, że samodzielnie zrobiłam research i jeszcze sfinansowałam. Na szczęście mam bliskich ludzi do pomocy (dziękuję po raz setny!).

Teraz Danek mieszka w salonie, który jest też naszą sypialnią i gabinetem, i bawialnią, więc nic z życia domowego chłopak nie traci. W papierach ma Daikin MC70L, ale uznałam, że to zbyt oficjalne, w końcu spędzamy razem całe dnie i noce. Raz na dobę robimy mu turnee po chacie: pokój dzieci i przedpokój. Bo Danek ogarnia wprawdzie prawie 50 metrów kwadratowych, ale przecież nie przez ściany. W ogóle ma wymagania: od ściany pół metra z lewej i tyleż z prawej, z tyłu 10 cm, z góry ileśtam, nie pamiętam, z przodu chce mieć luz, żeby bez przeszkód wciągać powietrze. Powierzchnia koniecznie równiutka. Z dala od anten, bo będzie zakłócał. Koca przy nim nie strzepywać, niczym drobnym koło paszczy mu nie sypać, do kuchni nie brać. Pilota nie zgubić. Trzy różne filtry czyścić i wymieniać (ale rzadko, co parę miesięcy, a te wymienne wniósł w posagu).

Co zyskaliśmy? Przede wszystkim spokój. Na maksa oszczędzamy na nerwach. Krótkie wyjście z dziećmi na dwór w gorszy dzień nie stresuje nas tak bardzo, gdy wiemy, że w domu czysto. Wietrzymy bez specjalnej krępacji, dopóki nie gryzie w gardło (a zdarza się, niestety; parę dni temu po otwarciu okna czułam prawie popiół na języku, paskudne). Danek ma tryb „turbo” i czujki pyłów oraz brzydkich zapachów. Te ostatnie bywają krępujące. Ma też zabezpieczenie przed dziećmi, tryb automatyczny oraz nocny, czujniki do filtrów i schowek na swój posag. Jest wielkości grzejnika i w zasadzie nie zawadza, nawet w tym naszym bajzlu. Nie ma natomiast takiego czujnika, który by pokazywał stopień i rodzaj zanieczyszczeń, więc świeci tak samo na smog, alergeny i wirusy (gdyż, owszem, podobno czyści też z wirusów i bakterii). Aha, gdy aplikacje pokazujące zanieczyszczenie powietrza mają alarmujące słupki, to i Danek dostaje wścieku po otwarciu okien. Świeci kontrolkami i wiuwa wtedy jak dziki, póki się nie upora z tym, co wleciało. To mnie nastraja dość optymistycznie.

Czy zmieniło się coś w kwestii naszego zdrowia – trudno powiedzieć. Mamy go od dwóch tygodni, w tym czasie dzieci wyzdrowiały z zapalenia oskrzeli i nie zapadły na kolejne, to znaczy były oczywiście chore, ale tak normalnie, ze zwykłym kaszlem, katarem i całą resztą. Dzidek od tych samych dwóch tygodni przyjmuje na stałe steryd wziewny, więc nie sposób ocenić, co mu pomogło. Licho się nie odurza, więc może to zasługa Danka, że tym razem jej przeszło ulgowo. Cain miał coś podobnego do grypy. Tak że nie mamy cudownego ozdrowienia w ciągu dwóch dni, prawdaż, choć czytuje się takie historie, zwłaszcza na stronie dystrybutora. Mimo to ja czuję się bezpieczniej i uważam, że to był dobry zakup. Będę raportować, choć zaraz wiosna i znowu za dużo zmiennych ;)

Wczoraj rano Cain spojrzał w apkę i zakrzyknął:
– 208 procent! Otwierać okna, wietrzymy, jest CZYSTE POWIETRZE!

Tak że tak. Warszawa, luty 2017…

Nie widzę sensu sprzątać, póki nie wyprowadzą się z domu

Czy położyłam zupełnie nowy, biały dywanik w łazience na kwadrans przed tym, jak Cain dał im do kąpieli czerwony barwnik?

Coraz bardziej marzę o pięknym, czystym domu. Najlepiej białym i ascetycznym. Mam ochotę wyrzucić WSZYSTKO i kupić nowe, śnieżnobiałe. Mogę się ewentualnie zgodzić na przełamanie odrobiną kremowego albo drewnem.

https://pl.pinterest.com/pin/362821313715030940/

Tu wciąż jest za dużo bałaganu

Tymczasem zachowanie czystości przy dzieciach wymaga – nawet nie to, że nieustannego sprzątania, bo kiedyś pokusiłam się o sprzątanie na bieżąco i tylko biegałam cały dzień, zaniedbując maluchy, a bajzel jak był, tak pozostał. Wymaga chyba pomocy do sprzątania codziennie, delegowania młodzieży codziennie do placówki i, przede wszystkim, mieszkania, które ma dużą ilość miejsca do przechowywania – rzecz nieosiągalna w mieszkankach urządzanych pod wynajem.

To się mści w nieoczekiwany sposób, bo po prostu coraz mniej lubię swój dom jako miejsce. Od początku nie byłam fanką tego mieszkania, choć dla pary z jednym dzieckiem było bardzo wygodne. Teraz jednak zrobiło się ciasno, i choć szukamy czegoś innego, to z mizernym skutkiem. A ja coraz częściej uciekam, żeby odpocząć poza domem, bo tutaj jest zawsze bajzel i zawsze huk rzeczy do zrobienia.

Pod choinkę kupiłam nam nocleg w luksusowym hotelu. Zostawimy dzieci z ukochaną nianią, wyśpimy się, wybawimy, a ja popatrzę sobie na ładne wnętrza. Nie wykluczam, że jak zameldujemy się o 15.00, tak do południa następnego dnia będziemy spać.

Pan Barszcz – misterium

Robienie barszczu, przynajmniej według przepisu, jakim się dziś, debiutując, kierowałam, nie ma nic wspólnego ze zwykłym gotowaniem zupy. To jest warzenie mikstury, cały trzygodzinny rytuał. Najpierw wywar z grzybów ma mrugać dwadzieścia pięć minut, dwadzieścia pięć ma być liczbą do której liczyć masz i liczbą ta ma być dwadzieścia pięć. Do grzybów wrzuca się przyprawy, ale nie wszystkie, oraz rytualnie opalony nad gazem ząbek czosnku. Nie mam gazu, wrzuciłam surowy.
 
Następnie buraki, jabłko i seler wraz z wywarem dwadzieścia minut dochodzić mają do wrzenia, a potem dziesięć minut mrugać. Można wrzucić niektóre inne przyprawy, ale nie wszystkie!
Potem barszcz godzinę odpoczywa. Po godzinie można wrzucić trochę przypraw. Ale Broń Boże nie wszystkie.
 
Po tej godzinie dodaje się resztę przypraw oraz zakwas i barszcz – dla ciebie Pan Barszcz – odpoczywa kolejną godzinę.
 
Odprawiwszy kompletne misterium należy Pana Barszcza przecedzić i spróbować.
 
Mi wyszła mdła zupka z buraków.