Kto mnie zapragnie?

Blondynka szuka etatu. Nie musi to być etat w dosłownym znaczeniu tego słowa, bo mam działalność gospodarczą, chodzi raczej o stałą pracę za stałe pieniądze. Z wyzwaniami, nowymi doświadczeniami i kontaktem z branżą.

Najbardziej marzy mi się jakaś agencja interaktywna, ale nie będę zanadto wybrzydzać.

Polecam się łaskawej pamięci Państwa!
kontakt: lucrecja na gmailu :)

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Czilaut

Jestem imprezowym nieogarem. Jakoś mnie ostatnio nie kręci tłum i hałas. Byłam w Filotramwaju, który jak zawsze dawał radę, po półtorej godziny poszłam na koncert Roczenia, który też jak zawsze dawał radę, a po północy wróciłam do domu resztką sił, kompletnie rozjechana przez te dwa, jakże męczące, wyjścia. Tak, głównie siedziałam na tyłku i piłam wodę, a nie, że jakieś szalone balety. Jednak organizm domaga się swojej dawki spokoju, snu i tumiwisizmu.

Spotkałam dużo ludzi, którzy rzucali mi się na szyję i cieszyli, że mnie widzą. Też się cieszę, a pewnego dnia może nawet posiądę umiejętność rozpoznawania wszystkich z twarzy i imion, bo póki co – od lat – mam tak, że około piątego spotkania zapamiętuję albo nie. Inna sprawa, że  poznaję i spotykam jakieś szalone ilości ludzi, i to pomimo, że nie szlajam się po klubach. Ot, tu domówka, tam domówka, jakiś Tramwaj, jakiś Woodstock czy blipiwo. I nagle tłum znajomych, dobrych znajomych i półznajomych. Którzy się cieszą. Ludzie jednak są niesamowici – jak Rudit na przykład, z którą znamy się przelotnie z internetu, a tu nagle Ona mi pisze, że koniecznie musi mi wysłać w prezencie torbę i przypinki (trzy!) ze swoimi arcydziełami, i żadnych mi protestów. Jak przyjdą, to będę się (i Rudit) lansować na mieście.

Poza tym nuda, a jak już coś się dzieje, to akurat z gatunku „nie zapeszyć” albo „nie do publikacji”, więc musicie mi wybaczyć ;) Miałam współtworzyć komiks, ale poczułam, że mnie to nie wciąga. „Wojnę płci” także nieco zaniedbuję – jak to u mnie, początkowy zapał minął i został obowiązek małżeński; trochę też wyczerpałam listę tematów, które miałam w głowie – przynajmniej tych lżejszych, a za bardzo poważne nie chcę się brać, bo ani to nie miejsce, ani nie czuję, żebym miała do tego odpowiednie kompetencje.

Głównie pracuję, śpię i jem. Owoce i warzywa przede wszystkim, bo reszta artykułów spożywczych jakoś mnie nie wzrusza. Świeży szpinak, szparagi, pomidory, truskawki (kij, że tureckie i drogie), arbuzy. A zaraz będą kolejne dobroci i będę kupować na bazarze za grosze całe torby skarbów!

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Tramwaj Filozoficzny 2012

JetPack mi powiedział, że ktoś właził na mojego bloga poszukując informacji o powyższym.

Proszę bardzo, tędy, tędy.

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Carpe diem

„Ty masz takie ciekawe życie. Też tak chcę. Tyle historii, ludzi, znajomości, facetów, przeżyć. Ja mam nudne, nic ciekawego. A tobie się wszystko udaje.” Nie wiem, czy mam ciekawe życie, ale lubię je.

Nigdy nie byłam ostrożna, nigdy nie słuchałam „nie”. Zakazy budzą we mnie bunt, nakazy – chęć zrobienia odwrotnie. Normy poddaję próbom, zasady wolę tworzyć, niż ich przestrzegać. Nie cofam się. Walczę do upadłego (najbardziej o miłość, do ostatniej krwi, zębami i pazurami).

Nigdy nie hamował mnie lęk. Boję się często, ale nie pamiętam, żeby mnie to kiedyś powstrzymało. Podobnie jak zdrowy rozsądek; owszem, posiadam, używam, ale nie dla zasady, tylko dla własnego bezpieczeństwa. Kalkuluję ryzyko i biorę je na klatę. Zaboli? Okej. Coś za coś. Było warto. To jak kac po imprezie: on musi być, jest wliczony w cenę, przecież wiedziałam, żeby tyle nie pić. Żałuję tej śliwowicy na weselu? Za grosz.

Nigdy nie żałuję. Gdybym miała powtórzyć swoje życie jeszcze raz, prawdopodobnie popełniłabym dokładnie te same błędy, co do jednego. One mnie ukształtowały, nauczyły wielu rzeczy i – co tu kryć – zazwyczaj sprawiały mi niesamowitą frajdę. One są najlepszymi historiami, które opowiadam, są moim doświadczeniem i moim szaleństwem młodości, hołubię je jak pierwsze pocałunki (nie, pierwsze pocałunki nie były ani w połowie tak ekscytujące).

Jestem jak Polak z dowcipu: „Ja nie skoczę?” Ja nie wejdę do górskiego potoku jesienią, ja nie wyznam miłości, ja nie polecę szybowcem? Ja nie pójdę na imprezę, bo przeziębienie? No halo, tam może mnie ominąć najlepsza zabawa życia – nigdy nie wiadomo!

Więc – jeśli zazdrościsz – rusz się. Przestań się bać. Wyjdź z domu. Zrób to, i to też, i tamto. Szybko, szybko! Bo minie, odleci, wyjedzie. Nie czekaj, działaj.

Jako nastolatka przeczytałam taki cytat. Nie znam autora:
„Za dwadzieścia lat będziesz żałował wielu rzeczy, których nie zrobiłeś, bardziej, niż tych, które zrobiłeś. Rzuć cumy. Wypłyń z bezpiecznego portu, chwytaj wiatr w rozwinięte żagle. Poszukuj. Śnij. Odkrywaj.”

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Piszę tę notkę tylko po to, żeby miec pretekst do pozostania przy stole

Strasznie nie chce mi się wstać, a chyba obiecałam coś pozmywać. Wczoraj większość dnia byli goście, a mianowicie „moi” muzycy i niezawodna Helly. Robiliśmy zdjęcia do płyty. Jakoś tak nazbierało się kubków i talerzy, a następnie szlag trafił piecyk gazowy. To znaczy on od dawna stroił fochy, na przykład nie zapalał się, dopóki mu się nie pomachało. Albo nie podmuchało do środka. Ostatnio zaczęło się też z niego coś sypać przy każdym zapaleniu, coś stukało, a wreszcie okazało się, że woda jest jakby coraz chłodniejsza. Na wypadek, jakby tego było mało, wczoraj niewiele przed północą ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyliśmy bardzo niechętnie i okazało się, że sąsiadce z góry włączył się czujnik w łazience. Mówiła, że dymu, ale pewnie czadu jednak.

No, więc dziś rano zadzwoniłam do pewnego miłego pana od Junkersów, a następnie do właścicielki mieszkania. Wszystko udało się pięknie zgrać i pan przyszedł po południu. Rozkręcił piecyk, posprzątał w nim, chyba jakieś uszczelki wymienił, mało bałaganu narobił, mało pieniędzy wziął i nie chciał kawy. I teraz wszystko działa jak złoto, aż nam nieswojo, bo nie przywykliśmy do takiego luksusu, że piec się zapala od razu po odkręceniu kranu i na każde „buch!” nerwowo podskakujemy. Ale pewnie już od jutra nam się w dupach od dobrobytu przewróci i wszystko wróci do normy.

A teraz idę umyć chociaż patelnię. Jutro mam trochę czasu, to może Wam opowiem o wyjeździe nad morze ;)

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Pozdrowienia z Trójmiasta

image

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Nie mam głowy (ponownie)

Zaczęło się od tego, że przedwczoraj znowu złamało nam się łóżko. Wytrzymało jakieś trzy lata i właśnie przestało wytrzymywać. Zepsuciu uległ jeden dłuższy bok i trzeba było je rozkręcić, żeby położyć materac na podłodze. Materac bardzo ciężki, ze stelażem, Cain podniósł przy mojej niewielkiej pomocy i postawił pod ścianą. „Spadnie”, pomyślałam i wzięłam się za równie niemrawe pomaganie w rozkręcaniu ramy.

Jakoś pod koniec rozkręcania, kiedy Cain upychał deski pod szafą, a ja na klęczkach walczyłam z oporną śrubą, materac spadł. Płynnie zahaczył o lampę, na chwilę gasząc światło, po czym całym ciężarem walnął mnie w tył głowy.

Gwiazdy były piękne, powiadam Wam. A mój wrzask prawdopodobnie do nich dotarł.

No i teraz leżę. Nie jest tak źle, jak poprzednio (podlinkowałabym, ale piszę z komórki, więc sorry), ale wesoło też nie. Wczoraj było Beltane i dobra dusza zawiozła mnie na ognisko samochodem. Poleżałam przy tym ognisku ze dwie godziny i poczułam, że muszę natentychmiast znaleźć się w domu, we własnym łóżku, gdzie przespałam 11 godzin, choć przedtem drzemałam pół dnia. Dziś mieliśmy jechać na działkę, ale cóż. Leżę. W sobotę miałam być +1 na weselu, niestety nic z tego. Po drodze wściekł mi się wypad nad morze, liczę na cudowne ozdrowienie, ale czarno to widzę.

Tak oto spędzam wolny tydzień w mieście, między łóżkiem a kanapą, strasznie zła, znudzona i obolała. Dużo śpię. Śniło mi się dzisiaj, że rzuciłam się na mojego brata z pięściami i wulgarnymi słowy, ponieważ przeszkadzał mi pisać sonet o upalnej Warszawie.

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Zapomniałam

Ogólnie to jest tak, że mam, pardon, wyjebane. Wszystko mi jedno, póki nikt za bardzo ode mnie nie wymaga. Mogę leżeć na kanapie, mogę iść na spacer (ale powoli) mogą być jacyś ludzie, mogą nie być, mogę spać, mogę coś klikać. Interesuje mnie tylko spokój i odpoczynek, w związku z czym mój mózg uparcie ignoruje wszystko inne. Wypiera. Zapomina.

Jeśli miałam coś zrobić, do kogoś oddzwonić, umówić się, odmówić, załatwić, to sorry. Zapomniałam.

Poza tym powoli rozważam większą asertywność w kontaktach towarzyskich. Kiedyś na przykład postanowiłam niedziele spędzać w domu. Wychodzi różnie, ale głównie efekt jest taki, że umawiam się u siebie, a nie na mieście. Teraz zastanawiam się, czy nie byłoby zdrowiej tych niedziel w ogóle zostawić tylko dla siebie. Na odpoczynek (na przykład na wysprzątanie, wyszorowanie, wypastowanie, umycie i potem jeszcze manikiur, bo kto widział takie mieć ręce, jakbym w domu pracowała, prawda), więc na odpoczynek i nie wiem, pogapienie się w sufit, bez spiny, że jestem nieuczesana, w poplamionej sukience albo mi widać majtki. Albo bez planowania, o której obiad i czy nie wcześniej, bo ktoś przychodzi i przecież trzeba nakarmić, nie będziemy tak sami żreć gościowi na oczach. Albo że trzeba jeszcze zrobić zakupy, a ten ktoś spóźnia się dwie godziny i kiedy niby.

Druga rzecz to przekładanie spotkań, muszę nauczyć się odmawiać takiemu przekładaniu. Niby spoko, każdemu może coś wypaść, tylko ja mam zwykle tak: X. o 12, Y. o 15, 16-17 zakupy, Z. o 18, obiad nie wiadomo kiedy, odpoczynku wcale. I potem X się przekłada na 13.30 i jestem z całym planem w dupie. A potem sobie przypominam o czymś, o czym zapomniałam i jestem w dupie jeszcze bardziej. Wtedy się oczywiście strasznie wpieniam i już w ogóle wszystko jest beznadziejne. Dorzućcie moją upartą chęć, żeby być miłą dla każdego, z każdym się spotkać i żeby wszystkim było przyjemnie i macie kompletną wizję świruski z zapełnionym kalendarzem, którą każda zmiana o kwadrans przyprawia o palpitacje, że nie zdąży.

No, ale teraz mam wyjebane i chyba zacznę mówić NIE. Bo nie. Bo chcę poleżeć, popisać, poczytać, pospać. Bo chcę wyjechać, odpocząć.

Zresztą zapomniałam.

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Jesteśmy piękni, młodzi i wartościowi (nawet, jeśli samotni)

Przeraża mnie to, że ludzie widzą siebie i innych głównie przez pryzmat związków lub ich braku. Ostatnio znajoma na imprezie opowiadała swojemu towarzyszowi o obecnych tam ludziach. Opowiadanie sprowadzało się zasadniczo do informacji, kto z kim jest zaręczony, zaślubiony lub na kogo leci. Pomyślałam, że to straszne. Jestem sobą, Lucą – blogerką, copywriterką, poetką, imprezową dziewczyną, jestem wieloma rzeczami i pasjami, a nie „żoną Caina”, on zaś jest szalenie interesującym człowiekiem poza tym, że moim mężem. Tymczasem skrócona, imprezowa informacja sprowadza się do tego, że jesteśmy razem. Booriing. *

Gorzej, że ludzie w ten sposób patrzą też na samych siebie. Jeśli ktoś jest singlem, najczęściej dobija go towarzystwo par, wkurza rozmawianie o ślubach znajomych, a nawet przygnębia spotykanie atrakcyjnych przedstawicieli płci preferowanej (bo przecież i tak nic z tego nie wyjdzie). Wielu znanych mi singli – singli nie z wyboru, a z braku szczęścia, bo ci z wyboru to inna historia – wydaje się żyć w przekonaniu, że skoro nikogo nie mają, to są beznadziejni, zapóźnieni w rozwoju życiowym, nieustatkowani i w ogóle skończą nadjedzeni przez owczarka alzackiego lub stado kotów. Inne sprawy, jak stabilizacja zawodowa, ciekawe zainteresowania, osiągnięcia na różnych polach, uroda, inteligencja, styl, wykształcenie i masa innych rzeczy wydają się kompletnie tracić znaczenie wobec faktu, że nie dzielą łoża, stołu i kredytu z drugim człowiekiem. Tak, jakby dopiero czyjaś stała obecność czyniła nas wartościowymi ludźmi, godnymi miłości.

Problem w tym, że jeśli poczucie swojego szczęścia i własnej wartości opieramy na obecności drugiego człowieka i jego do nas stosunku, to już na wstępie jesteśmy w czarnej dupie. Raz dlatego, że ludzie są zmienni i relacje są zmienne, toteż każdy gorszy moment w takiej relacji będzie nas od razu wbijał w poczucie beznadziei. A gorszy moment może pojawić się choćby tylko dlatego, że partner jest chory albo przemęczony. Nie ma to jak łapać doła za każdym razem, kiedy narzeczona ma grypę, PMS albo problemy w pracy, prawda?

Dwa – i tu rzucę nie dość, że banałem, to jeszcze górnolotnym, sorry – dwa, że jeśli nie kochasz sam siebie, to utrudniasz innym pokochanie cię. Jeśli nie umiesz uszczęśliwić siebie, tym bardziej nie uszczęśliwisz dwojga. Jeśli nie żywisz głębokiego szacunku i głębokiego uczucia sam do siebie, to podświadomie dasz w związku sygnały, że nie jesteś go wart. Nieco upraszczam, ale zasadniczo mam rację ;)

Zdaję sobie sprawę, że jak napiszę tutaj: „ludzie, nie róbcie tak”, to nie sprawię magicznie, że osoby, które tak czują, przestaną tak czuć. Ale powiem tak: nie znajdziecie w drugim człowieku tego, czego tak szukacie. Macie to w sobie, w środku, i kiedy już się do tego dokopiecie, druga osoba na pewno pomoże Wam to powiększyć, pomnożyć i rozdmuchać w wielki ogień. Ale nigdy nie polegajcie tylko na niej – polegajcie na sobie, bo nikt Was tak nie potrafi uszczęśliwić, jak Wy sami.


*Uwaga, tłumaczę się: absolutnie nie chodzi mi o to, żeby zgłaszać pretensje do znajomej, którą w ogóle uwielbiam, ale ładnie mi pasowało do tematu. Koniec tłumaczenia się.

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Jak sfrustrować czterolatkę

Kiedy miałam niespełna pięć lat, wylądowałam w szpitalu z zapaleniem wyrostka. Był to jeden z kilku razy, kiedy zeskoczyłam grabarzowi z łopaty – wszystkie w dzieciństwie lub wczesnej młodości, cudem się wywinęłam, bo operacja w ostatniej chwili. Po operacji poleżałam sobie trochę w tym szpitalu. Traumy żadnej mi to nie zostawiło, choć były to czasy wielkich sal na wiele osób i żadne tam cuda, że mama może być dzieckiem cały czas. Odwiedzali mnie za to często i przynosili stosy książek i kredek, ponieważ, oczywiście, moim problemem nr 1 była nuda (drugim była dieta, szczególnie, kiedy odmówiono mi buraczków na obiad; strzeliłam pięknego focha, bo lubię buraczki). Aha, no i nauczyli mnie bać się igły, do dziś się boję, choć przedtem moja mama, która uczyła się w studium pielęgniarskim, trenowała na mnie pobrania krwi – ku mojemu szczeremu zachwytowi.

Wracając do nudy i książek – czytałam już wtedy całkiem płynnie i w zasadzie mogłam godzinami leżeć w łóżku i oddawać się lekturze (też mi zostało). Niestety rodzina zrobiła mi głupi psikus: przynieśli kolorowankę z angielskimi podpisami.

Jezu, ile ja się nawkurzałam nad tym angielskim. No bo tak: książka jest, czytać umiem, litery znajome – i ni w ząb nie rozumiem. Mój mózg dokonywał wysiłków, codziennie na nowo zaglądałam do tej cholernej kolorowanki, z nadzieją, że coś mi się pomyliło i dziś przeczytam bez problemu. Koncepcja języków obcych nie była mi znana. Wreszcie jakaś starsza dziewczynka powiedziała, że to po angielsku i mi przetłumaczyła (choć sens był raczej oczywisty, ot, podpisy pod obrazkami), ale w żaden sposób nie ukoiło to moich zszarganych czteroletnich nerwów. Fakt, że nie mogę czegoś przeczytać, był po prostu nie do przyjęcia.

Byłaby piękna pointa, gdybym mogła napisać, że zaraz potem rzuciłam się do nauki języków, ale jakoś w 86 nie oferowano przedszkolakom lekcji angielskiego, a potem mi przeszło. Talentu do języków nie mam i staram się nie czytać na głos w językach obcych, choć liznęłam dobrych kilku. Na widok duńskiego albo węgierskiego doznaję podobnego uczucia, co wtedy, ale teraz doskonale wiem, dlaczego tak się dzieje i że jeśli chcę, mogę się nauczyć. Jednak tamto okropne wrażenie pamiętam do dziś :)

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

Poemiks

Poemiks to taki rodzaj komiksu, składający się zazwyczaj z jednego obrazka i tekstu poetyckiego. Jak wspominałam, planujemy z Asją całą serię.

Z przyjemnością zatem prezentuję pierwszy z nich:



Tekst mój, rysunek Asji na podstawie zdjęcia Anks.

Aby śledzić rozwój projektu, najlepiej polubić linkowany wyżej profil Asji. A tu, jeśli chcecie, napiszcie mi, co o tym sądzicie.

Wesołych świąt!

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace