Nie widzę sensu sprzątać, póki nie wyprowadzą się z domu

Czy położyłam zupełnie nowy, biały dywanik w łazience na kwadrans przed tym, jak Cain dał im do kąpieli czerwony barwnik?

Coraz bardziej marzę o pięknym, czystym domu. Najlepiej białym i ascetycznym. Mam ochotę wyrzucić WSZYSTKO i kupić nowe, śnieżnobiałe. Mogę się ewentualnie zgodzić na przełamanie odrobiną kremowego albo drewnem.

https://pl.pinterest.com/pin/362821313715030940/

Tu wciąż jest za dużo bałaganu

Tymczasem zachowanie czystości przy dzieciach wymaga – nawet nie to, że nieustannego sprzątania, bo kiedyś pokusiłam się o sprzątanie na bieżąco i tylko biegałam cały dzień, zaniedbując maluchy, a bajzel jak był, tak pozostał. Wymaga chyba pomocy do sprzątania codziennie, delegowania młodzieży codziennie do placówki i, przede wszystkim, mieszkania, które ma dużą ilość miejsca do przechowywania – rzecz nieosiągalna w mieszkankach urządzanych pod wynajem.

To się mści w nieoczekiwany sposób, bo po prostu coraz mniej lubię swój dom jako miejsce. Od początku nie byłam fanką tego mieszkania, choć dla pary z jednym dzieckiem było bardzo wygodne. Teraz jednak zrobiło się ciasno, i choć szukamy czegoś innego, to z mizernym skutkiem. A ja coraz częściej uciekam, żeby odpocząć poza domem, bo tutaj jest zawsze bajzel i zawsze huk rzeczy do zrobienia.

Pod choinkę kupiłam nam nocleg w luksusowym hotelu. Zostawimy dzieci z ukochaną nianią, wyśpimy się, wybawimy, a ja popatrzę sobie na ładne wnętrza. Nie wykluczam, że jak zameldujemy się o 15.00, tak do południa następnego dnia będziemy spać.

Pan Barszcz – misterium

Robienie barszczu, przynajmniej według przepisu, jakim się dziś, debiutując, kierowałam, nie ma nic wspólnego ze zwykłym gotowaniem zupy. To jest warzenie mikstury, cały trzygodzinny rytuał. Najpierw wywar z grzybów ma mrugać dwadzieścia pięć minut, dwadzieścia pięć ma być liczbą do której liczyć masz i liczbą ta ma być dwadzieścia pięć. Do grzybów wrzuca się przyprawy, ale nie wszystkie, oraz rytualnie opalony nad gazem ząbek czosnku. Nie mam gazu, wrzuciłam surowy.
 
Następnie buraki, jabłko i seler wraz z wywarem dwadzieścia minut dochodzić mają do wrzenia, a potem dziesięć minut mrugać. Można wrzucić niektóre inne przyprawy, ale nie wszystkie!
Potem barszcz godzinę odpoczywa. Po godzinie można wrzucić trochę przypraw. Ale Broń Boże nie wszystkie.
 
Po tej godzinie dodaje się resztę przypraw oraz zakwas i barszcz – dla ciebie Pan Barszcz – odpoczywa kolejną godzinę.
 
Odprawiwszy kompletne misterium należy Pana Barszcza przecedzić i spróbować.
 
Mi wyszła mdła zupka z buraków.

#121dobrychrzeczy (…my ass)

Cierpię na sezonowe obniżenia nastroju, co odkryłam zresztą dzięki blogaskowi, siedząc jakiegoś beznadziejnego, listopadowego wieczoru i przeglądając stare posty. Czasem to robię, tak, choć kiedyś miałam na to więcej czasu. Swoje stare wiersze też czytam. Zwłaszcza jesienią. No i wtedy właśnie, tamtego ponurego, samotnego, płaczliwego, zimnego wieczoru w listopadzie, odkryłam, że dopada mnie to co roku już około października i trzyma do lutego. W lutym nagle pachnie mi wiosną, a wszystko jest piękne i pełne nadziei, nawet, jeśli mróz jak skurwysyn. Dzieje mi się tak, bo – wydłużający się mniej więcej od Wigilii – dzień w lutym jest już wyraźnie dłuższy, moja szyszynka czy co tam, nie chce mi się sprawdzać, bo chwilowo jednakowoż grudzień, dostaje więcej światła, wypisz wymaluj jak Goethe tuż przez śmiercią, to znaczy on chciał, a czy dostał, to historia milczy, w każdym razie są to moje ulubione ostatnie słowa. Moje pewnie będą brzmiały: „Widziałaś tego przystojniaka?”, po czym wpierdolę się na jakiś mur albo drzewo.

Wcale nie odbiegam od tematu, foch.

renifer

Renifer natomiast ma wszystko w dupie.

No więc, skoro już wiem, co mi jest, to powzięłam taki plan, że codziennie piszę sobie na buniu jedną miłą rzecz, która mi się tego dnia zdarzyła. Wyliczyłam sobie, pewnie źle, ale chuj tam, że od pierwszego października do pierwszego lutego jest 121 dni. Skupianie się na pozytywach i praktyka wdzięczności to dobre zwyczaje i wiem, że mi pomagają, bo trochę się jarałam takimi różnymi #threegoodthings albo #100happydays i nieźle mi to robiło. Oczywiście regularnie zapominam i potem nadrabiam hurtowo, więc ta codzienna praktyka wychodzi mi średnio i może dlatego trochę działa, a trochę nie działa. Bowiem aktualnie – co za niespodzianka – mrok, mord i dupa, drama queen, panie doktorze wszystko mnie wkurwia, ciągle chce mi się spać, piję bardzo za dużo kawy (a za mało akoholu), za dużo krzyczę oraz generalnie nie ogarniam kuwety.

Kto ze mną?

hasztag polyamory hasztag coming out

Z moim mężem jestem ponad siedem lat.
Od początku w otwartym związku.
Od sześciu lat mam trzy te same relacje emocjonalne, to znaczy jedną od ośmiu, drugą od wspomnianych siedmiu, a trzecią od sześciu, więc emocjonalny czworokąt trwa właśnie tyle. Jeśli relację niesymetryczną można nazwać czworokątem.
Od paru lat trochę, czasem, niektórym coś mówię, jak to u nas wygląda, jak jest ze mną, z miłością, jaki to układ.

Coming out wciąż jest trudny, lęk przed oceną silny. Nie pomagają niemądre artykuły o poliamorii, pojawiające się co jakiś czas i niezmiennie utrzymane w tonie sensacji.

Pomaga coraz więcej znajomości z różnymi ludźmi: świadomość, że nie jestem jedyna i nie jestem nienormalna.

Bo ludzie mają różnie, wiecie? :)

Having a good time

Wbrew temu, co może się wydawać, zwłaszcza moim znajomym na fejsie – albowiem na fejsie kurwię przeokrutnie, nadużywam wykrzykników i robię dużo dramy, znacie mnie – wbrew temu gdzieś w samym centrum jest spokój wielki. Spokój, pogoda i szczęście. Jakimś cudem jeszcze przed trzydziestką moje życie stało się absolutnie idealne i co więcej, ta chwila trwa. Pewnie, są różne fale: choroby, szpitale, niesnaski, zmęczenie. Czasem brak kasy, czasem coś się bardzo nie uda. Ale płyniemy, i to we właściwym kierunku.

Mam takie uczucie (pewnie ma je każdy dorosły), że czas zapierdala. Mrugniesz i jebs, minęło sześć lat na przykład. Sześć lat stabilizacji uczuciowej, co w moim przypadku wydaje się potrójnie skomplikowane, ale właśnie wcale nie jest. Jest jak ręka proste i nawet ten czas dodaje tylko pewności, działa kojąco. Wydaje mi się, że szczególnie mocno odczuwa się mgnięcie lat, gdy jest się rodzicem. Tutaj w ogóle dzieją się cuda, bo jednocześnie każdy dzień jest straaasznie dłuuugi i jednocześnie lata tylko świszczą koło ucha. Świst, świst, umie mówić. Świst – przedszkole. Świst – wyrzuca cię ze swojego pokoju.

No więc przelatują mi te lata i nagle okazuje się, że kocham tych samych ludzi, mam zajebistą najmniejszą komórkę społeczną, nadal kręcą mnie te same rzeczy (plus sto nowych), zdobywam skille, levele i co tam jeszcze, robię kolejne tatuaże (dwa gotowe, następne trzy w planach),  a przy tym wszystkim wciąż jestem przekonana, że najbliższe urodziny to będą dwudzieste trzecie. Ups.

Oraz że jeszcze wszystko przed nami.

Postanowienie poprawy (welcome back)

Rok później, jak można wnosić z tytułu, po raz kolejny postanawiam regularnie pisać blogaska. Za chińskiego boga nie wiem, jakim cudem, ale spróbuję, próbować zawsze warto, prawda?

Rok później nie mam już, oczywiście i na szczęście, nogi w gipsie, a że Facebook pokazuje mi przypomnienia, to doceniam tę odmianę każdego dnia. Koza rabina na maksa, razem z tą drugą, czyli – że dzieci są już starsze, kumate, bawią się razem, a w dodatku jedno ma nianię, a drugie chodzi do przedszkola. Daje mi to fantastyczne cztery godziny dziennie (jeśli wszystko pójdzie dobrze), które mogę spędzić na przykład na pracy.

Piękna sprawa.

Tak więc ogólnie to u mnie bajkowo, moi drodzy. Żyję w bańce z miłości (nihil novi), smarków, wolontariatu, kocich kłaków i wegańskich kaw. Zwłaszcza kaw. Cain nadal ze mną wytrzymuje. Licho nadal kompulsywnie maluje. Kniaź umie śpiewać „Let it go” w sześciu językach (ja tylko w dwóch i pół). Nadal napierdalam na fejsie tysiąc razy dziennie, co tłumaczy, dlaczego tutaj rzadko. Ale że zasadniczo uwielbiam mówić o sobie, a monolog to moja ulubiona forma literacka, jest szansa, że dotrzymam postanowienia i trochę się tutaj powyżywam.

To jak, jesteście tu w ogóle? ;)

15039709_1478502805496476_955332046252680886_o

Bezradność

Jest kiepsko.

Właściwie jest kiepsko cały rok, począwszy od przedłużającego się połogu, przez infekcję, o której pisałam, a z którą wciąż walczę, przez cholerną, niepotrzebną dietę #bezwszystkiego, przez chorobę tarczycy, którą wciąż leczę i która funduje mi okresowe dołki – brak sił, ciągłą senność, walące serce, koszmarny brak cierpliwości – aż po złamaną nogę i unieruchomienie na kanapie.

Zupełnie nie tak sobie to wyobrażałam – sądziłam, że po kilku dniach zacznę kicać o kulach i zasadniczo ze wszystkim sobie poradzę. Tymczasem nie chodzi nawet o to, że wszędzie walają się kolorowe pułapki, Licho wchodzi pod nogi, a Kniaź chwyta mnie za kule, bo też chce się bawić – ale bardziej nawet o to, że każde pięć minut z nogą inaczej, niż w górze, generuje ból tej nogi, a stłuczony nadgarstek nie wytrzymuje ciężaru. Nie spodziewałam się, że nie będę mogła bezpiecznie zostać sama z dziećmi na dłużej niż godzinę. Okazuje się jednak, że nie mogę – literalnie nie jestem w stanie zająć się własnym dzieckiem (młodszym, bo z Lichem to jeszcze jakoś działa, chociaż o przyrządzeniu posiłku czy kawy w ekspresie mogę raczej zapomnieć).

Codziennie więc ktoś przychodzi, żeby się nami zaopiekować przez czas, gdy Cain jest w pracy. Zaangażowałam już prawie całą rodzinę i zaczęłam bezwstydnie żebrać wśród znajomych. Gdy Cain wraca, rzucają się na niego dzieciaki, zbite z tropu nagłą zmianą trybu życia, zdenerwowane, że mama nie nosi, nie krząta się i nie zabiera na spacery, speszone ciągłymi wizytami różnych ludzi. Rzucam się ja, spragniona posiłku, leków, chwili odpoczynku, sprzątania, wyniesienia śmieci i przygotowania potworów do snu. Widzę, że facet ma dość, maluchy mają dość i ja też mam dość. Wszystko wymyka mi się z rąk. Cudowni ludzie, którzy do mnie przychodzą, ogarniają wszystkie bieżączki, ale i tak się zbiera. Co ciekawe, okazuje się, że nie mam na nic czasu, choć głównie siedzę. Tę notkę na przykład zaczęłam pisać piętnastego listopada.

No więc jest kiepsko i czuję, jak ogarnia mnie depresja, tym razem chyba nie jesienna, a życiowa. Jeszcze śmieję się do Kniazia, całymi dniami robiąc „a kuku!”. Jeszcze wymyślam na dobranoc bajki z happy endem. Jeszcze śpiewam, robiąc sobie codzienne zastrzyki przeciw zakrzepicy („Mamo, jak masz taką minę przy zastrzyku, to ja się boję”). Ale coraz częściej jest to śmiech i śpiew przez łzy.

Pewnie zacznę chodzić jakoś tak w Święta. Mam nadzieję, że do tego czasu coś ze mnie zostanie.

Upadła

No więc szłam, szłam i się wyjebałam. Do lekarza szłam, bo Kniaź był łaskaw zapaść na oskrzela. Z nosidełkiem szłam, bo Kniaź nie jest łaskaw utrzymać skarpet na odnóżach, jeśli tylko może ich dosięgnąć. W wózku może. Szybko szłam, bo było późno, to znaczy właściwie wcześnie, przed dziewiątą rano, tylko że ja jeszcze pół godziny wcześniej byłam przekonana, że mamy tę wizytę jakoś koło trzynastej. I patrzyłam w telefon, idiotka, debilka, nieodpowiedzialna głupia krowa. Chciałam znaleźć dla lekarza archiwalne zdjęcie młodego, żeby mu pokazać, dlaczego niepokoi mnie wysypka po leku. Nasz pediatra nie widział Kniazia w roli raptora, bo wtedy biegaliśmy tylko od dermatologa do alergologa i z powrotem. Nieważne, durny babsztyl bez cienia rozumu, nie patrzyłam pod nogi. No i tam, gdzie zawsze był równy chodnik, to jednak zawsze były schodki i obok nich łagodny zjazd dla wózków.

12227384_1193857200627706_1835792184_o

Poleciałam do przodu, wykręconą kostką łupnęłam o ziemię, wykręconym nadgarstkiem takoż, podparłam się drugą ręką, łupnęłam oboma kolanami. Głowa Kniazia dotknęła chodnika, zaczął płakać, adrenalina milion (nic mu nie jest, oddychajcie chociaż Wy). Posiedziałam chwilę w szoku, tuląc młodego. Wstałam, dokuśtykałam do przychodni, tam lekarz wysłuchał mojej chaotycznej opowieści, spokojnie osłuchał Kniaziowi szacowne oskrzela (zapalenie, ale już lepiej) i na moją prośbę zbadał go. Wszystko w porządku, nawet guza nie ma, pewnie się tylko porządnie wystraszył. Jezu, nie chcę nawet myśleć, że mogło być gorzej. Nie.

Do domu wróciłam powoli i z przerwami. Kostka bolała, nadgarstek też, dodatkowe 10 kg na klacie nie pomagało. Dopełzłam, odłożyłam delikatnie śpiącego młodego i nie miałam siły nawet go rozebrać. Na podłodze w kuchni zgromadziłam sobie: bandaż elastyczny, opaskę na nadgarstek, paracetamol, okład żelowy i półkilową paczkę mrożonego mielonego mięsa. Po czym wreszcie się rozryczałam.

Wieczorem pojechałam do lekarza. W międzyczasie okazało się, że kostka i ręka paskudnie puchną, na kolanie mam najpiękniejszego siniaka w życiu, na drugim dziurę w ulubionych spodniach i obtartą drugą dłoń. Że telefon jest obity, zauważyłam dopiero dwa dni później.
Lekarz obejrzał rentgen i stwierdził złamanie. Wziął mnie zupełnie z zaskoczenia, bo byłam przekonana, że kostka jest tylko skręcona, obita czy co tam, a pojechałam dla porządku, bo należy. Taka jestem obowiązkowa (i mam opłacony przez firmę pakiet, nie ukrywajmy; na pogotowie pewnie bym się nie zgłosiła. I dopiero bym miała.) A tu wtem! Gips. Na sześć tygodni, mówią. Gips na nodze, ja pierdolę, przy dwójce małych dzieci. No nie do ogarnięcia, nie ma szans. Nadgarstek tylko stłuczony, kolano niewarte wzmianki.

Leżę więc. Trochę kuśtykam, sąsiadka pożyczyła mi kule. Dzieci najwyraźniej sądzą, że skoro leżę, to mogę całą dobę dawać cycka. Koty – że głaskać, no bo po co człowiek leży, kaman. Ludzie dobrej woli przyjeżdżają pomagać (przyjeżdżajcie, bo sama nie jestem w stanie zrobić kroku – dosłownie, bowiem syneczek łapie mnie za kule i mocno trzyma). Czytam na głos książeczki, rysuję rybkę Nemo, trzymam Kniaziowi inhalator i nieustannie proszę, proszę, proszę – o wodę, jedzenie, leki, chusteczki, telefon, kule, to, tamto, owo.

Minęły dopiero dwa dni, a ja już mam dość.

Trzeba się rozwijać

Mam takie zrywy czasem, szczególnie, gdy trochę odpocznę. Że będę robić makijaż. Że codziennie rano założę soczewki zamiast okularów. Że zaczniemy sprzątać na bieżąco. Życie z dwójką maluchów weryfikuje mnie zwykle w kilka godzin. Albo może mam dziwne priorytety (jeść, sikać i żeby nie płakały).

W międzyczasie nakurwiam samorozwój tutaj i tutaj (fajne rzeczy, przyjdź, Warszawo).