Miesięczne archiwum: Maj 2008

Scenki rodzinne 6

Mama 9:30:14
Pokój Twojej najmłodszej siostry zyskał ksywę „Komnata Tajemnic”. Albowiem jest głęboką i niezbadaną tajemnicą CO się tam znajduje.


A jak pokoje Waszego młodszego rodzieństwa/dzieci/partnerów? ;-)

Scenki rodzinne 5 – znów o planowaniu czasu.

Moja Matka jest naturoterapeutką, w związku z czym jest ogólnie pożądana. Znaczy wszyscy latają do niej z każdą przypadłością, od grypy po ciążę. Dziś uraczono mnie zapisem takiego dialogu:

Królowa Nocy:
zdaje się ze mam raka i umieram, ale A. powiedziała żebym skonsultowała to z Tobą

Moja Matka:
A możesz umierać na tego raka dziś po 21.30? Bo wcześniej chyba nie będę miała czasu się nim zająć.

Nostalgicznie

Doszłam do wniosku, że powinnam spędzać więcej czasu we własnym mieszkaniu. Lubię je w sumie, a wpadam jak po ogień ostatnio. Coś zjem, przebiorę się albo prześpię parę godzin i wypadam. A przez okno już prawie nie wpada światło (myte ostatnio w grudniu), na podłodze koty – i nie takie miauczące – ciuchy… no, zrobiłam pranie wczoraj w nocy, więc ciuchy po kątach nie gniją. Ale prześcieradło może się połamać przy dotknięciu ;-)

Zaczynam czuć, że człowiek powinien czasem pobyć we własnym towarzystwie.  Nawet, jeśli ten człowiek jest Lucą. Ale jak przebywam sama, to mi szybko odbija, więc proszę się niczemu nie dziwić w najbliższym czasie… Chociaż pewnie deburdelizacja tych prawie-moich prawie 30 metrów kwadratowych pochłonie mnie w wystarczającym stopniu i potem już nie będę miała siły świrować…

Inaczej mówiąc

„Noszę twe serce z sobą (noszę je w moim
sercu) nigdy się z nim nie rozstaję (gdzie idę
ty idziesz ze mną; cokolwiek robię samotnie
jest twoim dziełem, kochanie)
i nie znam lęku
przed losem (ty jesteś moim losem) nie pragnę
piękniejszych światów (ty jesteś mój świat prawdziwy)
ty jesteś tym co księżyc od dawien dawna znaczył
tobą jest co słońce kiedykolwiek zaśpiewa
oto jest tajemnica której nie dzielę z nikim
(korzeń korzenia zalążek pierwszy zalążka
niebo nieba nad drzewem co zwie się życiem; i rośnie
wyżej niż dusza zapragnie i umysł zdoła zataić)
cud co gwiazdy prowadzi po udzielnych orbitach
noszę twe serce z sobą (noszę je w moim sercu)”
(E.E. Cummings)

Rodzona matka!

Siedziałyśmy z Moją Matką u mnie w domu, tzn. Mama siedziała, a ja galopem szykowałam się do wyjścia.
– A gdzie musisz się dostać?- spytała.
– Na Plac Konstytucji.
– No to metrem najlepiej! – powiedziała Moja Matka.
Ręce mi opadły…
Nie… mieszkam… przy… metrze…

Szczyt braku czasu ;-)

– Muszę chyba podjąć parę życiowych decyzji – powiedziałam do mojej przyjaciółki.
– Nie, stara, błagam cię, nie dziś! Ja już jestem umówiona! – odparła ona kategorycznie.
– I jutro też nie, piszę pracę, nijak tego nie przełożę.

Jakby ktoś z Was miał zamiar ulec wypadkowi czy coś i w rezultacie wprawić mnie w załamanie nerwowe, niech skonsultuje najpierw termin z I. Ja się dostosuję…

Ciężkie jest życie sieroty ze złotym zegarkiem…

… niebezpieczeństwa czyhają na nią zewsząd.

Chciałam zjeść obiad i przypomniałam sobie, że mam w lodówce zrobioną niedawno chińszczyznę. Odgrzałam ją więc i zaczęłam jeść. Jakaś nieciekawa była, ale dodałam sosu sojowego i jem dalej… tylko wciąż mi jakoś dziwnie nie smakuje… Po namyśle doszłam do wniosku, że mięso chyba jednak nie jest świeże, po jeszcze głębszym namyśle zaczęłam się zastanawiać, kiedy ja to gotowałam – czy przypadkiem nie w zeszłym tygodniu…?
Wywaliłam chińszczyznę i postanowiłam zamiast tego zjeść zapiekankę makaronową, którą zrobiliśmy z Nadią i Maxem w sobotę (no tak, no jest wtorek…). Niestety okazało się, że zapiekanka się zeschła i w dodatku są jej dosłownie dwa kęsy. Więc w końcu nawet nie spróbowałam – wywaliłam też.

W razie mojego nagłego zgonu uprasza się o nie składanie kondolencji rodzinie.

————————————————————————————
(P.S. dla dociekliwych: Tak, wiem, że w oryginale było „pokusy”…)

Scenki rodzinne 4 – problem z przyjacielem

Patryk (lat, przypomnę, trzy) wdrapał mi się na kolana, ułożył się wygodnie, objął mnie rączkami za szyję i patrząc głęboko w oczy spytał:
– Czy jesteś moim przyjacielem?
– Oczywiście, że tak – odpowiedziałam ze stosownym przekonaniem – bardzo cię kocham i zależy mi na tobie.
– A kto jeszcze jest?
– A w kim chciałbyś mieć przyjaciela? Chciałbyś, żeby tatuś był twoim przyjacielem?
Patryk oburzył się.
– Nie, tatuś… chcę na nazwisko… tata mój!! – oświadczył, co miało znaczyć mniej więcej, że tatuś jest tatusiem, a nie jakimś tam „przyjacielem”.

Tym sposobem stoję niżej w hierarchii i to nie tylko dlatego, że jestem zaledwie ciocią…

O miłym panu z cukierkami ;-)

Alex zabrał nas do sklepu z arabskim jedzeniem. Ponieważ najwyraźniej Francuzi nigdzie się nie spieszą, spędziliśmy tam mnóstwo czasu na wybieraniu jedzenia, rozmawianiu i w ogóle. Wreszcie przyszło do płacenia przy kasie, za którą siedział bardzo sympatyczny pan w średnim wieku. Na widok Marie, trzyletniej córeczki Alexa, rozpromienił się i spytał ją o imię. Marie oczywiście schowała się natychmiast za nogą tatusia i z tego bezpiecznego miejsca zerkała nieśmało. Pan wstał więc, podszedł do wystawy z arabskimi słodyczami i wziął stamtąd kilka ichnich dziwacznych cukierków, po czym zapytał mnie i I., jak my mamy na imię. Chcąc dać dziecku dobry przykład, przedstawiłam nas obie, sprzedawca ostentacyjnie wręczył nam po cukierku, po czym zwrócił się do Marie – mała jednak była twarda i nie dała się przekupić. W rezultacie Alex też zarobił cukierka, dostał dodatkowego dla córeczki i poszliśmy sobie, rozpływając się w różnych „merci, monsieur” i „goodbye, ladys”. Bardzo było sympatycznie.

——————————————————————-
Dziś mam pod opieką dwa słodkie potwory, czyli Patysia i Amelkę. W związku z tym pewnie powstanie kolejna część opowieści rodzinnych ;-)

O Kopciuszku i księciu

   Pod wieżą Eiffela trwa nieustająca impreza. Całe pole marsowe jest okupowane przez ludzi, siedzących na trawie i pijących wino. Nie wiem, o której zaczynają, ale w ciągu dnia jest tam sporo ludzi, a w nocy prawdziwy tłok. Siedzą grupkami, grają na gitarach, na bębnach, tańczą, rozmawiają. Atmosfera jest wspaniała. Zupełnie przypadkowo znalazłyśmy się tam około 21.00 i zachłysnęłyśmy się klimatem. Wytropiłyśmy czynny sklep, w którym chciałyśmy kupić wino z korkiem nie wymagąjącym korkociągu. Nie było takiego, ale sprzedawca powiedział, że może nam otworzyć. Kiedy rozpłynęłyśmy się w podziękowaniach, dodał: „Robię to dla wszystkich”.
   Z winem (i nektarynką dla Luki) wróciłyśmy na Champ du Mars i usiadłyśmy sobie na wolnym kawałku trawnika. Zrobiło się ciemno i wtedy na wieży Eiffela włączono iluminacje, a wokół nas rozległy się wiwaty i śmiechy.
    Traf chciał, że tego samego wieczoru nasz francuski gospodarz szykował dla nas kolację, musiałyśmy więc na czas być u niego w domu. Bardzo nam się nie chciało odchodzić stamtąd… Rozwiązanie nasuwało się samo: pojedziemy do Alexa, zjemy kolację, spędzimy z nim chwilę, a potem wrócimy (nie zważając na porę)…

   Byłyśmy z powrotem około pierwszej w nocy. Ledwo odkorkowałyśmy kolejne wino, zmaterializowali się przed nami dwaj chłopcy w białych koszulach. Wyższy trzymal w ręku damski bucik.  Oznajmili, że szukają Kopciuszka, mają pięknego księcia („czyli mnie”- powiedział ten, który trzymał bucik) oraz dysponują karetą z dyni i chcieliby prosić nas o przymierzenie pantofelka. I. powiedziała wprawdzie, że obie mamy duże stopy, ale nie dali się zbyć łatwo.
   Wśród śmiechów namawiali nas długo, aż spotrzegłam za nimi w tle dziewczę z jedną bosą stopą i podjęłam próbę odbicia pantofelka z rąk uzurpatora (niestety był silniejszy). Dziewczę się ucieszyło, chłopcy wreszcie oddali jej but, usiedli w pobliżu ze znajomymi i po chwili zaprosili nas do kompanii.
  
    Posiadam zdjęcie księcia, udostępniam na życzenie… Pantofelka niestety nie uwieczniłam.