O hotelu

   No więc we Francji na początek dostałam w samolocie ataku klaustrofobii, ale łagodnego i na szczęście po chwili nas wypuścili. Potem okazało się, że w paryskim metrze nie ma wind. Tak po prostu, nie ma, to znaczy może czasem gdzieś są, ale my nie znalazłyśmy ani jednej. A nasza wspólna walizka lekka nie była… Ale spoko, nauczyłyśmy się obsługiwać automat do biletów, trafiłyśmy na rue St Sebastien do hotelu i wtedy okazało się, że zarezerwowany przez nas pokój zawiera pięć łóżek. Dla wyjaśnienia: rezerwowałyśmy, tzn I. rezerwowała, pokój dla DWÓCH osób.
    Zeszłyśmy do recepcji i spytałyśmy siedzącego tam Araba o przyczyny takiego stanu rzeczy. Pan nam odpowiedział, że dwójek nie ma, że możemy sobie obejrzeć jeszcze jeden pokój (też dla pięciu osób), a jak nie, to droga wolna (tu zrobił delikatny gest w stronę drzwi). Godzina była późna, we Francji trwał długi weekend i było jasne, że nigdzie nie pójdziemy, zwłaszcza, że I. zapłaciła zaliczkę przez internet. Obejrzałyśmy drugi pokój, okazał się gorszy niż pierwszy (generalnie standard hotelu można porównać do naszych dawnych hoteli robotniczych; były wprawdzie marmury w łazience, ale za to wyraźnie nadgryzione zębem czasu), wróciłyśmy do recepcji i zażądałyśmy primo: gwarancji, że nam nikogo nie dokwaterują, a secundo: rachunku, bo ten pan pieniądze od nas wprawdzie wziął, ale żadnego potwierdzenia nie dał.
   Była to zatem nasza trzecia rozmowa z recepcjonistą i wtedy okazało się, że tak, pokój jest pięcioosobowy, ale do naszej wyłącznej dyspozycji, bo zapłaciłyśmy za dwójkę. To jedno zdanie wiele zmieniało, więc nieco uspokojone wróciłyśmy na górę, rozpakowałyśmy się i poszłyśmy szukać restauracji.

    Paryż ma pewne cechy wspólne z Warszawą, a mianowicie po 23.00 nie można tam nic zjeść. Zwiedziłyśmy kilka ulic i kilka knajpek. Przed każdą knajpką stały tłumy ludzi w różnym wieku, ponieważ Paryżanie, jak Włosi, preferują spędzanie czasu na powietrzu (cieplej tam, niż u nas). W każdej witano nas uprzejmie, po czym tłumaczono, że o tej porze nie ma nic do jedzenia. Wreszcie znalazłyśmy pizzerię i w efekcie pierwszego wieczoru we Francji jadłyśmy pizzę…
   Ale spokojnie, po kolacji nabyłyśmy w sklepie wino i ser. Napuściłyśmy sobie wody do wanny w naszej hotelowej łazience i w pół godziny śliczniutko się spoiłyśmy zaledwie połową butelki – po podróży i w gorącej wodzie wyszło nam to bardzo ekonomicznie…

5 myśli nt. „O hotelu

  1. siostra

    no i ładnie :)
    Ekonomiczne jesteście zdecydowanie.
    Czy w następnych dniach jedzenie było bardziej francuskie (poza croissantami)?

  2. Luca

    Wiesz, oni jedzą ciągle słodkie! Od rana te croissanty, ciasto czekoladowe, dżem, piją czekoladę… A obiad jedzą chyba raczej wieczorem, i jadłyśmy go już potem w domu. Alex upiekł nam jakiegoś kurczaka, ale nie był to tradycyjny przepis. Za to my zrobiłyśmy mu schabowe ;-)

  3. T.

    Moje doświadczenia z Paryża są jednak dużo milsze, ale to może też dlatego, że to było wieki całe temu…

  4. Królowa Nocy

    A ja chcę to ciasto czekoladoweee! (jeśli uda Ci się odtworzyć przepis Alexa :P )

Możliwość komentowania jest wyłączona.