Miesięczne archiwum: Maj 2008

O hotelu

   No więc we Francji na początek dostałam w samolocie ataku klaustrofobii, ale łagodnego i na szczęście po chwili nas wypuścili. Potem okazało się, że w paryskim metrze nie ma wind. Tak po prostu, nie ma, to znaczy może czasem gdzieś są, ale my nie znalazłyśmy ani jednej. A nasza wspólna walizka lekka nie była… Ale spoko, nauczyłyśmy się obsługiwać automat do biletów, trafiłyśmy na rue St Sebastien do hotelu i wtedy okazało się, że zarezerwowany przez nas pokój zawiera pięć łóżek. Dla wyjaśnienia: rezerwowałyśmy, tzn I. rezerwowała, pokój dla DWÓCH osób.
    Zeszłyśmy do recepcji i spytałyśmy siedzącego tam Araba o przyczyny takiego stanu rzeczy. Pan nam odpowiedział, że dwójek nie ma, że możemy sobie obejrzeć jeszcze jeden pokój (też dla pięciu osób), a jak nie, to droga wolna (tu zrobił delikatny gest w stronę drzwi). Godzina była późna, we Francji trwał długi weekend i było jasne, że nigdzie nie pójdziemy, zwłaszcza, że I. zapłaciła zaliczkę przez internet. Obejrzałyśmy drugi pokój, okazał się gorszy niż pierwszy (generalnie standard hotelu można porównać do naszych dawnych hoteli robotniczych; były wprawdzie marmury w łazience, ale za to wyraźnie nadgryzione zębem czasu), wróciłyśmy do recepcji i zażądałyśmy primo: gwarancji, że nam nikogo nie dokwaterują, a secundo: rachunku, bo ten pan pieniądze od nas wprawdzie wziął, ale żadnego potwierdzenia nie dał.
   Była to zatem nasza trzecia rozmowa z recepcjonistą i wtedy okazało się, że tak, pokój jest pięcioosobowy, ale do naszej wyłącznej dyspozycji, bo zapłaciłyśmy za dwójkę. To jedno zdanie wiele zmieniało, więc nieco uspokojone wróciłyśmy na górę, rozpakowałyśmy się i poszłyśmy szukać restauracji.

    Paryż ma pewne cechy wspólne z Warszawą, a mianowicie po 23.00 nie można tam nic zjeść. Zwiedziłyśmy kilka ulic i kilka knajpek. Przed każdą knajpką stały tłumy ludzi w różnym wieku, ponieważ Paryżanie, jak Włosi, preferują spędzanie czasu na powietrzu (cieplej tam, niż u nas). W każdej witano nas uprzejmie, po czym tłumaczono, że o tej porze nie ma nic do jedzenia. Wreszcie znalazłyśmy pizzerię i w efekcie pierwszego wieczoru we Francji jadłyśmy pizzę…
   Ale spokojnie, po kolacji nabyłyśmy w sklepie wino i ser. Napuściłyśmy sobie wody do wanny w naszej hotelowej łazience i w pół godziny śliczniutko się spoiłyśmy zaledwie połową butelki – po podróży i w gorącej wodzie wyszło nam to bardzo ekonomicznie…

Scenki rodzinne 3 – zdjęcia

Siostra i Szwagier pokazywali mi zdjęcia z działki. Na którymś zdjęciu Szwagier trzyma dzieci przerzucone przez ramiona – na jednym ramieniu Patyś, na drugim Amelka. Potwory mają po trzy lata, więc nie są już takie znowu małe, za to Szwagier jest drobnym chłopcem. Popatrzyłam z podziwem i powiedziałam: -Jak Pudzian!
Siostra pocałowała go w ramię.
-„Mój ty pudzianku”-wymruczała…

Ja pokazywałam mojemu facetowi zdjęcia z Francji i opowiadałam na bieżąco.
-„A tutaj są osiołki, to na Polu Marsowym…”
Na to M.: -„Kupiłem wczoraj salami.”

P.S. Będzie o Paryżu, będzie. Pewnie jutro.

Wróciłam…

… i wszyscy mnie pytają, gdzie notka. Ale, wiecie, ja wróciłam niewiele ponad 12 godzin temu i, jak wiadomo, muszę spać i muszę pracować czasem… Tak więc o francuskim księciu, z pantofelkiem w dłoni szukającym Kopciuszka, o dwugwiazdkowym hotelu na rue St.Sebastien, w którym niemiły Arab dał nam pięcioosobowy pokój zamiast podwójnego, o sklepie, w którym miły Arab dał nam cukierki, o winie, słońcu i paru innych rzeczach opowiem, jak tylko znajdę trochę więcej czasu.
Teraz powiem tylko, że nogi mnie bolą jak diabli, marzę o łóżku (żeby spać) i nie zmienia to faktu, że było CUDNIE.

 Jesienią Sankt Petersburg :D

Paaryyż!!!

Lubimy z I. wyskoczyć na parę dni do jakiegoś europejskiego miasta.

Oczywiście to zdanie jest trochę na wyrost, bo to będzie dopiero drugi taki wypad. Ale w sumie, skoro już wiemy na pewno, że lubimy…? Po przemiłym i pełnym przygód wrześniowym weekendzie w czeskiej Pradze postanowiłyśmy: w maju Paryż! Będzie bosko, będzie cudownie, będzie zajebiście. Choćby lało i grzmiało.

Cztery dni z dala od wszystkiego, bez telefonu, bez internetu (szkoda czasu na kafejki). Wyluzować się, odpocząć, pomyśleć albo właśnie przestać myśleć. Przeczyścić styki, przewietrzyć mózg, zobaczyć coś nowego.

Poza tym jestem bardzo przywiązana do swojego kraju i języka i przebywanie w otoczeniu ludzi, którzy nie mówią po polsku, w mieście, gdzie na ulicach nie słychać polskiego (no dobra, albo rzadko) – jest bardzo dziwnym dla mnie doświadczeniem. I odświeżającym.

I wiecie co? Jutro! Jutro wieczorem będę daaleeko.

Scenki rodzinne 2 – rozmowa z Mamą

Mama 12:42:17
Cześć Córeńko! Natalia opowiedziała mi dzisiaj,że widziały z Agatą psa, który sikał z balkonu do ogródka. Z drugiego piętra. Mam wyobraźnię. A jakby to było dziesiąte? Psu wszystko jedno…

 Luca 12:42:39
 mógłby zabić…

Luca 12:43:06
„mężczyzna zginął uderzony z góry strumieniem psiego moczu”

 Luca 12:43:45
 wersja „Faktu”: „zgroza! mordercze siki spadają z wieżowców!”

Mama 12:44:19
Dobrze,że tylko sikał…Już widzę te nagłówki w gazetach „Latające gówno zabiło przechodnia!!!”


Bez komentarza.

opisz to na blogu

Miałam silne postanowienie, żeby pisać codziennie. Jak z większością silnych postanowień, tak i z tym chyba przegrywam… Przede wszystkim wcale nie co dzień dzieje się historia, którą się wdzięcznie opowiada. Choć coraz częściej w różnych sytuacjach słyszę: „opisz to na blogu!”. No ale jak tu opisać jedyny w swoim rodzaju widok Wiktora, przy proszonym obiedzie wyciągającego korek z wina zębami? Za mało na opowieść. No ale niech się czuje uwieczniony :D

Scenki rodzinne

Brat mój pozwolił mi na używanie tutaj jego pełnej ksywki. Ktoś jeszcze się zgadza? Bo zaczynają mi się powtarzać inicjały… (na przykład M. od kluczy i M. od piątkowych planów to są dwa zupełnie różne „M.”…)

Otóż mój brat Harry lubi czasem… nie, nie tak. Od początku.
W moim domu rodzinnym są trzy koty, jeden wielgachny pies, dwoje małych dzieci, jedno spore dziecko i trzy do czterech dorosłych osób. To znaczy tak na co dzień, bo niekiedy zjeżdżają się goście i rodzina, czyli na przykład ja i Harry. Wtedy robi się głośno i ciasno, a zwierzaki i dzieci powiększają ogólny chaos. Koty na przykład, jak to koty, czasem sikają (za to nie zawsze tam, gdzie trzeba). No i Harry niedawno właśnie stał się ich ofiarą. Wszedłszy do domu, zdjąwszy kurtkę i buty, przywitawszy się ogólnie, zrobił krok do przodu, po czym wlazł prosto w kocią kałużę. Harry lubi czasem wyrazić uczucia wprost, toteż w domu rozległo się soczyste: „No ku*wa mać, ja pie*dolę!!!”. Wyładowawszy się w ten prosty sposób brat udał się do łazienki celem usunięcia skutków katastrofy.

Wychodząc natknął się w drzwiach na naszego trzyletniego siostrzeńca. „-Dlaciego piejdoliś?” – spytało ciekawie dziecko.

Jeszcze dodam, że ponieważ wzrok naszej siostry prawdopodobnie jednak potrafi zabijać, Harry spuścił głowę, zarumienił się i ze skruchą wyszeptał: „O rany.. przepraszam…!”

 ——————————————————————————
Chciałam poza tym powiedzieć, że mam problem. Poważny problem. Polega on nie tyle na tym, że nie mieszkam w pobliżu żadnej stacji metra, ile na tym, że moi znajomi o tym nie pamiętają. No i co dziennie słyszę rzeczy w rodzaju: „To spotkajmy się w metrze”, „Po co chcesz jechać nocnym, metro jeszcze jeździ!”, „Z powrotem nie będziesz miała problemu, bo tam jest metro”, „Metrem będziesz jechać?” itd.

Otóż niniejszym chciałabym raz jeszcze i z całą mocą podkreślić (skupcie się): NIE MIESZKAM PRZY METRZE! Od metra mam jeszcze pół godziny jazdy!
OK?…