Miesięczne archiwum: Lipiec 2008

Dawno nie było wiersza.

Oto więc są, nowe dla mnie, bo Wojaczka kiedyś przeczytałam i odłożyłam.
Niesłusznie.


Musisz się zawsze róży bać

Musisz się zawsze róży bać, która ustami
jest rany, co się wewnątrz ciebie wciąż rozkrwawia

bo, choć szukam, językiem cię nie umiem, naga:
powiedz mi, że się boisz, uwierzę, że jesteś.

Że jesteś w sobie, ciału swojemu przytomna
– ciało jest okiennicą, skąd wiatr płochym gestem

bezwiednej dłoni wypchnąć może szybę krwi
– już w sąsiednim powiecie opadnie zamiecią

ognia, co noworodkom wypala oczy,
a oślepłe z rozpaczy matki wyłysieją.

Więc powiedz, żebym chociaż włosami usłyszał.
Niech chociaż skóra prędkim szeptem dreszczu powie

wargom, czy jeszcze mieszkasz w tej grząskiej osobie;
nim jeszcze nie przeciekłem przez nią całkiem, powiedz.



Prośba

Zrób coś, abym rozebrać się mogła jeszcze bardziej
Ostatni listek wstydu już dawno odrzuciłam
I najcieńsze wspomnienie sukienki także zmyłam
I choć kogoś nagiego bardziej ode mnie nagiej
Na pewno mieć nie mogłeś, zrób coś, bym uwierzyła


Zrób coś, abym otworzyć się mogła jeszcze bardziej
Już w ostatni por skóry tak dawno mi wniknąłeś
Że nie wierzę, iż kiedyś jeszcze nie być tam mogłeś
I choć nie wierzę, by mógł być ktoś bardziej otwarty
Dla Ciebie niż ja jestem, zrób coś, otwórz mnie, rozbierz.

Ja tam bym Cygance nie sprzedawała

Do sklepu, w którym pracuję, przyszły dwie Cyganki i dwoje cygańskich dzieci. Cyganki w galeriach handlowych zwykle zajmują się, niestety, oszukiwaniem ludzi. Technika jest następująca: wybierają sobie coś taniego i płacą za to coś banknotem dwustuzłotowym. Zapytanie o jakiś nieco może mniejszy nominał, pokazują pusty portfel. W międzyczasie pokrzykują na dzieci, szwargoczą między sobą, pytają o toaletę i ogólnie robią sporo zamieszania. Przy wydawaniu reszty z dwustu złotych nagle twierdzą, że przecież to, co kupują, kosztuje mniej, niż im się policzyło. Wreszcie oburzone rezygnują z zakupu, zabierają swoją dwusetkę i oddają, trzymaną już w ręce, resztę. Dyskretnie pomniejszoną o sto złotych, które to sto złotych mniej czujny sprzedawca musi potem dokładać do kasy z własnej ubogiej kieszeni. Ja byłam czujna, głównie dlatego, że jestem już bogata w tego rodzaju doświadczenia. Kategorycznie zażądałam mojej, znaczy firmowej właściwie, stówy i baby sobie poszły, wyraźnie niezadowolone. No ja myślę, też bym nie była zadowolona, jakby mi właśnie sto złotych przeszło koło nosa…

Pięć minut po ich wyjściu zorientowałam się, że podczas całej tej akcji cygańskie dzieci cichcem ściągnęły i zapewne pożarły dwa ciastka, które trzymam na paterze na ladzie. Nawet mnie to nieco ubawiło, patrzyłam na potwory cały czas kątem oka, pilnując droższych towarów, ale o ciastkach nie pomyślałam – nie doceniłam dziecięcego łakomstwa i dobrej cygańskiej szkoły. Trudno, z filozoficznym spokojem zapłaciłam za dwa ciacha i korzystając z okazji postanowiłam umyć paterę… Przynajmniej dzieci miały z tego wszystkiego jakąś przyjemność.

No i teraz już wiem, dlaczego kiedy miałyśmy z Siostrą jakieś osiem i dziewięć lat i pewnego letniego dnia, ubrane w wakacyjne szmatki, opalone prawie na czarno, z czerwonymi chustkami na czarnych włosach chciałyśmy nabyć w kiosku paczkę chusteczek higienicznych – dlaczego wtedy z pobliskiej budy z kwiatkami wychyliła się niesympatyczna, gruba baba i zawołała do kioskarki: „Ja tam bym Cygance nie sprzedawała!”

Za to nie wiem, dlaczego firefox nie podkreśla mi na czerwono słowa „Cyganka” napisanego niechcący z małej litery…

A może dziecko?

Jechałyśmy wczoraj z I. samochodem i dyskutowałyśmy o naszym burzliwym życiu. I w pewnym momencie, uderzona nagłą myślą, wykrzyknęłam:
– Słuchaj, a może ja jednak dam sobie zrobić dziecko?!
[no wiecie, zegarek mi tyka]
 Na to moja najdroższa przyjaciółka:
– Ale kochanie, to nam przecież zrewolucjonizuje całe życie… Z dzieckiem będzie dużo trudniej, będziemy miały o wiele więcej obowiązków!

No i trudno, kochani. Moja przyjaciólka się nie zgodziła. Sorry.

Owocny dzień.

Niniejszym chciałabym rozplakatować po mieście, że lubię mój bank*. Czegokolwiek bym od nich nie chciała, załatwia się to łatwo, szybko i przyjemnie. Tym razem chciałam kredytu gotówkowego. Decydowałam się kilka tygodni, a dziś jakoś się w końcu zdecydowałam. I proszę: jeden telefon, jeden wniosek złożony mimochodem przez internet, a wieczorem trochę przypadkiem wpadłam do banku, bo byłam w pobliżu akurat kwadrans przed zamknięciem. I otóż wchodzę ja do banku mego, z przyjaciółką u boku wchodzę, a jakże, i otóż po piętnastu minutach wychodzę bogatsza. Jeden dzień. Gdybym nie pracowała, byłoby to pół dnia. Czyli łatwo i szybko. A i przyjemnie też, ten pan był bardzo miły ;-)

W głębi duszy podejrzewam, że o wiele łatwiej jest kredyt otrzymać, niźli go spłacić, no ale to się okaże. W razie trudności mam nadzieję, że ktoś z Was okaże się prawdziwym przyjacielem i mnie np. zepchnie z wieżowca czy coś – kredyt jest ubezpieczony…

…………………………………………………..
Poza tym słucham dziwnych, dobijających rzeczy. Depeche Mode mnie pochłonęło, na przykład. Albo Maanam.
I. mówi do mnie czasem takie słowa:
„Ty, Luca, to lubisz sobie czasem dopierdolić…”
No co ja poradzę. Zresztą przyganiał kocioł garnkowi, czy jak to tam było w tych ludowych przysłowiach.



*A bank mój to m-bank jest. Polecam.

Nie śpij – zdążysz więcej.

Niesamowite, ile może się wydarzyć w  dwa dni. Zwłaszcza, że jeden z nich to był dzień pracy, a więc właściwie zostaje wieczór.
– spotkanie z I., mrożona herbata i pierogi u mnie
– włam do domu I., która zatrzasnęła klucze wewnątrz, a ja idealnie mieszczę się w wąziutkim okienku wychodzącym na taras (powinni nauczyć swoją kotkę aportować, przyniosłaby klucze przez kocie okienko i byłoby z głowy…)
– znów u mnie, włoskie wino i upijanie się na smutno w nienajlepszych okolicznościach przyrody, że tak powiem
– następnie spontaniczne piwo w knajpie
– nocny sms od M.M., który lakonicznie naskrobał: „wpadaj do mnie” – no to wbiłyśmy około trzeciej w nocy i właśnie wtedy zabrakło nam już czasu na spanie, bo wróciłyśmy tak raczej z rana
– poranny szybki wypad do centrum (na szczęście tramwaje dopisały)
– równie szybki powrót, budzenie I., która jednak padła i po obudzeniu chętnie zjadła tosta popijając sokiem pomidorowym i kawą (od czegoś mnie ma w końcu)
– szykowanie wczesnego sobotniego obiadu, którym postanowiłam wykupić swoje zapomniane u D. kolczyki (uprzedzając pytania: tagliatelle z cukinią i świeżą bazylią :D)
– w konsekwencji leniwe picie wina (znów włoskiego)
– wizyta u Mojej Matki w celu obejrzenia nowego członka rodziny (czarno-biały Kumpel, całkiem miły)

Tu wynikło małe zawirowanie, bo planowałam wpaść kulturalnie na godzinkę, pożreć Mojej Matce obiad (nikt jeszcze nie umarł od dwóch obiadów dziennie) i kontunuować lenistwo przy winie. Jednakże w progu rodzinnego domu napadł mnie Patryk z entuzjastycznym komunikatem: „Idziemy na basen!”. Skubany miał rację, byliśmy umówieni i dzieci się cieszyły na ten basen. Ja oczywiście bez kostiumu, ręcznika i w ogóle nieprzygotowana, bom zapomniała na śmierć o tym pływaniu. W efekcie, odwoławszy wino (co robić), poszłam w bikini pożyczonym od Mojej Matki: za dużym, ze stringami i, na domiar złego, jadowicie zielonym ;) Ale było wesoło i uroczo, bliźniaki wyrastają na jakieś wodne stwory, godzinę pływają i im mało…
Po basenie i jakimś strasznie pogmatwanym powrocie do domu (bez sensu te autobusy jeżdżą…) dzień można uznać za skończony. Oba dni.
Padam.

Coin operated boy.

Urzekło mnie (jeśli to dobre słowo) już dawno. Przeczytajcie. Posłuchajcie.


Oczywiście, makabra.  A ile gorszej makabry widzimy na co dzień? Nie przemawia przeze mnie samotna baba. Nie przemawia feministka (cokolwiek to dla Was znaczy).


Moim  zdaniem – genialne.


 


coin operated boy
sitting on the shelf he is just a toy
but i turn him on and he comes to life
automatic joy
that is why i want a coin operated boy



made of plastic and elastic
he is rugged and long-lasting
who could ever ever ask for more
love without complications galore
many shapes and weights to choose from
i will never leave my bedroom
i will never cry at night again
wrap my arms around him and pretend….



coin operated boy
all the other real ones that i destroy
cannot hold a candle to my new boy and i’ll
never let him go and i’ll never be alone
not with my coin operated boy……



this bridge was written to make you feel smittener
with my sad picture of girl getting bitterer
can you extract me from my plastic fantasy
i didnt think so but im still convinceable
will you persist even after i bet you
a billion dollars that i’ll never love you
will you persist even after i kiss you
goodbye for the last time
will you keep on trying to prove it?
i’m dying to lose it…
i want it
i want you
i want a coin operated boy.



and if i had a star to wish on
for my life i cant imagine
any flesh and blood could be his match
i can even fukc him in the ass



coin operated boy
he may not be real experienced with girls
but i know he feels like a boy should feel
isnt that the point that is why i want a
coin operated boy
with his pretty coin operated voice
saying that he loves me that hes thinking of me
straight and to the point
that is why i want
a coin operated boy.







Skowronki?…

Przeraża mnie fakt, że od pierwszych lat życia jestem zmuszana do porannego wstawania. Żłobek, przedszkole, szkoła, studia, praca… No dobrze, lubię pracować przed południem, to znaczy nie tyle pracować lubię, co mieć wolne wieczory. Ale wstawanie przez pięć dni w tygodniu o 7.30 jest dla mnie jakimś koszmarem. Dziś obudziłam się później, niż zamierzałam i kompletnie nieprzytomna. Przepełzłam do wanny (środowisko wodne dobrze mi robi), gdzie przez dłuższy czas usiłowałam dojść do siebie, ale bez szczególnych efektów. Nie wiem, jakim cudem zdołałam umyć siebie, umyć głowę, wyjść, zrobić i zjeść śniadanie, ubrać się w pasujące do siebie elementy garderoby… Umalować już nie – budzenie zajęło mi ciut za dużo czasu.
Moja Matka, z którą chciałam się umówić na wernisaż, powiedziała: „No co ja Ci poradzę, że Ty pracujesz rano a ja głównie po południu? Co mi zresztą umożliwia normalne bytowanie, skowronek to ja nie jestem.”
Otóż to…

Macie jakieś własne sposoby na dochodzenie do siebie rano?

Nic dodać.

  „Istota ludzka powinna umieć zmieniać pieluszki, zaplanować inwazję, zarżnąć wieprza, sterować statkiem, zaprojektować budynek, napisać sonet, prowadzić księgę rachunkową, zbudować mur, nastawić złamanie, pocieszyć umierającego, dawać rozkazy, przyjmować rozkazy, działać w grupie, działać samemu, rozwiązywać równania, analizować nowe problemy, roztrząsać nawóz, zaprogramować komputer, ugotować smaczny posiłek, walczyć skutecznie, umrzeć bohatersko. Specjalizacja jest dla insektów.”
(Robert A. Heinlein
)

Nie mogę się powstrzymać. Królowa Nocy wyczytała ten cytat na blogu manowce.jogger.pl, a ja – na jej i codziennie mi się przypomina, bo jest wspaniały. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że czytywałam Heinleina i z pewnością widziałam ten tekst w oryginalnym kontekście, nawet, jeśli nie pamiętam ;-)

Lepiej

Dawniej to się nazywało „psychoza maniakalno-depresyjna” i Moja Matka, pielęgniarka psychiatryczna, zarzucała mi, że na nią cierpię. Teraz to się nazywa „zaburzenie afektywne dwubiegunowe” i moja przyjaciółka, studiująca psychologię (ok, ok – społeczną…) twierdzi, że nic podobnego. W każdym razie sinusoida, Dear Readers. Raz tak, raz owak, z tendencją do apatii – ale nie każdy musi lubić spontaniczne pikniki i równie spontaniczne kręgle, nie? Osobiście wolę sobie wyżej wspomniane atrakcje sensownie zaplanować…

„Obiecuję, że następne daily nie będzie hermetyczne.”