Miesięczne archiwum: Listopad 2008

Posłuchu mi trzeba, bo się zbulwersowałam!

W sobotę wstałam o pięknej godzinie trzynastej z hakiem. Wstawszy, włączyłam muzykę i poszłam się wykąpać, nie planując chwilowo innych zajęć, wizyt etc. Wyobraźcie sobie więc moje zaskoczenie, kiedy, siedząc już w wannie (z maseczką na twarzy, a jakże), usłyszałam pukanie do drzwi. Ponieważ nikt do mnie nie przychodzi bez zaproszenia, a domokrążców/Świadków Jehowy/ulotkarzy nie zwykłam specjalnie hołubić, nie przejęłam się pukaniem. „Spierdalać” – pomyślałam bez złosliwości i dalej siedziałam w wodzie. Niestety osoba pukająca nie rezygnowała, pukała dalej, aż po paru minutach chyba się zniecierpliwiła i zaczęła walić do drzwi (pięścią, jak sądzę). Po czym nacisnęła klamkę i spróbowała wejść do mieszkania. Drzwi były zamknięte, więc waliła dalej.
Po chwili namysłu wylazłam z wanny, owinęłam się czymkolwiek, wyłączyłam muzykę i pytam: „Kto tam?”. Bo diabli wiedzą, może znowu mój szanowny brat ma jakies przypadłości życiowe, albo inny ktoś potrzebujący, a pozbawiony telefonu… W odpowiedzi usłyszałam zniecierpliwione: „Sąsiadka!”.  Odkrzyknęłam grzecznie, że się kąpię i nie mogę teraz rozmawiać, na co pani sąsiadka z oburzeniem powtórzyła komuś „nie może rozmawiać!” i poszła sobie. Nie wiem, czego chciała, bo nie przyszła ponownie.
Przywróciłam właściwy poziom głośności w mieszkaniu, wróciłam do wanny i dopiero wtedy trafił mnie nagły szlag. Ja rozumiem, że się czasem ma sprawę do sąsiada (nie, muzyka nie była głośniej, niż zwykle i nie była to sąsiadka zza ściany). Rozumiem ostatecznie, że się puka do tego sąsiada długo, skoro najpewniej jest w domu. NIE ROZUMIEM natomiast walenia pięścią, a już zwłaszcza nie mieści mi się w głowie próba wejścia do domu obcej osoby! Gdybym nie zamknęła zamka, baba wlazłaby mi do mieszkania jak do stodoły! Ciekawe, czy do łazienki też, zwłaszcza, że te drzwi były uchylone. I w sumie ciekawe, jaki by miała wyraz twarzy, zastawszy mnie w dezabilu i z maseczką…
Tak więc, Panie i Panowie, zamykajcie drzwi, bo debili nie brakuje.

O wierszach

„Odkąd Cię poznałam, noszę w kieszeni szminkę, to jest bardzo głupie nosić szminkę w kieszeni, gdy ty patrzysz na mnie tak poważnie, jakbyś w moich oczach widział gotycki kościół. A ja nie jestem żadną świątynią, tylko lasem i łąką – drżeniem liści, które garną się do twoich rąk. Tam z tyłu szumi potok, to jest czas, który ucieka, a ty pozwalasz mu przepływać przez palce i nie chcesz schwytać czasu. I kiedy cię żegnam, moje umalowane wargi pozostają nietknięte, a ja i tak noszę  szminkę w kieszeni, odkąd wiem, że masz bardzo piękne usta.”
(Poświatowska)

Uwielbiam ten wiersz, od kiedy dostałam mój pierwszy tomik poezji, a było to -naście lat temu. Napisałam go z pamięci i zaraz sprawdzę, ile razy się pomyliłam…
Ani razu, dobrze. Lubię znać na pamięć ulubione wiersze, myślę, że znam ich co najmniej dwadzieścia. Dzięki temu mogę je sobie przeczytać w głowie zawsze, kiedy za nimi zatęsknię. Czy wy też uczycie się ulubionych wierszy na pamięć, czy to tylko mój zwyczaj?

Miasto na K.

W mieście na K nie można dostać mrożonego szpinaku. W mieście na K jest zimno i pada śnieg. Mówią, że to ja go przywiozłam i że przestał padać, kiedy odjechałam, ale to plotki, nie wierzcie im. Przeziębiłam sie okropnie i teraz siedzę chora w domu.
W mieście na K mają knajpy o fantastycznych nazwach, spośród których najbardziej urzekła mnie kazimierska „Kraina szeptów”. Mają piękne kamieniczki, uliczki, sklepiczki, a wszystko to, pokryte lekką warstewką śniegu i oświetlone latarniami, wygląda naprawdę urzekająco. Miasto na K jest przyjazne i fotogeniczne, a do tego inspirujące, wdzięczne, tajemnicze i seksowne.
Mają tam też straszliwe zadupie o niewinnej nazwie „Bronowice”, na którym miałam przyjemność gościć. Dostać się tam to prawdziwe wyzwanie, najłatwiej jest od naszej, warszawskiej strony. No ale jechałam pociagiem, a większość pozabronowickiego czasu spędzałam w centrum albo na Kazimierzu.  Na bronowickim zadupiu mają śliczne uliczki z jednorodzinnymi domkami, które też są bardzo fotogeniczne pod śniegiem.
Miasto na K to także, oczywiście, ludzie. Przede wszystkim ludzie. Nowe, nadspodziewanie ciekawe znajomości. I te nie-nowe, a wciąż cenne. I przypadkowe spotkanie jednych z drugimi na wystawie World Press Photo, na którą cieszę się, że poszłam, choć fotografia prasowa nie jest moją mocną stroną. Bo czasem trzeba się trochę ukulturalnić.

I jak zwykle mam dużo zdjęć i dużo wspomnień, i spełnione kolejne marzenia (och, jak szumnie brzmi). Lubię, lubię to nie moje miasto, miasto na K…

Kolory

„Les Coleurs” to kawiarnia na krakowskim Kazimierzu. W ramach delegacji zostałam tu przyprowadzona na regeneracyjną kawę. Miejsce jest naprawdę klimatyczne – kilka sal wyklejonych francuskimi plakatami i artystycznie pomalowanych, jakieś okienka, przejścia, przeszklone dachy. Ekspres do kawy wygląda jak z lat pięćdziesiątych, a kelner – wypisz, wymaluj młody Woody Allen. W stosownych okularach. Wokół głównie młodzi ludzie z laptopami, każdy w skupieniu pracuje, ale widać, jak mimochodem chłoną atmosferę. Jak ja teraz :)





 

Socjalizacja in progress

Kota się zaprzyjaźniła. Przychodzi do mnie na głaskanie, wpada mi pod nogi, potrącona oburza się i przestrasza, po czym wraca, mrucząc donośnie. Ociera się, łasi, trąca łebkiem – ogólnie jest słodziutka, mięciutka i puchata, czyli taka, jak kota w jej wieku być powinna.
Duch za to – Duch jest zniesmaczony. Przygląda się jej nie kryjąc zdegustowania, a chwilami już nie może na te świństwa patrzeć i demonstracyjnie wychodzi. Plamka czasem biegnie za nim i namawia, żeby się nie denerwował i może sam spróbował głaskania. Czasami lata między Duszkiem a mną, na zmianę ocierając się o mnie i całując go w nos. Ale on wtedy mruży oczy i tak na mnie patrzy, że mi ciarki po plecach przechodzą. I nie są to ciarki rozkoszy, o nie.
Bo nigdy nie wiadomo, czy kot nie wybierze tej wersji rzeczywistości, w której ja na przykład wpadnę pod tramwaj… Wygląda, jakby był tego bliski!

Tęsknota

„Znów wędrujemy ciepłym krajem,
malachitową łąką morza.
Ptaki powrotne umierają
wśród pomarańczy na rozdrożach.
Na fioletowoszarych łąkach
niebo rozpina płynność arkad.
Pejzaż w powieki miękko wsiąka,
zakrzepła sól na nagich wargach.
A wieczorami w prądach zatok
noc liże morze słodką grzywą.
Jak miękkie gruszki brzmieje lato
wiatrem sparzone jak pokrzywą.
Przed fontannami perłowymi
noc winogrona gwiazd rozdaje.
Znów wędrujemy ciepłą ziemią,
znów wędrujemy ciepłym krajem.”

(Krzysztof Kamil Baczyński)

Wersja do słuchania

Coś za coś

Już się miałam położyć spać, ale z łakomstwa poszłam do kuchni po łyżeczkę miodu. A za mną przyszła Plamka. Wlazła na blat przede mną i zaczęła mruczeć i się wdzięczyć. BARDZO jednoznacznie. Obejrzałam się na kocią miseczkę z twarożkiem (który był ach, jaki pyszny z mojej miski, ale z własnej już nie!), popatrzyłam ponownie na moją słodką, mruczącą Kotę i sięgnęłam po talerzyk i saszetkę whiskasa… Kota zwiększyła obroty, a za mną pojawił się Duch. Nałożyłam, ucięłam próby zjedzenia kolacji na blacie, wyjaśniając, że koty w tym domu jedzą na podłodze, postawiłam talerzyk  i usiadłam obok. Kota zabrała się za jedzenie wciąż mrucząc, wyraźnie wdzięczna. No to… wyciągnęłam rękę i zaczęłam ją głaskać. Plameczka wygięła grzbiet i podsunęła do głaskania! Wreszcie się cholera dała dotknąć! Siedziałam tak i głaskałam ją, póki jadła. Pochłonąwszy, do spółki z Duchem (który obraził się za próbę pogłaskania, ale jadł dalej) całą kolacyjkę, przestała mruczeć, odsunęła się delikatnie i bardzo starannie umyła cały tak okropnie sprofanowany grzbiet ;)

Wniosek z tego jest oczywiście taki, że Kota kocha mnie za_żarcie. Ale co tam!

Licho

„Nie trzeba mnie wyganiać, nie trzeba mnie odpychać!
Obejmę jabłoń za szyję, zacznę z jabłonią usychać,
zapłaczę nad agrestem, przejdę się malinami,
będą skurczone liście, jagody z czarnymi plamami.
Nie trzeba mnie wyganiać! Szparagi wyginą suche,
do grząd cienistych truskawek namówię ciotkę ropuchę.
W stajni rozplotę włosy, zakręcę znów do góry,
i przyjdą z ziem indyjskich olbrzymie rogate szczury.
Trzeba mnie wziąć do domu, przy stole dębowym posadzić,
trzeba mnie długo pieścić, po zimnych stopach gładzić,
a kiedy sen mnie zmoży albo zaleję się łzami
– długo po czole miedzianym ciepłymi wodzić ustami.”

(K. Iłłakowiczówna)

Zawsze to lubiłam. Zaś interpretacja Anny Marii Jopek, choć pomija parę wersów, jest naprawdę warta posłuchania…