Miesięczne archiwum: Styczeń 2009

Strzał w kolano

Zrobię to sama, zanim ktoś to zrobi za mnie… Na początek, Drogi Czytelniku, wyobraź sobie Lucę. To ta ładna laska z wielkim ego, która nie dźwiga zakupów i nie umie gotować. Już?

Zaczęło się od tego, że mi się nie chciało. Nie chciało mi się sprzątać kociej kuwety, a jak już musiałam koniecznie, to mi się nie chciało przejść dwóch metrów do kuchni po foliową torebkę. Więc wrzuciłam brudny koci żwirek do ubikacji i beztrosko spuściłam za nim wodę. Kot Plamka przyglądała się temu z zadowoleniem, bo szalenie jej się podoba, że to, co jest w kibelku, tak łatwo znika i już jest czysto. Mnie też się podobał ten system – do czasu…
Chyba następnego ranka stwierdziłam, że toaleta działa jakoś gorzej, jakby troszkę zapchana. Bez przekonania rozejrzałam się za „kretem”, ale akurat się skończył, więc machnęłam ręką i poszłam do pracy. A po południu przyszli goście. Zostali uprzedzeni, że mam lekką awarię i przejęli się tak samo jak ja, czyli wcale. Jednakże sześć dorosłych osób, jakby to powiedzieć, swoje przez kilka godzin zrobi. I może nawet wszystko by się jakoś bezboleśnie skończyło, gdyby nie to, że brat mój nabawił się był drobnej niedyspozycji żołądkowej. Na który koniec chorował – nie wiem i wiedzieć nie chcę, natomiast pamiętam doskonale, że po każdym pobycie w mojej nieszczęsnej łazience pewnym tonem oznajmiał mi, iż na pewno nic się nie zapchało i wszystko jest OK. Reszta towarzystwa nie wypowiadała się na temat sprawności toalety, aż do momentu, kiedy – pod sam koniec wieczoru – Vera weszła do łazienki i natychmiast wypadła z niej z okrzykiem: „O kurwa, nie chcecie tam wchodzić!”. Znalazł się jednak jeszcze jeden odważny, który skorzystał, i nawet bym mu z tego miejsca złożyła różne serdeczne wyrazy, gdyby nie fakt, że już w sumie było i tak wszystko jedno…
Pożegnałam gości, dzielnie ignorując dyskusje o stanie – i zawartości – mojego sedesu, pomachałam wszystkim rączką na do widzenia, zamknęłam za nimi drzwi – i poszłam popatrzeć.

Było na co.

Następnego dnia kupiłam opakowanie kreta w granulkach, taniego, bo oczywiscie na domiar złego byłam akurat zupełnie bez pieniędzy. Nie pomógł ani ten, ani kolejny, nabyty nazajutrz. Zaczęłam w myślach dziękować Teutatesowi za pracę, w której spędzam dwie trzecie dnia i w której JEST TOALETA. Jednakże zaczęłam się też troszeczkę niepokoić. Hydraulicy są, jak wiadomo, w Irlandii, a tam się nie wybieram, ani tym bardziej mój sedes nie ma takich planów. Zaś w portfelu zostało 2gr (tak, Drogi Czytelniku, dwa grosze). Wtedy w sukurs pospieszył Lis, jednym kliknięciem myszy przysyłając mi z miasta na K. wsparcie finasowe. Przelew nosi tytuł: „Na cele amoralne + celem usunięcia usterki ustępu”. Cele amoralne odłożyłam na później, zaopatrzyłam się natomiast w zestaw małego przepychacza: drogi udrożniacz w płynie, przepychaczkę gumową i – najważniejsze – gumowe rękawice.

Pamiętasz, Czytelniku, wizję z poczatku opowieści? Znaczy, masz przed oczyma duszy jasny i myśl cieszący obraz Luki? No, to teraz Luca bierze wiadro i stawia je obok kibelka, którego opis sobie darujemy, bo większość z nas widziała przynajmniej raz w życiu taki naprawdę jebitnie zapchany kibel. Następnie zakłada rękawiczkę gumową prawą i rozpoczyna przenoszenie cieczy (?) z sedesu do wiadra za pomocą litrowego opakowania po lodach Carte d’or (bo trzeba mieć fantazję i pieniądze, synku). Wybrawszy w ten zgrabny sposób sporą część i pozbywszy się jej za pośrednictwem własnej wanny, bohaterka bierze do rąk przepychaczkę. Przepychaczka jest niewymiarowa i w ogóle nie wiem do czego, ale na pewno nie do kibla, i oczywiście nic nie daje. Zatem bohateraka wlewa do ubikacji pokaźną ilość „WC sansed żelu” i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku oddala się na godzinę.
Po godzinie okazuje się, naturalnie, że sytuacja kibelka nie uległa zmianie. Wtedy Luca przybiera zdeterminowany wyraz twarzy i robi Luigiego. Nie wiecie, jak się robi Luigiego? To wyobraźcie sobie najgorszą wersję wydarzeń. Rękawiczki miałam niebieskie.
Po, tym razem, krótkiej zaledwie chwili staje się jasne, że nawet to poświęcenie nic nie daje. Rękawiczki, niestety, nie sięgają nawet połowy przedramion, zaś same przedramiona nie zginają się w połowie. Pech taki. Jednakże z usuniętym niewielkim fragmentem zatoru również trzeba coś zrobić – na ten element opowieści spuścimy zasłonę milczenia. Co uczyniwszy – to znaczy pozbywszy się fragmentu, a nie spuściwszy zasłonę – bohaterka hojnie wlewa do sedesu jeszcze sporą porcję udrożniacza i, bez nadziei, odchodzi.
Udało się jedynie zniwelować swoisty
genius loci, spowodowany awarią. Zawsze coś, pomyślała bohaterka, z satysfakcją pociagając nosem, i otworzyła czytaną aktualnie powieść na stronie czterysta dziewięćdziesiątej drugiej.
Jakież było jej zdumienie, kiedy o godzinie 20.45, z pustoty wlawszy do sedesu odrobinę wody i używszy – ot, dla zasady, skoro już kupiona – gumowej przepychaczki, zauważyła, iż woda SPŁYWA! Hurra, alleluja, wow!

Zapewne nawet nie wiesz, Szanowny Czytelniku, jaka to przyjemność skorzystać z własnego kibla…

To tylko teatr

Zaczęło się od telefonu Szwagra, parę tygodni temu. Pytał, czy zajęłabym się dziećmi pewnego – odległego jeszcze – popołudnia. Jako dziewczę z natury ciekawskie, a może wiedziona przeczuciem, spytałam, po co. „Chcę zabrać A. na „Metro” – usłyszałam. W tym momencie dowiodłam, nie pierwszy raz w życiu, absolutnego i nieuleczalnego braku taktu, mówiąc: „Sorry Szwagier, ale beze mnie nie idziecie!”. Tomek zniósł to mężnie: spokojnie oznajmił, że w takim razie kupi trzy bilety, a w sprawie niańkowania zadzwoni do Natsuko. Dobry człowiek z niego,  co często powtarzam.

Tak więc w naznaczonym dniu ubrałam się ładnie -ale nie przesadnie, żeby Siostra spotkawszy mnie w pracy nie domyśliła się, że ja tez idę do tego teatru, do którego pożyczała ode mnie spódnicę w przeddzień. Bo cała sprawa miała być niespodzianką i tajemnicą. Warto nadmienić, że Siostra jest wielką wielbicielką „Metra”, a jeszcze nie widziala nigdy spektaklu na żywo, tak jak i ja. Jako wielbicielka jest świetnie zorientowana w terminach przedstawień, więc co nieco się domyślała…

Po drodze z pracy do teatru udało mi się dokonać sztuki, która może wyda Wam się interesująca i zechcecie ją powtórzyć: otóż wysiadłam z autobusu na placu Trzech Krzyży i zamiast skręcić prosto do Studio Buffo, zeszłam na dół, prawie do Wisły, skąd dopiero – pokierowana przez życzliwą staruszkę zwracającą się do mnie per „kochanie” –  wróciłam przez skwer, ogromniaste schody i kawałek ulicy Frascati na górę, z powrotem prawie do placu. Tak więc, prócz rozrywek dla ducha, postarałam się o spacer dla poprawienia kondycji ciała. U szczytu schodów zatrzymalam się, wyjęłam z torebki podręczny zestawik teatromaniaka – w postaci płynnej pasty do obuwia – i doprowadziwszy buty do porządku weszłam do teatru.

Przedstawienie jest WSPANIAŁE . Porywające, emocjonujące, piękne widowisko, trafiające czlowieka w różnorakie skrywane lęki i marzenia. („Po pierwszym śniadaniu biegniecie za metrem”, na przykład. Nie macie tego dość? Ja mam – metaforycznie, bo nie jeżdzę metrem, ale sens jakby ten sam…) Byłam zachwycona i szczęśliwa. Przynajmniej dopóty, dopóki nie nadeszła połowa drugiego aktu i nie zaczęła się część bardziej o miłości, niż o forsie. I właśnie, kiedy ona zaspiewała: „Szukałam zawsze ciebie, dobrze wiem”, ja spojrzałam nowym okiem na głównego aktora. Wyobraźcie sobie – w każdym razie ci z Czytelników, którzy mnie znają dłużej i bliżej – szczupłego, wysokiego faceta z kwadratową szczęką, opartego niedbale o filar, ubranego w dżinsy, ramoneskę i naciągnęty na głowę kaptur. Jakieś pytania?…
Oczywiście lanie gorzkich łez na widowni teatru poważnie narusza mój image, ale na szczęście widziała tylko rodzina. Zresztą przecież nie mogłam przepuścić tak wspaniałej okazji do płaczu. Pójdę jeszcze raz ;]

Podsumowując, moja wdzięczność dla Siostry i Tomka nie ma granic. Dziękowałam już prywatnie, więc nie będę się przesadnie podlizywać, ale wiedzą, że mają u mnie, co zechcą, za to moje wpieprzenie się w ich romantyczny wieczór :)

A odtwórca głównej roli – Jerzy Grzechnik – bez kaptura wygląda tak. Całkiem, całkiem, hm? ;)

Zderzenie z rzeczywistoscią

A wczoraj był u mnie w pracy kandydat. Kandydat do pracy, rzecz jasna. Cefałkę (CV, dla niewtajemniczonych) przyniósł, a jakże. Zerkam do cefałki, a tam stoi: „Wiek: 27 lat”.

„Dwadzieścia siedem?” – myślę sobie – „Ale stary!”

Komentarze zostawię Wam…

Still more then I expected

Ostatnio żyję w olśnieniu ludźmi – tym, jak niesamowite osoby spotykam na swojej drodze i jak bardzo one się do mnie przywiązują i mi ufają.  Tylu ludzi przychodzi do mnie ze swoimi problemami. Tylu się przede mną otwiera, zwierza się, pyta o zdanie. Teraz, po urodzinach, czuję to bardziej, bo wiele osób tego właśnie dnia pamiętało o mnie. I niby to symboliczne –  złożenie życzeń w urodziny to tylko gest – ale rzecz w tym, że ze strony wielu było to coś więcej. Coś szczerego i ciepłego. A przecież czasem prawie się nie znamy!
Olśniewa mnie to. Telefon z Anglii od kogoś, kogo widziałam dwa razy w życiu, nieoczekiwany kwiatek, zaufanie ludzi, którzy opowiadają mi o konfliktach z innymi bliskimi mi ludźmi i wierzą – wiedzą – że nie nadużyję posiadanej wiedzy, przepiękna książka od kolegi z pracy,
obrazki od Alquany i Agi...
To niesamowite, to niewiarygodne. Czasem czuję, że nie zasłużyłam, czasem, że widać muszę być niezwykłym człowiekiem, a czasem jestem wdzięczna. Czasami także odczuwam straszną presję, żeby nie zawieść nadziei – każdemu pomóc, wysłuchać, doradzić, odwdzięczyć się. Wiem już, że nie zdołam – nie mam tyle czasu, siły, uwagi, żeby znaleźć dzień w kalendarzu i miejsce w głowie dla każdego, kto zadziwia mnie ciepłem…
Ale z pewnością mogę zrobić jedną rzecz, a mianowicie powiedzieć tutaj: jesteście niezwykli, dziękuję :)

P.S. Tak, po napisaniu tego, co powyżej, czuję się nieznośnie sentymentalna i zagrożony jest mój wizerunek cynicznego potwora ;) Ale niech tam…

Kryzysik

Zmęczona, niewyspana. Znów za dużo spotkań w krótkim czasie. Konsekwencje to – jak zwykle – przemęczenie, ból najdziwniejszych części ciała, lekki chaos emocjonalny i tak zwane palpitacje mózgu. Naturalnie mam już ściśle zaplanowany cały bieżący tydzień, w każdym razie do piątku – na szczęście w większości planuję rzeczy spokojne i kojące.
I pytam grzecznie, po raz kolejny zresztą: czemu, u licha, Kaczka musi koncertować akurat w niedziele?! Jest to jeden z głównych powodów, dla których nie znoszę poniedziałków.

Piękne i fajne mamy dzieci :)

Fundacja Krewniacy.pl zorganizowała sesję zdjęciową promującą zdrowy tryb życia, a głównie chyba zdrowe odżywianie. Osobiście nie mam nic przeciwko zdrowemu odżywianiu, ale niniejszy wpis ma oczywiście na celu nie tyle zachęcenie Was do wcinania jabłuszek, ile raczej pochwalenie się dziećmi Siostry :)

Kliknięcie w obrazek przekierowuje do całej galerii.

Absurdalna liczba, dwadzieścia siedem

Czuję się kochana.
Czuję się adorowana.
Mam świetną rodzinę i wspaniałych przyjaciół, z którymi mam szczere, głębokie rozmowy.
Kocham kilka osób i lubię to uczucie. 
Moje mieszkanie jest moją twierdzą i ostoją, mimo, że tak naprawdę nie moje ;)
Mam kilka nowych, czekających na przeczytanie, książek na półce, porozstawiane po domu kwiaty, pełną lodówkę i mruczące koty.

Jestem zdrowa (dręczący mnie od miesiąca katar zbywamy milczeniem!) i choć wiecznie niedospana, to en pleine form.

O, tak :)

Poza tym dzięki K.
odkryłam nowy (dla mnie) zespół, ale musicie sobie posłuchać na YouTube, bo „umieszczanie filmu na stronach zostało wyłączone”.