Miesięczne archiwum: Luty 2009

TO jest problem

Izu:
wchodzę, wokół stołów jakieś 10 fanatyków Linuxa
Izu:
witam się z Ryśkiem i Ryś pyta: jaki masz problem z Linuxem?
Izu:
nie wiem mówie (przy tych wszytkich facetach)
Izu:
znaczy ja mam tylko jeden problem… bo mi nie chodzą filmy na red tube :)

Trzynasta rano

Ja: – Jesteśmy zapisani do fryzjera na 13.00.
Kain: – 13 rano w sobotę – czyli z rana trzeba będzie wstawać. To takie nieludzkie…


Parę godzin później.
Siostra: – To co, w niedzielę na dwunastą? trzynastą?
Ja: – Trzynastą może… bo w sobotę też musimy wstać wcześnie rano, bo mamy fryzjera…

Na zamówienie

Kiedy się urodziłam, Wielki Konstruktor spojrzał na mnie uważnie, zamyślił się i rzekł:


– No dobrze… zrobimy tak, tak i tak. Wy tam, do roboty.


Dziesięć miesięcy później urodził się Kain. I teraz ma przechlapane ;]

Weterynarz – podejście trzecie

Wróciłam z pracy, poszłam do łazienki po walerianę, nakapałam do transporterka. Natychmiast zrobiło mi się niedobrze, nienawidzę cholerstwa. Usiadłam sobie w pobliżu z kratką do zamykania w ręku i czatowałam. Koty nawet szybko zainteresowały się znanym już zapachem i zaczęły łazić naokoło, a potem wchodzić do środka. Niestety Duszek za każdym razem, kiedy choćby drgnęłam, natychmiast uciekał. Siedziałam tak, w oparach kropelek na uspokojenie, czatując na odpowiedni moment, i bynajmniej nie czułam się spokojna. Dwie nieudane próby, perspektywa kolejnego fiaska – albo dla odmiany perspektywa męczenia przestraszonego kota – i presja czasu pospołu wprawiły mnie w lekki stresik. Myślałam nawet, czy dla kurażu nie walnąć kielicha (winko mam w lodówce), ale pomyslałam sobie, że głupio tak ziać alkoholem na weterynarza, w dodatku kierowcę.
Około 18.20 (a 18.30 była godziną zero, czyli godziną wizyty pani doktor) stało się jasne… dalej znacie. Postanowiłam zadzwonić i odwołać cały plan. I właśnie wtedy odkryłam, że stan konta w moim telefonie wynosi, dokładnie, 0,00zł. Gdyż ponieważ nadal mam telefon w tzw. miksie, co niekiedy przeszkadza w życiu… Zanim wyskoczyłam do kiosku, wstukałam odpowiednie cyferki, wróciłam do domu (w nadziei, że może w międzyczasie stał się cud i Duch na przykład zasnął w klatce) i zadzwoniłam, pani doktor była w drodze. Wyznałam, że to nie ma najmniejszego sensu, po czym uświadomiłam sobie, że w takim razie należałoby dać kocie zastrzyk antykoncepcyjny. Gdyż akurat koncepcja posiadania kociąt w kawalerce nie jest mi bliska.  Pani doktor wyraziła wątpliwość dotyczącą możliwości złapania koty, ale to akurat nie był żaden problem – wzięłam mruczącą puchatą kulkę na ręce, umieściłam w transporterku, zamknęłam, dałam smakołyk i czekałam. Plamka próbowała znaleźć wyjście, ale niezbyt gorączkowo, Duch natomiast obwąchał klatkę z kotą w środku, po czym olał sprawę i poszedł zajmować się czymś innym. Oczywista, sielanka trwała tylko dopóty, dopóki w progu nie pojawiła się pani doktor – wtedy kot spieprzył pod wannę, a kota omal nie wyszła z siebie w klatce. Rękawiczki Luigiego znów się przydały – wyciagnęłam ją za łeb, z trudem przytrzymałam, wyrywającą się i spanikowaną, zastrzyku pewnie nawet nie zauważyła, a puszczona śmignęła do łazienki, wlazła za Duchem pod wannę i siedziała tak jeszcze kwadrans po wyjściu weterynarza – wcale nie przekonana moim żałosnym: „No nie bójcie się, już poszła!”…

Pani doktor orzekła, że do czerwca mamy spokój. Niestety jest to spokój jedynie, jeśli chodzi o kocie dzieci, za to niekoniecznie jeśli chodzi o warunki, w jakich obecnie mieszkam:/ Ten drań postanowił mnie chyba wykurzyć z domu i nawet odnosi na tym polu pewne sukcesy: w sobotę obudziłam się przez niego z taką migreną, że pomogło dopiero wyjście na dwór, na świeże warszawskie powietrze. Robię, co mogę, żeby w domu była w miarę znośna aura, ale, do licha, mam stanowczo dość… Za to odkryłyśmy kolejną nić porozumienia, kiedy na pytanie: „Który dziś?” odparłam: „To 24 był lutego”. „O, pani też?” – padło na to, po czym płynnie przeszłyśmy do rozmowy na temat Taverny10B. 

Poza tym ucieszyła mnie w tym wszystkim uwaga pani doktor:
„Ja go bardzo chętnie wykastruję – to mój ulubiony zabieg!”

Weterynarz – podejście drugie

Kupiłam transporterek. Postawiłam go w mieszkaniu, koty obejrzały, Duch oczywiście nasikał do środka i na tym się zainteresowanie nowym przedmiotem skończyło. W weekend rzuciłam tam dla zachęty smakołyk, lubiany przez oba, ale nie poprawiło to jakoś znacząco sytuacji. Uznałam, że trzeba tu silniejszych środków.

W poniedziałek poszłam do odpowiedniego sklepu i zapytałam miłą panią, czy jej zdaniem kocimiętka załatwi sprawę. Pani uczciwie pwiedziała, że waleriana będzie bardziej skuteczna i odesłała mnie do apteki. Nabyłam więc w aptece krople walerianowe i, wróciwszy do domu, nakapałam nimi do transporterka, przy okazji rozsiewając wszędzie upojną woń. Zanim futrzaki się choć trochę zainteresowały, mnie już bolała głowa. Stosowanie waleriany zewnętrznie (na kotach) powinno być poprzedzone zastosowaniem wewnętrznie na ludziach – niemożebnie mnie ten smród wkurwiał. Ale co robić.
Koty się troszkę odurzyły i zaczęły krążyć wokół klatki, jednakże około 18.30 (a 18.30 była właśnie godziną zero, czyli godziną wizyty pani doktor) stało się jasne, że nie uda mi się zamknąć tam Ducha. Po namyśle przełożyłysmy wizytę na dzień następny. Naturalnie minutę po dokonaniu tych ustaleń cholerny kocur wlazł do klatki… Pomyślałam sobie, że w takim razie nazajutrz będzie już łatwo, a potem szeroko pootwierałam okna…

W skale rozsądku jaskinie szaleństwa

„Po sztormach, burzach, nawałnicach, szkwałach
Na dwóch bliźniaczych zamieszkałem skałach.

Trzymam się obu w ciszy i zawiei –
Skały rozpaczy i skały nadziei.

Obie prastare i obie rzeźbione
Siłą żywiołów nieświadomych znaczeń;
Skałą rozpaczy – nadzieje stracone,
Skałą nadziei – przetrwane rozpacze.

Po sztormach, burzach, nawałnicach, szkwałach
Na dwóch bliźniaczych zamieszkałem skałach.

Od świtu do zmierzchu, od zmierzchu do świtu
Na skale grozy i skale zachwytu.

Obie potężne i obie wspaniałe
Wbrew horyzontom posągowe pozy;
Na skale grozy – zachwyty zwietrzałe,
W skale zachwytu – ciemna ruda grozy.

Po sztormach, burzach, nawałnicach, szkwałach
Na dwóch bliźniaczych zamieszkałem skałach.

Czekały przecież na mnie od początku:
Skała szaleństwa i skała rozsądku.

Obie lekarstwem przeciw nudzie ducha,
Obie modlitwy godne i przekleństwa;
W skale szaleństwa – rozsądku grań krucha,
W skale rozsądku – jaskinie szaleństwa.

Po sztormach, burzach, nawałnicach, szkwałach
Na dwóch bliźniaczych zamieszkałem skałach.

Jedna dla drugiej lustrem i wyrzutem,
A przecież z jednej energii wyklute.

Łączy je w głębiach niewidoczny korzeń
Którym na trwałe w sedno bytu wbite;
Tam, gdzie rozsądek – rozpaczą i grozą
nadzieja – szaleństwem, szaleństwo – zachwytem.”


Jacek Kaczmarski „Dwie skały”

Herbatka z weterynarzem

Było tak: wróciłam po pracy do domu, zastawiłam wejście do łazienki szafką na buty, żeby koty nie zdołały tym razem zwiać pod wannę i spokojnie czekałam na panią doktor B., starając się udawać przed futrzakami, że absolutnie nic się nie dzieje i w ogóle nie spodziewam się żadnego lekarza.  Nawet trochę się udało, bo na pukanie do drzwi koty nie zwiały – Duch nawet się nie ruszył z łóżka. Pani doktor weszła, zdjęła płaszcz, wydobyła z bagażu wagę łazienkową i przygotowała zastrzyk. W międzyczasie Plamka przypomniała sobie, że ona jednak się panicznie boi tej energicznej rudowłosej osoby i urządzila nam piękny pokaz biegania po ścianach z finałem w postaci nieudolnej próby ukrycia się na parapecie, za przejrzystą roletą. Duszkowi na ten widok też niestety coś zaświtało i wlazł pod łóżko. Postanowiłyśmy wyeliminować Plamkę z tego zestawu, więc wzięłam ją na ręce – na szczęście mój dotyk ją uspokaja – i pozwoliłam jej schować się w łazience. Po czym założyłam moje ulubione gumowe rękawice i ruszyłam w stronę łóżka, a pani doktor ze strzykawką za mną. Odsunęłam kawałek materaca, zaszłam kota od góry i przymierzyłam się. Kot na to oczywiście przesunął się pod ten nie odsunięty kawałek.  Zlazłam z łóżka, zdjęłam materac całkiem, postawiłam pod ścianą, a Duch wyprysnął z sypialni, zrobił rundkę wokół mieszkania, wylądował na kuchence i zaczął się desperacko wciskać tam, gdzie nie mieścił się od dobrych dwóch miesięcy. Kiedy stało się jasne, że tym razem się zmieści, ja modlitewnie złożyłam ręce – wciąż w gumowych rękawiczkach – i wykrzyknęłam: „Nie!”, co oczywiście nie zmieniło faktów. Kot zniknął za kuchenką, pani doktor spojrzała na mnie i powiedziała: „I co teraz?”, a ja na to niezbyt błyskotliwie: „Herbatki?…”


W ten sposób spędziłyśmy uroczą małą godzinkę przy herbacie z bratkiem i płatkami migdałowymi.Pani doktor opowiedziała mi o byłym mężu koleżanki, która to koleżanka męża opierała, oprasowywała, gotowała mu i hołubiła, a potem on się zszedł z mentalną blondynką, co miała do wszystkiego dwie lewe rączki i na prośbę o herbatę odpowiadała bezradnym pytaniem, jak się gotuje wodę. I otóż wtedy ten pan wezwał swoją mamę i przy jej pomocy w dwa tygodnie nauczył się gotować zupy i bigosy, proszę Państwa. Czyli można, ale potrzebna jest mentalna blondynka, co nie opierze i nie ugotuje sama. Ja w rewanżu opowiedziałam historię, w której występuje pewna znajoma, budynek TVN-u, ochroniarz i wibrator.  Pani doktor się uśmiała, wzięła ode mnie symboliczną opłatę za wizytę i poszła. Umówiłysmy się na poniedziałek, z tym, że tym razem koty zostaną wcześniej zamknięte w klatce – oba, bo Plamka ma chroniczny katar i trzeba ją zbadać.

Wieści z kociego frontu

Dawno nie było nic o kotach. A są postępy! Plameczka zamieniła się z biegiem czasu w przylepną, rozmruczaną przytulankę, malutką i puszystą. Duch bardzo urósł, jest dużym, pięknym, dumnym kotem – za to wciąż niedotykalskim. Poza tym oba dorosły, co objawia się po pierwsze tym, że więcej jedzą, a po drugie tym, że bez przerwy i w każdym miejscu uprawiają miłość. A raczej Duch się dostawia do koty, a ona albo przyjmuje męczeńską minę i mniej więcej odpowiednia pozę, albo kopie go jedną nogą. Ostatnio głównie kopie, chyba już ma dość biedaczka. W sumie jej się nie dziwię, ile można – zwłaszcza, kiedy amant zostawia strupy na karku od gryzienia…
Duszek poza tym podjął, toczoną przez kotę dość już dawno temu, walkę o teren. Drań znaczy co popadnie i spędzam godziny na tropieniu śladów i usuwaniu ich oraz przywracaniu mieszkaniu mniej więcej odpowiedniego zapachu (określanego przez Tomasza jako „genius loci”, co mnie od lat niezmiennie rozbraja). Tak więc zawezwałam Panią Weterynarz i we wtorek ukrócimy te jego zapędy prostą metoda ukrócenia go o klejnoty. Może to i brutalne, ale jednak na trzydziestu metrach kwadratowych Duch mi ewidentnie nie wytrzyma, a i ja z nim nie bardzo. Plamka też już chyba ma go dość ;)