Miesięczne archiwum: Kwiecień 2009

Zachwyt na kredyt

Do Ogrodu Botanicznego w Powsinie wybierałam się od dobrych paru lat. Koniecznie w kwietniu, żeby obejrzeć moje ukochane magnolie w pełni rozkwitu. Pięć lat temu dotarłam tam nawet, z moim ówczesnym tymczasowym chłopakiem, który jednak, mimo, że poważny pan menadżer, był niewyobrażalnie skąpy i postanowił, że wemkniemy się cichcem-chyłkiem, za darmo i tylną bramą. Ponieważ zaparłam się przeciwko temu zadnimi nogami, a jednoczesnie – naiwna! – nie miałam przy sobie pieniędzy, nie weszliśmy wcale. Potem się jakoś „nie składało” i w tym roku w zasadzie też nie miało się złożyć, ale… no właśnie, nie pojechaliśmy w Bieszczady. Ze złości szybko stworzyliśmy plan alternatywny, obejmujący kino, sushi i magnolie. Bardzo pięknie.
Pierwszą kłodą pod nasze nogi okazał się repertuar kin. Wszystko, co chcieliśmy obejrzeć, zeszlo już z ekranów i nie weszło nic, co by nas zainteresowało. Przejrzałam więc repertuar teatrów i odkryłam trzy spektakle, które mnie zainteresowały: jeden właśnie się był skończył, drugi będzie w maju, a na trzeci owszem, bilety mamy, Tomasz nabył je dobry tydzień temu. Żaden natomiast nie wypadał w ten weekend. No ale spoko, pomyślałam, kino możemy odpuścić.
Potem okazało się, że życie frilansera nie jest wcale łatwiejsze, niż życie etatowca. Bo nasze etaty pokażą swoje dobre strony między pierwszym a dziesiątym, a pani od zleceń mego lubego nie wiadomo, czy w ogóle je (dobre strony znaczy) ma – a w każdym razie nie należy do nich terminowa wypłacalność. W związku z tym sushi również oddaliło się w bliżej niesprecyzowaną, mglistą przyszłość.
No a na koniec wyszło na jaw, że po sobotnich zakupach żarciowych brakuje nam na bilety do Powsina. Wtedy się już nieco wkurzyłam- głównie na własną bezmyślność w gospodarowaniu pieniędzmi – i postanowiłam działać. Działanie było ukierunkowane na Kraków i konto bankowe Lisa. W związku z tym podziwialiśmy te magnolie tak jakby na kredyt.
Ale nie zawiodłam się. Co prawda myslałam, że one tam rosną tak bardziej w jednym miejscu, a nie są porozrzucane po całym parku, no ale parę godzin spacerowania przy ładnej pogodzie nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Zwłaszcza, że pierwszy raz w tym roku zdjęłam buty na dworze i chodziłam boso, co uwielbiam. A magnolie pachniały jak dzikie….
   

Parkowanie

Moja ukochana przyjaciółka podjechała samochodem pod mój dom, zaparkowała na chodniku obok przystanku autobusowego (na którym siedział jakiś pan), wysiadła, żeby obejrzeć, ile kupra jej wystaje i ile chodnika zostawiła pieszym, pokręciła głową i rzekła sama do siebie:
– Nie, no, zupełnie do ch*** to postawiłaś, kobieto.


Oczywiście, że na głos ;)

Mamy rok

Moje pierwsze i ulubione „internetowe dziecko” ma rok. Pierwszy wpis zamieściłam 25 kwietnia, jest ich już 237. Skomentowaliście 1119 razy, za co Wam sława i chwała oraz wdzięczność autorki. Nie zamierzam ustawać, tak więc zostańcie z nami. A zamiast przerwy na reklamy – kilka wiosennych zdjęć z Parku Szczęśliwickiego.


  

Szczotka do kota

Posiadanie zwierząt obfituje w różne ciekawe wydarzenia. W tym towarzyskie. Poszłam do sklepu zezwierzęconego, żeby kupić szczotkę do włosów dla koty. Kota linieje niemiłosiernie, wszystko jest w jej kudłach i mam tego trochę dosyć. Weszłam i powiedziałam:
– Ja chciałam szczotkę do kota.
– Szczotkę do kota mam tylko taką – odparł pan i pokazał mi coś, co wygląda jak gumowa zatyczka od niedużego słoika, tylko ma kolce. Też gumowe.
– A to jest dobre? – zapytałam.
– Wie pani, ci w hurtowni, jak mi to sprzedawali, powiedzieli, że jest mega. Ale dla mojego psa najlepsza była taka najtańsza – powiedział pan beztrosko.
Zasępiłam się troszkę i w celu obejrzenia szczotki postanowilam odstawić gdzieś pudełko z pizzą (bo miałam dziś obiad z dostawą, tak, tak). Jedynym miejscem, w którym dało się cos położyć, był wielki worek z suchą karmą dla psa. Ale co tam. Postawiłam ją tam, przepraszając jednocześnie. Pan się ucieszył i powiedział, że mogę mu ją tam zostawić, czemu nie. Wobec tego kupiłam szczotkę, a do tego jeszcze wielką puszkę kitekata, omówiłam kwestię witaminek na sierść i zapłacilam, a pan zapakował mi wszystko w reklamówkę.
– Ale ja nie chcę z siatką, mogę bez siatki?
– Jasne,nie ma sprawy. Ja też wolę bez siatki – odparł pan tonem konwersacyjnym.
– Każdy woli bez siatki – odparłam więc grzecznie.
-Bo to jest jednak zupełnie inne uczucie – rzekł pan.


Ta-ak.
Spytałam jeszcze, czy mają tam jakiś telefon kontaktowy, a pan powiedział, że mogę mu zostawić swój. Ale oznajmiłam, że muszę to skonsultować z „narzeczonym” i pan zmienił zdanie.
Ogólnie było zabawnie i chyba wiem, gdzie będę kupować…

„Można żyć o owocach i o wodzie, jadąc w Bieszczady”

Życie dorosłego człowieka jest zbyt skomplikowane, zawsze tak uważałam i nadal się tej teorii trzymam. Człowiek dorosły musi się utrzymać, co w naszym kraju jest jakby trudniejsze, niż w innych (a może tylko tak mi się zdaje?). W celu zapewnienia sobie chlebka, kiełbaski, dachu nad głową i, w szczęśliwszych przypadkach, nowego obuwia, musi ten człowiek spędzać czterdzieści godzin tygodniowo na zarabianiu pieniędzy. Czterdzieści godzin to jest bardzo dużo, więc pod koniec tygodnia człowiek jest zmęczony i nie ma siły zająć się jak należy swoim dachem, butami oraz bliskimi ludźmi. Pół biedy, jeśli taki człowiek ma z natury dużo energii – wtedy mu się jeszcze chce zajmować w/w rzeczami – albo jeśli ma z pracy dużo pieniędzy, wtedy może sobie stresy tygodnia rekompensować dobrym alkoholem, pobytem w spa czy co tam człowiek lubi. W ogóle pieniądze pomagają, wolny czas też, a najgorzej, jak się ma mało jednego i drugiego.


I teraz jest miejsce na zapytanie, czemu tak marudzę. Ano, bo człowiek dorosły (w tym konkretnym przypadku mój luby), związany cyrografem w zamian za środki do życia – nie dostał urlopu.  Skoro nie dostał urlopu, to nie może pojechać ze mną w góry. A skoro nie może ze mną pojechać w góry teraz, to musi innym razem, a więc i ja muszę innym razem. A jakbym miała dużo pieniędzy, to może bym nawet pojechała dwa razy – teraz bez lubego, a potem z lubym. Ale nie mam.


Wszystko to jest bardzo frustrujące i  lekko mnie przerasta. Co pewnie znaczy, że jestem niedostosowana albo coś. Ale kij z tym, widać tak mi już zostanie :/


(A tytuł posta stąd.)

O prowadzeniu

Bawiłam się zdalnie sterowanym samochodzikiem.
Harry: – Luca, no jak ty prowadzisz ten samochód!
Kain: – Tak jak siebie…


Radość mojej rodziny – nie do opisania…