Miesięczne archiwum: Kwiecień 2009

Żałobnie

Tak trochę nie wiem, od czego zacząć…


Przyszłam dziś z pracy i okazało się, że jeden kociak nie żyje, a drugi ledwo-ledwo. Reanimowaliśmy go półtorej godziny, ale niestety bezskutecznie.
Teorii, czemu tak się stało, jest kilka i nie będe się nad nimi rozwodzić. Cóż – natura. Okropnie mi przykro, bo zdążyłam pokochać te maluchy.
Dzięki Wam wszystkim za ciepłe słowa. Usuwam  ze strony ostatnio wklejone zdjęcie, ale jeśli komuś zależy, to mogę wysłać…


P.S. Dla tych, którzy nadal chcą kociaka, mam natomiast dobrą wiadomość – pani, od której wzięłam moje koty, ma do rozdania niedawno urodzone maluszki. Postaram się dla Was o zdjęcia.

Ja nie gotuję

Jak wszyscy wiedzą, jestem uzalezniona od zakładania blogów. Kolejny jest blogiem kulinarnym, czyli będzie zawierał przepisy na te nieliczne rzeczy które jednak czasem gotuję. Polecam zwłaszcza zabieganym i mieszkającym samotnie, bo preferuję gotowanie szybkie i łatwe. Oczywiście dodałam go do linków po prawej. Enjoy!

Koty – aktualizacja

Z przykrością zawiadamiam, że są już tylko dwa kociaki :( Nie wiem dokładnie, co się stało, taką sytuację zastałam rano… Jak to zwykle w takich razach bywa – nie przetrwał najmłodszy, biało-srebrny.

Kocie opowieści

W związu z powiększeniem się rodziny wypadałoby podać jakieś szczegóły. Pierwszą rzeczą, która mnie pozytywnie zaskoczyła, było zachowanie tatusia kociaków. Duch cały wieczór przed porodem pilnował Koty, trzymał się cały czas w jej pobliżu, gadał do niej i usiłował pocieszać. Co prawda zna tylko jedną metodę okazywania uczuć, a mianowicie metodę seksualną, której Plamka nie przyjmowała akurat ze zbytnim entuzjazmem – no ale się starał ;) Poza tym chodził nerwowo po mieszkaniu i raz na kwadrans robił wypad do kuchni po kęsek jedzenia (człowiek na jego miejscu wypalałby pewnie szybkiego papierosa). Około drugiej w nocy zaczął, biedaczek,  trochę przysypiać, ale jednym okiem śledził sytuację i kiedy urodził się ostatni dzieciak, przyszedł, wylizał Kocie bok, a maluchom łebki i położył się niedaleko. Plamka przyjmowała to wszystko bez najmniejszych problemów – żadnych prób przeganiania samca, pełne zaufanie. Jednym słowem rodzinna sielanka.


 Jednakże Kota jest nieco nerwowa, jeśli chodzi o dzieci. Przez pierwszą dobę nie odstępowała ich chyba nawet na krok – nie jestem pewna, czy wyszła choćby do kuwety, a do miski na pewno nie. Po powrocie z pracy stwierdziłam, że przeniosła się ze środka pokoju pod łóżko w sypialni. Czemu uznała, że tam będzie cisza i spokój, Bóg jeden raczy wiedzieć, w każdym razie z pewnością jest cieplej (albo było, bo niestety od wczoraj nie działa ogrzewanie – chyba ktoś uznał, że już jest ciepło i teraz mam w domu 18 stopni, czyli za mało dla mnie i dla kotów).  Postawiłam jej pod nosem jedzenie, na które rzuciła się z furią właściwą tylko kobietom ciężarnym lub karmiącym. Po raz pierwszy słyszałam, jak warczy nad miską – na mnie, na Ducha, na kociaki, które piszczały kawałeczek dalej i na siebie samą, że odeszła od dzieci na całe 20cm! Miała też śmieszny epizod poprzedniej nocy, kiedy któryś kociak zaczął piszczeć, więc rzuciła się go lizać i uspokajać, a im bardziej nad nim szalała, tym bardziej on piszczał. Okazało się, że w zapale stanęła mu na łapce i nie zauważyła tego, tylko coraz bardziej się denerwowała, że maluch płacze…



Ale do dzisiejszego ranka jakoś się uspokoiła i nawet o świcie wstała. Obudził mnie rozpaczliwy, jakby mysi pisk, otworzyłam oczy i ujrzałam Kotę z obłędem w oku niosącą któreś nazbyt przedsiębiorcze, wrzeszczące wiebogłosy dziecię  z powrotem na miejsce. Pamiętna czasów, kiedy taki pisk oznaczał, że muszę wstać, zagrzać mleko, nakarmić nim małą glistę i jeszcze potem wymasować jej brzuszek (i tak co dwie godziny) – pomyślałam sobie z ulgą, że to całe szczęście, iż tym razem zajmuje się tym rodzona matka glist… Rano, kiedy wstałam, sytuacja się powtórzyła – Plamka przylazła za mną do kuchni na śniadanie, kociak, chyba ten sam, wypełzł spod łóżka, Kota na ten widok omal nie oszalała z nerwów – a potem przypomniała sobie o mnie. Rozpaczliwym mrauczeniem wezwała mnie na pomoc i zademonstrowała kilka wyjątkowo nieudolnych prób wzięcia kotka w pyszczek, a kiedy odruchowo przytuliłam dłoń do malucha – który natychmiast się we mnie wkleił i przestał piszczeć – poszła spokojnie do pozostałych dwóch kociąt, dając mi do zrozumienia, że mam jej przynieść trzecie. Troszkę zdębiałam na taką bezczelność, ale co było robić – wzięłam małe do ręki, przeniosłam nad łóżkiem (poza zasiegiem wzroku Koty!) i opuściłam z drugiej strony. Najwyraźniej wszystkim poza mną wydało się to zupełnie normalne.



Chyba przyniosę jej karton jakiś, zanim mnie na stałe zatrudni jako niańkę;) 

„A gdybym była brzydka” – temat powraca

„Tak sobie czasem myślę, zastanawiam się… co by było, gdybym była brzydka? Ta sama dusza, te same umiejętności, to samo postrzeganie świata, i do tego brzydkie ciało… Jak wyglądało by wtedy moje życie (również seksualne)?

Mówi się czasem, że nie ma brzydkich kobiet. Że są tylko kobiety zaniedbane. Niestety, nie mogę się zgodzić z tym twierdzeniem. Zdarzają się też i kobiety po prostu brzydkie. I choćby je nie wiem jak ubrać, nie wiem jak umalować, brzydkie będą dalej. Bo piękno kobiety to nie tylko odpowiedni ubiór i makijaż, ale też jej sposób mówienia (w tym barwa głosu), budowa ciała i sposób poruszania się, jej naturalny zapach, kolor i jakość włosów, wdzięk i gracja z jaką się porusza, itd.
A to już w dużej mierze zależy od genów, jakie odziedziczymy.
Właśnie wczoraj spotkałam taką kobietę – brzydką.”

 


To nie moje słowa, choć brzmią bardzo podobnie do moich, prawda? Całość na jednym z blogów, które regularnie czytam (i bardzo polecam) – Blogu Kobiety Szczęśliwej.

Z ostatniej chwili

Zrobiłam wczoraj białe pranie. Plameczka uznała, że taka okazja prędko się nie powtórzy i czym prędzej urodziła na nim kociaki („czym prędzej” oznacza siedzenie nad nią do trzeciej w nocy, ale nie bądźmy drobiazgowi). Żebyście nie pomyśleli, ze to primaaprilisowy dowcip – oto dowód:)