Żałobnie

Tak trochę nie wiem, od czego zacząć…


Przyszłam dziś z pracy i okazało się, że jeden kociak nie żyje, a drugi ledwo-ledwo. Reanimowaliśmy go półtorej godziny, ale niestety bezskutecznie.
Teorii, czemu tak się stało, jest kilka i nie będe się nad nimi rozwodzić. Cóż – natura. Okropnie mi przykro, bo zdążyłam pokochać te maluchy.
Dzięki Wam wszystkim za ciepłe słowa. Usuwam  ze strony ostatnio wklejone zdjęcie, ale jeśli komuś zależy, to mogę wysłać…


P.S. Dla tych, którzy nadal chcą kociaka, mam natomiast dobrą wiadomość – pani, od której wzięłam moje koty, ma do rozdania niedawno urodzone maluszki. Postaram się dla Was o zdjęcia.

3 myśli nt. „Żałobnie

  1. zniszczona-nadzieja.mylog.pl

    Lubię koty, a swoje najmilej wspominam… :)) nam z miotu wyszły zaledwie 2 żywe .., coby dla pocieszenia pies te maluchy objął wielką opieką ;)

    Pozdrawiam

  2. Stryker

    Za młodych lat, kiedy to babcia miała m.in. koty, mieliśmy (z siostrą) absolutny zakaz dotykania małych kociąt dopóki nie otworzyły oczu. Podobno groziło to odrzuceniem czy wręcz zagryzieniem przez kocią mamę. Nie wiem ile w tym prawdy a ile zwykłych, durnowatych przesądów, ale małe koty miały przeżywalność właściwie 100%. Ale to były „wioskowe” warunki, kota sobie rodziła w zakamarkach i znajdywana była dopiero jak młode miauczeć zaczynały.

    Tylko sobie teraz nie wkręcaj, że to Twoja wina, dobrze chciałaś przecież :)

Możliwość komentowania jest wyłączona.