Miesięczne archiwum: Czerwiec 2009

Jak robić, żeby się nie narobić, wyjść na swoje i zarobić

Potrzebowałam wydrukować plakat. Sztuk jeden, nieduży. Znalazłam drukarnię blisko domu, czynną idealnie w moich godzinach pracy, ale co to dla nas, kobiet z miasta. Zadzwoniłam, zapytałam o cenę wydruku, dowiedziałam się, że niecałe 4 zł, ucieszyłam się i wysłałam plik mailem. Tego samego dnia poszłam odebrać gotowe dzieło.

Wchodzę do drukarni, mówię, ktom zacz, a pan na to:
– Wie pani, my go zalaminowaliśmy.
„Po chuj?”, myślę sobie, ale miast tego grzecznie mówię:
– Yyy?
– No, bo on by ładnie błyszczał, ale białe tło, cośtam cośtam cośtam, a w ogóle to pewnie będzie wisiał na ścianie, piętnaście złotych…
– Wie pan – odzyskałam mowę – on będzie wisiał za szybą, nie prosiłam o żadną laminację, wydruk miał kosztować 3,50, a 15 zamiast 3,50 to jest jednak, prawda, pewna różnica.
Pan się zasępił.
– Hm, to co ja mogę teraz zrobić…
No to ja sobie usiadłam i bez słowa czekałam, aż pan ustali sam ze sobą, co może z tym zrobić.
– A czy pani koniecznie chce na to fakturę?
– Tak – powiedziałam. Pan się obraził, ale myślał dalej.
Stanęło na 7,50 za ten zalaminowany plakat, bo pan wyraźnie się wzdragał przed robieniem „nowej pracy”, jak się wyraził. Z fakturą, ale bez przeprosin, bo przeciez pan był obrażony.
Nie muszę chyba dodawać, że mieli mój numer telefonu i mogli zapytać?

I tak sobie generalnie myślę, że pewnie niezłą kasę można na takiej drukarni zrobić. Klient zamawia, powiedzmy, 400 plakatów po 4 zł, a my je wszystkie zalaminujemy i powiemy, że tak być musi. Nieważne, że klient chciał je, na przykład, klejem na murach mocować. Weźmiemy 15 zeta od sztuki i już zamiast 1600 mamy 6 patyków. Złoty interes, prawda? A uczciwość wszelaką niech kto inny kultywuje, niech próbuje jeść i się nią udławi.

Szlag.

Mieszczuch

 Spałam dziś jakieś 11-12 godzin. Niby długo, ale budziłam się kilka razy, a może i kilkanaście – takich "mniejszych", krótkich przebudzeń zazwyczaj rano nie pamiętam. Postanowiłam wreszcie wstać, kiedy Kain zaczął kręcić się po domu, a ja zaczęłam mieć coraz dziwniejsze sny. Tyle tylko, że w gruncie rzeczy nie czuję się jakoś szczególnie wyspana i zastanawiam się, o której obudziłabym się "sama z siebie". Bo zawsze budzi mnie COŚ. Jeśli nie budzik, to koty, telefony, hałas na klatce schodowej, sygnał karetki, klaksony, autobusy pod oknem, odgłos zamykania okna u sąsiada. Nie, nie mam lekkiego snu, przeciwnie, śpię twardo – każdy, kto mnie dłużej zna, może to potwierdzić. Potrafię przespać całonocną demolkę mieszkania w wykonaniu kotów – potem rano ze zdziwieniem patrzę na stłuczony kubek, przewrócony fotel, pozrzucane przedmioty i cieszę się, że nie przerwało mi to snu. Ale każda odporność ma swoje granice, a mieszkam wszak w bloku, mam stare, nie tłumiące hałasu okna, pojedyńcze drewniane drzwi (o ile to faktycznie drewno) i skrzyżowanie niedaleko.

Wczoraj Emka opowiadała mi o domu, do którego jeździ mniej więcej co dwa tygodnie, żeby się wyspać. Dom za miastem, pod samym lasem, z daleka od innych zabudowań. Kompletna cisza. Pozazdrościłam jej, a potem przypomniała mi się pewna noc w górach dwa lata temu. Nocowaliśmy z Marcinem w schronisku w Komańczy, a właściwie pod Komańczą, też prawie w lesie. Obudziłam się w nocy bez powodu. Było bardzo cicho i zupełnie ciemno. Ta cisza aż huczała w uszach. Okna były zamknięte i zasłonięte grubymi kotarami, nie było słychać nawet szumu wiatru. I ta ciemność. Mnie, mieszczucha, przyzwyczajonego, że nigdy nie jest całkiem ciemno, natychmiast zaczęła w tej gęstej, namacalnej wręcz ciemności ogarniać klaustrofobia. Postarałam się opanować i zdać sobie sprawę z sytuacji – leżałam na górnej części piętrowego łóżka, gdzieś bardzo blisko nade mną był drewniany sufit, po jednej stronie leżał Marcin, po drugiej łóżko kończyło się dość niespodziewanie, bez barierki. I nie mogłam odgadnąć, gdzie jest jaki kierunek, po której stronie mam kojące ciepło drugiego człowieka, a po której spadek na podłogę. Bałam się poruszyć i  w końcu po prostu zasnęłam znowu. Do dziś pamiętam ten paraliżujący lęk przed "zamknięciem" w ciemności.

Mimo to marzy mi się wypoczynek w cichym miejscu, sen, z którego nie obudzi mnie sygnał karetki ani alarm samochodowy, ale z którego wypoczęte ciało po prostu obudzi się samo.

 

Dość oryginalne jak na muzykę mego dzieciństwa.


 

"There’s something
I have to say to you
If you promise you’ll understand
I cannot contain myself
When in your presence
I’m so humble
Just touch me
Don’t hide our love
Woman to man

She’s just a Lover
Who makes me high
It’s worth the giving
It’s worth the try
You cannot cleave it
Or put it in the furnace
You cannot wet it
You cannot burn it

She wants to give it…"

Michael Jackson
1958 – 2009

Druga śmierć Króla Popu w historii muzyki – powiedział Sz.

Pewna żaba była słaba

Starość nie radość. Odczuwam to na własnej skórze, a konkretnie na kręgosłupie, który doskwiera mi coraz bardziej. Poszłam wreszcie do lekarza, a właściwie lekarki, od której wyszłam zaopatrzona w zestaw ćwiczeń i skierowanie do innego lekarza, właściwej specjalizacji. Nawet udało mi się doń zapisać na jakiś nie bardzo odległy termin i dotarłam na wizytę w piątek.

Pan doktor wyglądał jak stary szaman. Oprócz słusznego wieku charakteryzował się dużą ilością szamańskiej biżuterii. Miał po kilka pierścieni na każdej ręce – pierścień Atlantów, jakieś kamienie w kolorze nieco zestarzałej krwi, jakieś smoki… Miał także szerokie metalowe bransolety na nadgarstkach. I wąskie też. Oraz pod białym fartuchem czarną, rozchełstaną koszulę, a w miejscu rozchełstania zawieszoną na łańcuchu srebrną czaszkę.

Wypisz-wymaluj ortopeda ;P

Zbadał mnie, miechem podmuchał, opukał i obmacał, przycisnął mi głowę oburącz (-Boli coś? -Hyy… tylko głowa…!), po czym postawił diagnozę: mam torsję kręgów.

No i teraz chodzę i wszystkim opowiadam, że mam torsję, co na piśmie nie jest tak zabawne, jak w mowie. Najpiękniej kwestię tę oddała Synafia, polecam Wam serdecznie, dawno mnie nikt tak ślicznie nie pognębił ;)

A oto wiersz o chorej żabie.

———————————-

Oprócz tego, że mam torsję, to mam też dzwoneczki. W uszach. Tym razem nie w sensie problemów zdrowotnych, tylko w sensie kolczyków, które zrobiła Bluszczyk:)

Klikając zdjęcie, możecie przenieść się do Bluszczykowej galerii z kolczykami, są bardzo różne i bardzo ładne! Ja mam już trzy pary i na pewno na tym nie poprzestanę – dziewczyna ma talent :) Jeśli i Wam się podobają, to tutaj znajdziecie kontakt do Bluszczyka.

Języki obce

Do sklepu weszli dwaj panowie, pooglądali towar, rozmawiając ze sobą, po czym wyszli.

Jedna Marta: – Hej, czy oni mówili po polsku?

Druga Marta: – Nie. Oni mówili w języku mężczyzn!

Blogomania

Polecam uwadze P.T. Czytelników linki z prawej strony opatrzone tytułem: „Moje blogi”. Znajduje się tam współtworzony z Królową Nocy i niedługo, mam nadzieję, z Bluszczykiem blog o kupowaniu bielizny w małych rozmiarach, a także niezbyt dawno założony blog zbierający dialogi moje i lubego. Enjoy :)

No i skończyło się rumakowanie

Czy Wy wiecie – czy Wy wiecie, co się wydarzy jutro?! Nie wiecie oczywiście, ale ja Wam powiem.

Jutro wprowadza się Kain.

Koniec sprowadzania dziwek do garsoniery. Koniec tygodniowych stert brudnych naczyń. Koniec czytania godzinami, nie jedzenia obiadów, samotnego oglądania pornosów i spontanicznych wypadów, żeby z kolegą „napić się wódki”.
Koniec wolności!

Już od jutra będę mieszkała z drugim człowiekiem. Odwykłam, nie dam rady, coś spierdolę albo spierdolę do lasu .

Zajebiście się cieszę :D

Rytuał Przyspieszenia

Trenuję przyspieszanie do prędkości światła. A nawet do nadświetlnej. Trening ten rozpoczynam co rano od śniadania. Spożywam je niespiesznie, przy lekturze książki albo robiąc coś w internecie. Kiedy już zjem, popiję herbatką i zacznę powolutku trawić, odprawiam Specjalny Magiczny Rytuał W Siedmiu Punktach, który tu dla Was opiszę:

1. Spojrzenie na zegarek.
2. Ponowne spojrzenie na zegarek i okrzyk: „o kurwa!”
3. Zerwanie się z krzesła, wyłączenie komputera.
4. Rzut oka na pustą kocia miskę, ponowny rytualny okrzyk: „o kurwa!”.
5. Tu następuje dość skomplikowana kombinacja rytualnych ruchów, które obejmują: nałożenie jedzenia do kociej miski, odnalezienie porzuconej książki, spakowanie jej do torebki, wrzucenie tamże kosmetyczki z łazienki, paniczne cofnięcie się po puder w kremie, wrzucenie go do torebki, odnalezienie butów, kurtki i kluczy, chaotyczne poszukiwanie mało zakoconej bluzy (w chłodniejszy dzień). Podczas tych czynności powtarzać należy magiczne hasło: „o kurwa” najrzadziej co dwie sekundy.
6. Wybiegnięcie z domu, powrót po telefon, ponowne wybiegnięcie, zamknięcie drzwi na dwa zamki i zjazd windą z piątego piętra.
7. Wskoczenie do autobusu, który podjeżdża pod dom dokładnie w chwili, kiedy wychodzę z klatki schodowej.

Po kilku miesiącach treningu wykonanie Siedmiu Punktów Magicznego Rytuału Przyspieszenia powinno Wam zająć nie więcej niż 90 sekund. Jak mi dzisiaj rano.