Miesięczne archiwum: Lipiec 2009

No i wracamy

Wczoraj po południu zrobiło się bardzo ładnie, w związku z czym zaliczyliśmy na pocieszenie długi spacer po okolicy, przy okazji odbijając sobie wszystkie wcześniej nie zrobione zdjęcia. Kupiliśmy bilety, ze zniżką, i nawet ich nie zgubiliśmy. Zniżkę przejedliśmy w barach. No a dziś wracamy, co oznacza kolejne radosne 11 godzin w autobusie.


Co do zgubionych biletów, to naprawdę jestem ciekawa, czy się znajdą. Jeśli w moim (przeglądanym sto razy) portfelu, to pokajam się publicznie na Placu Zamkowym. Ale jednak sądzę, że mój chłopak je wyrzucił ;)

Dziennik podróży 4

I nastał dzień ostatni. Poranek wstał szary i ponury. Góry zniknęły za ciężkim chmurami. Zniechęcone do życia niedźwiedzie pochowały się w gawrach. No i tak dalej, rozumiecie. Tyle, że nie padało. Optymistycznie ubraliśmy się w krótkie gacie, pesymistycznie spakowaliśmy długie spodnie do plecaka i poszliśmy w góry. Po czterdziestu minutach oznajmiłam, że troszeczkę mi słabo i może jednak wracajmy, i tyle było wycieczki. Na swoją obronę dodam, że nie tylko mnie było gorzej, mój chłopak nieco z sercem słabuje po tym całym spektaklu pt. „Luca umiera na zatrucie pokarmowe 500km od domu”.


Co do zatrucia, to serdecznie dziękuję wszystkim za rady, ale kiedy pisałam notkę, byłam już dogłębnie odtruta. Wcześniej, wierzcie mi, ledwie byłam w stanie napisać mej drogiej matce, że umieram. Ogólnie to dupa zbita z tym urlopem…

Dziennik podróży 3

Wszystko jasne z tymi biletami. I z pogodą. To klątwa po prostu. Wczoraj było już ładnie i goraco, ale nie poszliśmy w góry, bo suszyliśmy buty. Wyschły pięknie i mieliśmy iść dzisiaj, ale w nocy okazało się, że umieram. Bez kitu. Zatrułam się czymś tak, że myślałam, że mnie szlag trafi. Bardzo zabawne, kiedy ma się do kibla jakieś 200 metrów przez podwórko, schody i w ogóle tor przeszkód. Więc spanie przy świetle, w ubraniu, Kain blady i przerażony, ja zielona i umierająca. Cuda wianki.
Dziś po południu stwierdziłam, że może jednak będę żyła. Jutro idziemy w góry i jest to ostatnia szansa przed powrotem.

Dziennik podróży 2 – bezpieczeństwo w górach

Jesteśmy mokrzy. Mokrzy jak zmokłe kury. Złapało nas tuż pod szczytem i dalej było już bez taryfy ulgowej: wiatr w oczy, lodowaty deszcz, spodnie i buty przemoczone w minutę, pełny serwis. Moja kurtka wytrzymała, za co jej chwała i cześć. Natomiast mam za sobą doświadczenie niepowtarzalne: za ciasne dżinsy, mokre od góry do dołu, schnące na ciele. Guzik odbił mi się na kręgosłupie, jestem pewna. Nie próbujcie tego w domu. Za to cudownym pomysłem okazało się wzięcie termosu z gorącą herbatą:)


A teraz, drodzy czytelnicy, wyobraźcie sobie ostre, błotniste i kamieniste podejście pod górę oraz zmienną pogodę z tendencją do nagłego oberwania chmury. I w tej, proszę państwa, scenerii rodzinę z dwójką dzieci. Wszyscy w butach nie sięgających kostek, w tym ciocia w baletkach. Dziewczynka około 12 lat i malutkie dziecko. Dziecko, niemowlę, niosła na barana matka. Potem ojciec-na jednym ręku, zbiegając po śliskim zboczu. Bez nosidełka, bez, przypominam, odpowiedniego obuwia. Jedno potknięcie-i po dziecku, bo niemowlę upuszczone przez dorosłego na kamienie nie ma żadnych szans. Dziewczynka szła na końcu, zmęczona, spocona, niosąc w jednym ręku kurtkę i sweter, popędzana przez resztę rodziny. Gdyby się zatrzymała, może nikt by nawet nie zauważył. Cała ta radosna gromadka na szczęście zawróciła przed granicą lasu, ale gdyby poszli dalej i wpadli w ten deszcz, co my, starsze dziecko w najlepszym razie skończyłoby z zapaleniem płuc, a młodsze mogłoby nie przeżyć-na górze było bardzo zimno, a ci ludzie nie mieli przy sobie niczego – żadnego jedzenia, picia, płaszczy od deszczu…


Takich sytuacji jest w górach wiele i nazbyt często kończą się one interwencją ratowników. Nie zawsze udaje się uratować ludzi, którzy poszli w góry jak na spacer.

Dziennik podróży 1

Zaczęło się od tego, że kupiliśmy bilety. Tydzień temu. Zawsze kupuję bilety z wyprzedzeniem, żeby nic mnie nie zaskoczyło w ostatniej chwili. Zdawałoby się, że to odbiera wakacjom ich wakacyjną spontaniczność? Nie z moim chłopakiem. Mój chłopak, kiedy byliśmy w Trójmieście, jakby nigdy nic wyrzucił nasz powrotny bilet do kosza na ulicy. Tylko mojemu fantastycznemu refleksowi („Kochanie, a pamiętasz, że tam był bilet?”) zawdzięczamy szczęśliwy powrót. Tym razem nie wiem, co zrobił z biletem, ale na godzinę przed wyjściem z domu wyszło na jaw, iż biletu nie ma. („-Wzięłaś bilet?” „-Ty go miałeś.” „-Ja?…”) Godzinne poszukiwania nie przyniosły efektu. Autobus na dworzec przyjechał i odjechał, a my wciąż szukaliśmy. Wreszcie podjęliśmy męską decyzję: bierzemy taryfę na dworzec i kupujemy nowe bilety. Po drodze na postój taksówek dokonaliśmy szybkich obliczeń i wyszło nam, że po tym niespodziewanym zakupie i opłaceniu noclegu zostanie 100 zł na sześć dni wakacji. W górach, prawda. Zdrowy apetyt, wysiłek i te rzeczy. Ale spoko, co to dla nas, zadzwoniłam do Siostry po pożyczkę. Podówczas okazało się, że na postoju nie ma taksówek. Luz. Złapaliśmy jakąś z ulicy, pan tylko raz wpakował nas pod tramwaj i raz źle skręcił, ale byliśmy na dworcu na 20 minut przed odjazdem. Brak kolejek do kas ucieszyłby nas bardziej, gdyby panie w kasach miały jeszcze bilety. Nic to, popędziliśmy na stanowisko pekaesowe, wpakowaliśmy graty do bagażnika i stanęliśmy w kolejce do kierowcy. Udało się. Nawet jedna pani ustąpiła nam miejsca i mogliśmy spędzić radosne 11 godzin w autobusie obok siebie. Kain cierpi na chorobę lokomocyjną, ale superwoman ma zawsze w podręcznym plecaczku odpowiednie leki dla swojego chłopaka.


Tak więc dojechaliśmy, rzec można, bez problemów. Jest jakieś 15 stopni, leje jak z cebra, na półgodzinnym spacerze przemoczyliśmy spodnie, a ja wzięłam zapasowe dżinsy nie sprawdziwszy, czy się w nie mieszczę. Otóż nie mieszczę się.

For me it begins at the end of the road

Jedziemy w góry. Miałam z tej okazji napisać długą notkę o tym, że lubię być w ruchu i w ogóle obym żyła w ciekawych czasach. Ale że jestem w ruchu i żyjemy w ciekawych czasach – nie zdążę. Jestem na nogach od szóstej rano i zrobiłam dzisiaj dużo rzeczy, ale powinnam była więcej i mam wyrzuty sumienia.  W tej chwili, zamiast myśleć o tym, co piszę, myślę o obiedzie, który czeka na nałożenie. Głodna jestem niemożliwie, bo nie bardzo miałam czas jeść. I w ogóle, rozumiecie.


Więc jedziemy w góry. Mamy mało kasy, więc tym, co chcieli miodu, polecam moje konto bankowe, dobrze? A tym, którzy będą potrzebowali pilnego kontaktu, polecam kontakt telepatyczny – telefony będziemy pewnie włączać raz dziennie.

Odpoczywam, mamo ;)

Siedzę sobie w krakowskim mieszkaniu Alquany i Lisa. Cisza, spokój, jazz, zimne napoje. Z kotem – Koraliną – jesteśmy same od rana. Więc robię Koralinie zdjęcia, których podobno nie pozwala sobie robić, blipuję, piszę, czytam, jem i piję. Chillout. Poszlabym gdzieś nawet, ale jest tak obezwładniajacy upał, że nawet minutowa wizyta na balkonie mnie dobiła. A ja jestem dość odporna na upały. zatem zaczekam do wieczora i pójdę dopiero na blipiwo, a tymczasem wrzucę kilka obrazków, proszę:











Reload

Wczoraj w nocy wstałam, gnana do kuchni pragnieniem zjedzenia kanapki. Kanapka przyjęła postać pampuchów  z sosem grzybowym. Ale żeby nie było, że szybko zmieniam zdanie, na przystawkę zjadłam kawałek chlebka z masłem orzechowym. Z pampuchami powędrowałam do łóżka, by po kwadransie wrócić do kuchni i pochłonąć jeszcze dwie kanapki z masłem. Orzechowym.


Chyba mi lepiej.


Jadę do miasta na K, kochani, wracam na chwilkę w piątek.

Wakacje vs zdrowie

Bilety na autobus w Bieszczady na piątkowy wieczór kupione. Tak samo bilety na pociąg do miasta na „K” – wyjazd jutro rano. A ja siedzę sobie przykryta kołdrą, z termoforem w okolicach brzucha, nafaszerowana febrisanem, natką pietruszki, witaminami i malinową herbatą, i bardzo mi się nie chce ruszać dalej niż trzy metry od łóżka. A urlop leci… 


Co to za porzadki, że człowiek choruje, jak ma urlop? Fatum jakieś, prawo Murphy’ego, czy co?


(Możnaby co prawda przyczepić się do faktu, że pojechałam na działkę li tylko w klapkach i spódnicy (znaczy, miałam też górę) i w tym stroju odbyłam godzinny spacer w deszczu, ale bądźmy poważni.)