Miesięczne archiwum: Sierpień 2009

On the other side

A teraz z jaśniejszej strony. Impreza była bardzo miła, a reakcja Bluszczyka na prezenty przerosła najśmielsze oczekiwania. Zawsze wszyscy wiedzieliśmy, że durnostojki i różowe fatałaszki to nie jest dobry kierunek, ale że kilka gadżetów elektronicznych doprowadzi nam dziewczynę do płaczu, nie podejrzewaliśmy. Może trzeba było jednak kupić świecznik? ;P

Wszyscy, którzy mogli, stawili się o różnych wprawdzie porach, ale z pozytywnym nastawieniem, po czym z zapałem jęli nosić pudła i rozwalać meble. Tylko dzieci były trochę niepocieszone – z niedostatku zabawek, w większości już spakowanych…


A oto krótka fotorelacja:



Romantyczny papierosek w zachodzącym słońcu



Wzruszenie przy prezentach



I widoki w tle.


Wersja Bluszczyka tutaj.

Bez kija nie podchodź

Już po imprezie, więc mogę dać upust emocjom. Bluszczyk nie czyta albo robi to przez palce, ok? ;)


Pomysł był sam w sobie zacny: zrobić Bluszczowi imprezę pożegnalną, z hukiem i przytupem, bo się wyprowadza 400km od nas, więc biba musi być. W planie: ognisko, prezenty, wino, cuda-wianki i zabawa do rana. Miła ta inicjatywa wyszła od M. i przybrała intersujący kryptonim: „zróbmy, ty i ja, imprezę dla Bluszczyka”.


Tak więc, kiedym już przy pomocy samej zaintersowanej ułożyła listę gości, kiedy wybrałam godzinę imprezy, wymyśliłam prezenty, obliczyłam koszta, poczyniłam większość zakupów (z nadzieją, że wszyscy jak najszybciej zrobią zrzutę, bo nie posiadamy rezerw finansowych) i czterdzieści razy zadzwoniłam i napisałam do każdego potencjalnego gościa, i kiedy przez cały ten czas mój szanowny kolega współorganizator w ogóle się nie odezwał, lekuchno się zdenerwowałam. Nie odzywanie się obejmuje nie tylko brak inicjatywy, ale także nie odbieranie telefonu i nie odpisywanie na sms-y. Zatem pod koniec, ostatniego dnia, kiedy udało mi się kontakt nawiązać, przezornie spytałam, czy coś może robił w kierunku tej imprezy. „Nie” – brzmiała krótka odpowiedź i mimo zrozumiałej złości pomyślałam sobie, że chwała bogom Olimpu, bo jakby się nagle okazało, iż mamy na liście gości X, Y i Z, a cała impreza ma się jednak odbyć w niedzielę o 19, to dopiero bym miała zagwozdkę…


Druga chwila stresująca przyszła w „dniu zero”, kiedy okazało się, że pogoda nijak nie chce z nami współpracować i na ognisko mamy raczej mizerne szanse. W związku z tym impreza została przeniesiona do bluszczowego domu. Korzyść była z tego jedna, a mianowicie taka, że pomoc ośmiu osób w pakowaniu kartonów i rozkładaniu szafy zawsze się przyda. Zanim to jednak nastąpiło, straciłam nerwy do reszty – gdzieś tak przy trzeciej osobie mówiącej: „Ale ja nie będę na czas”. No taka już jestem nerwowa, trudno.


Na koniec zaś pokłociłam się z bratem i nie będę wdawać się w szczegóły, bo aż wstyd.


Za to wyciągnęłam wnioski. Właściwie jeden generalny wniosek: nie organizuję więcej żadnych imprez dla nikogo! Jedyny wyjątek to wieczór panieński Izu, o ile ona zechce. I to jest oficjalne oświadczenie.


Szkoda nerwów.

Revolution

No dobrze, szanowni pasażerowie, proszę usiąść i zapiąć pasy.


Już?


Otóż: zmieniam pracę.
Tak to! Ja wiem, wszyscy myśleliście, że dzień, w którym opuszczę sklep, będzie bezpośrednio poprzedzał Dzień Sądu. A jednak. Oczywiście wszystko zupełnym przypadkiem, ot, siła blipa. Na blipie bowiem napisałam od niechcenia, że w sumie to chętnie poprowadzę jakiś blog firmowy. Zanim się obejrzałam, już byłam umówiona na placki jabłkowe z koleżanką, która właśnie zwalnia stanowisko copywritera w Jednej Takiej Firmie. A potem na spotkanie w tej Firmie, a potem już poszło szybko i oto znowu w tydzień Zmieniłam Swoje Życie. Może nawet założę działalność gospodarczą- jak szaleć, to szaleć.


Co jest ważne, to kierunek zmian. Czyli to, że będę się zajmować pisaniem, a pisanie to jest dokładnie to, co kocham. I jeszcze mi za to zapłacą – sielanka, panie panowie.


No. To tera możecie gratulować, tylko po cichu, żeby nie zapeszyć. Bo zanim znajdę i przyuczę kogoś na swoje miejsce, to się jeszcze pewnie wiele może zdarzyć. Plan zakłada, że zmieniam zawód od października :)

Jak nie wiatr w oczy…

Od rana udało nam się:


-stwierdzić awarię jednego z komputerów (i co najmniej 300 zł  w dupę, bo zasilacz do wymiany)
-zablokować Kainowi dostęp do konta przez internet (oczywiście, że ja – ale tylko dlatego, że mi dwa razy podyktował złe hasło!)
-znaleźć pod szafką zgniłe zwłoki śliwek, którymi bawiły się koty
-skonstatować, że mój PMS przechodzi sam siebie.

W rubryce „ma” można zanotować przelew za jedno z Kainowych zleceń, dzięki któremu funty Izu pozostaną nienaruszone. Dobre i to.
Mimo przeciwności losu staramy się zachować pogodę ducha i cieszyć się urlopem.


Urlop upływa pod hasłem „lato w mieście” i mamy ambitny plan codziennie we dwoje gdzieś pójść. Dziś w planie „Hair” w kinie Wisła, bo, proszę sobie wyobrazić, żadne z nas jeszcze tego filmu nie oglądało.

Koty, koty


Prezentuję Wam moje nowe odkrycie, blog ze zdjęciami kotów. W większości są naprawdę genialne! Jest pod zdjęciem, więc proszę klikać. Enjoy :)


Oczywiście dodałam także do linków po prawej, w kategorii: „lubię”.

Nie filozuj

Czasem ktoś mówi, że zazdrości mi podejścia do życia.


W zasadzie nigdy się niczego nie bałam. Nie żyję w lęku. Problemami przejmuję się dopiero, kiedy nadejdą. Parę razy się na tym przejechałam, ale zazwyczaj pozwala mi to bez wydumanych przeszkód cieszyć się życiem. Uważam, że zamartwianie się czymś, co hipotetycznie może się wydarzyć, jest pozbawione sensu. 


O rzeczy, na których mi zależy, walczę do upadłego. Nie przyjmuję do wiadomości, że świat mi czegoś odmawia. Rzucam się z głową na głęboką wodę i dobrze mi z tym.


Dbam o swoje szczęście. Jeśli coś mnie przerasta, przyznaję to bez żalu i przekazuję sprawę komuś odpowiedniemu. Nie mam ciśnienia na bycie ideałem. Nie krzywdzę siebie, nie pozwalam się krzywdzić innym.


Cieszę się różnymi rzeczami. Robię to głośno i dobitnie. W górach krzyczę z zachwytu, na wodzie powtarzam, że jest cudownie, komplementuję ludzi, bez skrępowania wyznaję miłość.


Jestem trochę jak biegnące dziecko, które nie myśli o konsekwencjach upadku. I uwielbiam to.

Is it enough to have some love

 


Coś się dzieje. Coś się zmienia. Skonstatowałam dziś, że z dwiema bardzo ważnymi dla mnie osobami nie rozmawiam, nie mam ochoty rozmawiać, co więcej, na propozycję rozmowy odpowiedziałabym: „czego chcesz, człowieku?” W obu przypadkach stało się to nagle (choć w różnym czasie), niemal od jednego zdania, którym znienacka przebrała się miarka, choć sama nie wiedziałam, że jest jakaś miarka.  Czy to oznacza, że pewne rzeczy mijają nawet, jesli się tego nie chce? Czy może pozbywam się złudzeń, łuski spadają z oczu, klapki dla konia przestają działać uspokajająco? A może coraz więcej oczekuję od świata, ukryta w puszystej klatce, w ramionach troskliwego księcia? Może przez te parę miesięcy stałam się rozpieszczoną dziewczynką, która zetknąwszy się z ludźmi nagle jest zdziwiona, że ludzie ci nie zmiatają pyłków spod jej stóp, więcej, potrafią mieć wymagania, własne plany i krytyczne sądy? 


Cóż, przekonanie o własnej wyjątkowości wyniosłam z domu i nie mogło już wzrosnąć, to niewykonalne.


Natomiast coraz więcej widzę wokół siebie nieszczerości i pustych słów. Coraz więcej obliczonych na efekt frazesów, pięknie brzmiących zza papierosowego dymu albo lekkiego uśmiechu. 


I brzęczących jak ten cholerny cymbał świętego Pawła w zderzeniu z pierwszym z brzegu faktem.


Dobrze mi, jestem szczęśliwa. Lubię wracać do domu i gotować obiad dla dwojga, lubię nawet, o zgrozo, oglądać filmy na komputerze. Jest naprawdę bardzo dobrze.


Ale szkoda.

Cudzymi słowy

„Czasami bywam bardzo nie-zen.

W zasadzie, z małymi wyjątkami, ulotnymi zachwytami, bez przerwy jestem nie-zen, ale walczę.
Biję się po pysku i syczę: zobacz m o t y l e k, ty głupia krowo, patrz i ucz się, ty sfrustrowana klępo, popatrz, kropla rosy, źdźbło trawy, spójrz jaki polny jest ten konik, przestań stękać MASZ WSZYSTKO.”

———————————————-
O tu klikać
dla przeczytania całości.