Miesięczne archiwum: Sierpień 2009

Słówko o depilacji

Siedziałam sobie na podłodze i trochę od niechcenia jeździłam depilatorem po łydkach. Kain podszedł zaciekawiony.
– Czy to bardzo boli?
– Tak – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
– A możesz mi przejechać tu? – i pokazał nasadę nosa.
Dotknęłam mu lekko i na momencik brwi depilatorem i bez wielkiego zdziwienia obserwowałam minę
a la Kot ze Shreka.

Uważam, że każdy mężczyzna powinien tego spróbować, zdecydowanie zmienia perspektywę!

A gdzie TY zapinasz rozporek?

Jak niektórym wiadomo, pracuję w galerii handlowej. W związku z tym bywam często w różnych galeryjno-handlowych zakamarkach, w tym w korytarzu prowadzącym do toalet. Korytarz jest długi, prążkowany, kręty… nie, wróć, tylko długi, wcale nie kręty, co pozwala idąc w stronę wymarzonego zakątka obserwować ludzi właśnie stamtąd wracających. Panie poprawiają torebki na ramieniu, panowie zaś… zapinają spodnie. Serio. Niemal za każdym razem, kiedy idę do łazienki, spotykam co najmniej jednego pana zapinającego spodnie publicznie. Pan idzie sobie z przeciwka, patrzy na mnie i gmera sobie przy spodniach, poprawia, układa, dopina. Nie rozumiem tego, nie czaję, nie jarzę, nie kumam i nie kąsam fabułki. Dlaczego, do ciężkiej cholery, faceci nie mogą zapinać spodni w kiblu? Czy to jest takie dla nich zupełnie naturalne – wychodzić z ubikacji z rozpiętymi spodniami i przy obcych ludziach sobie gmerać w rozporku?


A ja sobie nie życzę, żeby przy mnie gmerano. Nie przyjmuję do wiadomości żadnych okoliczności łagodzących.


Panowie, do #wyraz nędzy, chowajcie sobie na osobności!

Wypadek z winy policji?

Ostatni weekend spędziliśmy w Serwach, na festiwalu szantowym (właściwie na połowie festiwalu, bo zaczął się w piątek, a my dotarliśmy w sobotę). Wracaliśmy w niedzielę wieczorem samochodem. Ruch był spory, ale płynny – do czasu. Kilka kilometrów przed Łomżą samochód jadący przed nami gwałtownie zahamował. Izu zareagowała natychmiast, również hamując, niestety mimo to uderzyliśmy w jego tył. Kierowca za nami na szczęście równie szybko zorientował się w sytuacji i wyhamował, ale dosłownie do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy nie przyłoży nam z tyłu. 


Na szczęście nikomu nic się nie stało – ani nam (a jechaliśmy z dzieckiem), ani kierowcy przed nami. Zderzaki się obiły i tyle. Ale przez chwilę było groźnie. Pan, który tak gwałtownie wcisnął hamulec przed nami, zrobił to z identycznego, jak my, powodu. Okazało się, że wszyscy po kolei nagle hamowali, a po kilkuset metrach stało się jasne dlaczego. Otóż w zatoczce po prawej stronie drogi stał nieoznakowany samochód policji. Był zmierzch, wóz był czarny i widać go było w ostatniej chwili i znienacka. I kiedy wskakiwał w pole widzenia, kierowcy wciskali hamulce.


I ja rozumiem, że jest ograniczenie prędkości. Rozumiem, że trzeba przestrzegać przepisów i że policja jest od tego, żeby łapać tych, co nie przestrzegają. Rozumiem też, że myślący kierowca nie powinien hamować nagle na ruchliwej drodze tylko dlatego, że boi się mandatu. Ale pozostaje faktem, że gdyby panowie policjanci nie ustawili się tak idiotycznie, do wypadku by nie doszło. I kiedy pomyślę, co mogłoby się stać, gdyby Izu miała gorszy refleks, gdyby samochód za nami miał mniej sprawne hamulce, gdyby któreś z nas na chwilę wypięło się z pasów… gdyby Młoda miała akurat w ręku szklaną butelkę z piciem… to mi się troszkę zimno robi.


I mało mi się to kojarzy z hasłem „bezpieczny weekend”, czy jak tam policja nazywa swoje bezmyślne, pozbawione wyobraźni postępowanie.

Narty

Ona: – A ty umiesz jeździć na nartach?
On: – Nie.
Ona: – A chciałbyś się nauczyć?
On (po dojrzałym namyśle): – Nie przed zimą.

Śniło mi się

Śniło mi się, że byłam umówiona na herbatkę z niejakim Kaczmarskim Jackiem. Mieszkał on jednak, niestety, o jedno mieszkanie od mej przyjaciółki Karoliny, z którą także byłam umówiona, ale postanowiłam nie iść z powodu herbatki z Kaczmarskim. Jednak ponieważ spotkałam ją po drodze, odebrałam straszliwy opierdol za olewanie spotkań i w rezultacie wylądowałam u niej, wraz z kolegą Bartkiem i butelką wina. Oglądaliśmy film o rekinach i coraz bardziej musieliśmy już iść. Nie wiedząc kiedy, poległam na tapczanie i ocknęłam się o dwudziestej, konstatując, że nie przybyłam na wspomnianą herbatkę, nie zawiadomiłam, że nie przyjdę i bezproduktywnie spędziłam popołudnie raptem o jedną ścianę od osoby, z którą byłam umówiona. Oraz że przeszedł mi koło nosa fryzjer o 19, a fryzjerka nazajutrz wybywa na urlop.


Plan na dziś jest taki: praca, wizyta u Siostry, fryzjer o 19, spotkanie z W. Hm.


Chyba za dużo biorę na łeb i potem mam koszmary…

Witaj, poniedziałku

W moim życiu dzieją się rzeczy nadprzyrodzone. Rano na przykład w magiczny sposób oboje (Kain i ja) zapomnieliśmy, że mamy tylko jeden komplet kluczy. W związku z tym mój chłopak poszedł do pracy z kluczami, a ja nie miałam jak zamknąć drzwi wychodząć do swojej pracy. Gdzie też działa czarna magia. Moja ulubiona koleżanka najwyraźniej straciła mózg na cały weekend. Może to być wynikiem dwutygodniowej grypy żołądkowej, nie po raz pierwszy dostrzegam związek między trzewiami, a głową. Prócz tego długopisy poginęły w tajemniczych okolicznościach. Zapewne zamieniły się w kurz, który zalega w ilościach nienormowanych.  Wszelkie pieniądze drobniejsze niż 50zł odeszły w niebyt. Kasa sama robi błędy w paragonach.
Cuda wianki, króliki z kapelusza, płaćcie i podziwiajcie.


Jeno szybko, zanim zdechnę na posterunku.



 Kliknięcie wyjaśni, czemu obrazek jest nieczytelny.

Najlepszy wiek na Woodstock

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, że tak banalnie rozpocznę. Wracając z gór marzyliśmy o własnej wannie i własnym łóżku. Tym bardziej wracając z Woodstocku (z którego relację winnam, ale wszystko w swoim czasie). Koty powitały nas bez szczególnych scen, dopiero w poniedziałek po południu, kiedy przykładnie wrócliśmy z pracy do domu, zaczęły się tulić jak zwariowane. Nawet Duch kleił się do rąk i dopraszał głaskania. Pewnie wcześniej nie wierzyły, że rzeczywiście wróciliśmy i nie pójdziemy sobie gdzieś znowu…


Kiedy byliśmy w górach, kotami, jednym smętnym kwiatkiem i mieszkaniem opiekował się Afekt. Jego wrażenia można przeczytać tutaj, nasze zaś są takie, że jeśli ktoś z Was wyjeżdża na tydzień i szuka osoby kompetentnej, sympatycznej, która nakarmi chudobę, zagrabi siano, nie zrobi pierdolnika w zakładkach, a w przypływie entuzjazmu nawet posprząta – służę numerem telefonu. Gdyby nie ten detal, że Afekt mieszka 300 km od nas, na pewno częściej miałby u nas tymczasowe lokum! Kiedy pojechał dalej w świat, koty dokarmiała moja mama, której bym z tego miejsca podziękowała publicznie, gdyby skandalicznie nie zaniedbywała mojego bloga.


Co do Woodstocku zaś – niesamowity. Mnóstwo kolorowych ludzi, równie kolorowa atmosfera, cały czas muzyka, rozmowy z ludźmi – coś wspaniałego. Byliśmy oboje pierwszy raz. Trochę jakby najwyższa pora, w naszym wieku. Jesteśmy już trochę burżujami i lubimy kąpać się codziennie, spać w cieple i na czymś równym oraz pić rano herbatę zamiast piwa, ale dwa dni wytrzymaliśmy ;) Zresztą trawa (pod podłogą namiotu) była wygodna, wodę od biedy dało się zagotować, a umyć można było ręce, nogi i twarz – luksusy jednym słowem. A w zamian za niewygody – niepowtarzalny klimat wspólnej zabawy, łatwych kontaktów międzyludzkich (nie takich, jak pomyśleliście, świntuchy) i ogólnej radości. No i opalenizna jak z ciepłych krajów.

Natomiast muzycznie Woodstock wypada blado. Naprawdę ciekawi i znani wykonawcy grali tylko na koncercie finałowym (Guano Apes na przykład), a koncert finałowy jest o takiej porze, że ludzie w naszym wieku są już w drodze do domu, żeby w poniedziałek rano wstać do pracy. Interesował nas (a głównie Izu) także koncert Blenders, ale on z kolei odbył się w piątek o godz. 17.00 – znów nie do przyjęcia dla pracujących. My wprawdzie mieliśmy w piątek jeszcze urlop, ale i tak nie zdążyliśmy. Ogółem odniosłam wrażenie, że jest to impreza dla licealistów i studentów, i niby to jest OK. Tylko słabo się zgadza z hasłem: „od 15 festiwali jesteście z nami”.

Na pewno będę jeździć na Woodstock, spodobało mi się bardzo. Lubię poznawac ludzi, lubię robić im zdjęcia, no i ta atmosfera, do której wciąz tu wracam. Choć byłabym znacznie bardziej zadowolona, gdyby było więcej ciekawych koncertów w sobotę, bo mocno wątpię w możliwość brania urlopu co roku akurat na festiwal… W każdym razie dobrze było być tam, zwłaszcza w czterdziestolecie :)










Jeszcze o Bieszczadach

Tak właściwie to wakacje w górach były bardzo fajne. Pewnie, że kiepska pogoda, pewnie, że zatrucie i w ogóle mizeria. Ale na szczęście dobrze nam we własnym towarzystwie, a pierwsze wspólne wakacje to zawsze miła i romantyczna rzecz. No i góry – zawsze są piękne.