Miesięczne archiwum: Wrzesień 2009

„Portret artysty jako człowieka przedwcześnie zgrzybiałego”

„Wie każdy sztubak i każda sztubaczka (choć nie jestem pewien, czy można to powiedzieć o każdej magister i każdym magistrze),
Że w obrębie pojęcia grzechu dwie jego odmiany rysują się jako stosunkowo najwyrazistsze.
Jedna odmiana to tak zwany grzech uczynku, którego to grzechu należy się strzec i rozbijać go w proch oraz pył,
Jest to mianowicie coś, co uczyniłem, uczyniwszy coś, czego uczynić nie powinienem bym był.
Druga odmiana to dokładne przeciwieństwo pierwszej i nazywa się ją grzechem zaniechania, a grzech ten w oczach wszystkich osób o słusznych poglądach, od Billy Grahama do Buddy, jest czymś równie niedopuszczalnym i złym,
Polega zaś na tym, że nie uczyniłem czegoś, co uczynić powinienem był bym.
Mogę od razu, czemu nie, powiedzieć, co sądzę o tych dwu odmianach grzechu, w tej przynajmniej mierze, w jakiej określa je ich wzajemna relacja,
A sądzę rzecz następującą: nie przejmujmy się grzechami uczynku, jako że przy całej ich grzeszności musi być w nich też coś przyjemnego, bo inaczej byśmy ich nie popełniali – racja?
To raczej grzech zaniechania, pozostała odmiana grzechu (w sumie jest ich, przypominam, dwie),
Siedzi nam jak pasożyt pod skórą i żre nas przez noce i dnie.
Tak, to co nas kłuje od środka w sposób ostrokończysty,
To te wszystkie nie przedłużone na czas ubezpieczenia i nie uporządkowane papiery i nie dotrzymane terminy i nie zapłacone rachunki i nie pokwitowane ani słowem odpowiedzi listy.
Jeszcze jedna właściwość grzechów zaniechania, nadająca im powab i urok uwięzłej w gardle rybiej ości:
Nie jest bynajmniej tak, że ma się przez cały dzień huczne święto i ubaw po pachy, ilekroć zaniedba się dopełnić powinności;
Nie, nie czuje się wcale perwersyjnego dreszczu płynącego ze złamania odwiecznego zakazu,
Kiedy nie przedłuża się w porę polisy albo zapomina o zapłaceniu rachunku za zużycie gazu;
Nie wali się w plecy podochoconych kompanów przy barze z okrzykiem:
„Ha, przyjaciele zanim pójdziemy do domów jeszcze raz nie odpiszmy na jakiś list, już tylko ten jeden, a tę ostatnią kolejką listów bez odpowiedzi stawiam wszystkim ja.”
Naprawdę nie jest wcale miło
Nie robić rzeczy, które byłoby lepiej, żeby się było zrobiło;
Ja sam wśród takich rzeczy staram się obracać mało,
Albowiem stosowne uczynki, których się nie ma na koncie są trudniejsze do zniesienia, niż niestosowne postępki, które się w życiu popełniało.
Morał: lepiej pewnie wcale nie grzeszyć, ale jeśli już jakimś grzechem chcesz zbrukać sumienie,
Cóż – staraj się przynajmniej osiągnąć ów cel, przyjmując jako metodę raczej robienie czegoś niż nierobienie.”

(Ogden Nash, „Portret artysty jako człowieka przedwcześnie zgrzybiałego”)
 thx to Debergerac

Pierogi są? – opinia o lokalu „U Pana Michała”

W sobotę po Walkathonie poszliśmy ze znajomymi na pierogi do baru „U Pana Michała”. Niejedno piwo tam wypiłam i niejednego koncertu wysłuchałam w piwnicy „Pod Michałem”, ale pierogów nie miałam jeszcze okazji tam zjeść. A napis zachęcał odkąd pamiętam: 




Zamówiliśmy więc cztery porcje pierogów. Kelnerka uprzedziła nas, że z powodu dużego ruchu na obiad trzeba będzie zaczekać – „maksymalnie pół godziny”. Ponieważ spieszyliśmy się na rodzinną imprezę, poprosiłam, żeby koniecznie zawiadomiła nas, gdyby czas oczekiwania miał się przedłużyć.
Potem, niestety, było tylko gorzej. Kiedy minęło pół godziny, zapytaliśmy kelnerkę, co z zamówieniem. Powiedziała, że „za cztery minutki” przyniesie. Po mniej więcej dziesięciu minutach (to razem czterdzieści) faktycznie przyniosła dwie porcje, a po dłuższej chwili trzecią i zawiadomiła nas, że co do czwartej (dla Kaina), zaszła pomyłka: kucharz przygotował inne pierogi, niż Kain zamawiał i na właściwe trzeba będzie znowu poczekać. 


W tym momencie trafił mnie lekki szlag i rzekłam: „Pani raczy sobie chyba żartować”.


Ponieważ naprawdę nie mogliśmy czekać dłużej, zjedliśmy to, co było – czyli ja cztery pierożki, a Kain dwa z mojej porcji – i poprosiliśmy o rachunek. Tu wkroczyła Izu, zwracając uwagę, że jej zdaniem nie powinniśmy płacić grzecznie za wszystko (minus nie podana porcja), bo jakby nie patrzeć nie zjedliśmy obiadu.  Fakt, Kain nadal był głodny, a i ja niezbyt nasycona, i mimo godziny spędzonej w tym lokalu nadal mieliśmy w perspektywie zamawianie jedzenia (z tym, że już nie mieliśmy na to czasu aż do wieczora).
Interwencja u kelnerki skończyła się niby pozytywnie – pani nie robiła trudności, poprosiła, żebyśmy zapłacili za to, za co uważamy, że powinniśmy, a my wobec tego opłaciliśmy piwo dla wszystkich oraz obiady dwóch osób. Szkoda tylko, że odbyło się to w atmosferze, którą można określić jako: „mam w nosie wasze pieniądze, idźcie w cholerę” i próżno wyglądaliśmy nawet najbardziej zdawkowych przeprosin.


Podsumowując, naczekaliśmy się jak głupi, zdenerwowaliśmy, nie najedliśmy i nie doczekaliśmy się przeprosin. Nie polecam.

P.S. A pierogi są niezłe, ale bez rewelacji, porcja kosztuje 15 zł i zawiera raptem sześć sztuk.

Też metoda

Ja: – Nie wiem, co kupić H. na urodziny.
A: – Kup mu gacie.
Ja: – Ale on nosi slipki, no proszę cię, ja się brzydzę kupować.
A: – No to kup w pudełku!

Ogłoszenia parafialne

W odpowiedzi na najczęściej się pojawiające pytania:

1. Pracuję w starym miejscu do 30 września.
2. Mam urlop 16-18 września i potem nie wiadomo kiedy jeszcze 4 dni.
3. Nie, nie można mnie odwiedzić w nowej pracy. W starej też bez przesady.
4. Wątpliwości dotyczące Walkathonu wyjaśniać należy tutaj, a nie u mnie. Ja tego nie organizuję ;)
5. Nie, nie mam czasu, pogadamy w październiku.

6. Dziwki i gangsterzy 19 września, w sobotę, o 20, przynieść picie i jedzenie.

Dziękuję za uwagę.

Notka od dupy strony

Synafia mówi, że nie nadaję się dla dzieci.


Znaczy właściwie nie tyle ja sama, co mój blog, a właściwie nie tyle blog, co zawarte w nim linki. Zgadzam się w zupełności,  spora ilość linków do moich i cudzych stron jest przeznaczona dla dorosłych (o czym niniejszym przypomina się młodzieży).


No i wynika z tego problem, mianowicie Synafia obawia się, że dzieci jej znajomych, będące w wieku internetowym, drogą klikania dotrą do tych nieodpowiednich treści i będzie to pośrednio jej wina. A jako matka dziecięciu Synafia poczuwa się. Długo i upierdliwie dziś na ten temat rozmawiałyśmy, przy czym Synafia podejrzewała mnie o to, że się wkurwię, a ja Synafię, że oczekuje ode mnie usunięcia niebezpiecznych linków z mego własnego bloga. Aby być szczerą, muszę przyznać, że najpierw się faktycznie trochę wkurwiłam, ale już po chwili przyznałam w duchu, że każdy ma prawo do własnych obaw, a ja jestem ostatnią osobą, która by komukolwiek jego niezbywalnych praw odmawiała, choćby były nawet bardzo nie po mojej myśli. Wreszcie jednak wyjaśniłyśmy sobie nawzajem, żeśmy niewinne – w pewnym sensie – i osiągnęłyśmy consensus.


Natchniona owym consensusem niniejszym ogłaszam, że jeśli kto chce link do mego bloga opatrzyć adnotacją: 18+ * lub usunąć ze względów bezpieczeństwa, ma moje pełne błogosławieństwo. Z wdzięcznością przyjmę informację o tego typu zmianach, jeno proszę nie zaczynać rozmowy od dupy strony, bo wtedy się denerwuję ;)


* jak kolumbijska kawa 

Koty, jelonki, skowronki i ja

Kota mnie nie zauważa. Dziś rano, po wyjściu Kaina, uznała, że ma całe łóżko dla siebie i będzie się tam bawić. Zabawa polegała na bieganiu od jednego rogu łóżka do przeciwległego, a potem od drugiego rogu też do przeciwległego, tak na krzyż. O tak:



Tam, gdzie linia przerywana, następował sus godny rączego jelonka. Bardzo uroczo, zważywszy, że ja byłam pod spodem. Szalenie się zdziwiła, kiedy na nią nakrzyczałam, zwyzywałam od świń i wygoniłam do drugiego pokoju.


No doprawdy.

O zazdrości

No dobrze, zmobilizowałam się, oto obiecana notka o zazdrości:


„Wiele lat temu, kiedy jeszcze byłam dwudziestoletnią, niezwykle piękną dupą i kiedy kompletnie nie zdawałam sobie sprawy ze swojego wdzięku, uroku i nieprawdopodobnego powabu swojego dwudziestoletniego ciała, byłam strasznie, potwornie, chorobliwie zazdrosna. Bo nie wiedziałam, ani kim jestem, ani jaka jestem – nie potrafiłam patrzeć na siebie oczami innych, a moje oczy były kaprawe, chore, ślepe i niesprawiedliwe. Więc byłam pełna kompleksów, zahamowań, lęków i zamęczałam kolejnych admiratorów i partnerów ta zazdrością, śledziłam każdy ich krok, ruch, drgnienie powiek. Nie przyszło mi do głowy pytanie: skoro jestem takim maszkaronem, to skąd oni się wzięli w moim życiu? Bałam się – uważałam siebie za jakieś żałosne monstrum, zagrażała mi każda kobieta. Każda była ode mnie lepsza, inteligentniejsza, bardziej ambitna, bardziej sexy. Tak mi teraz wstyd…
Kobiety są zazdrosne – chyba bardziej niż faceci. Zazdrość jest zawsze powiązana z niską samooceną – bo ona, ta inna, może jest lepsza ode mnie, może potrafi coś, czego ja nie umiem, może lepiej dupy daje, lepsze smaży schabowe, uważniej słucha.
[…]Nie wiem, kiedy i jak to się stało – któregoś popołudnia, wieczoru lub ranka postanowiłam, że nie będę dłużej żyć w służbie złego o sobie zdania, że przecież jestem w porządku, nawet więcej – jestem fantastyczna. Nie wiem, kiedy to się stało i dlaczego – może spojrzałam na siebie cudzymi oczami? […] Od tamtego czasu wszystko jest inne.”


Tak pisze Arundati o  zazdrości w „Terapii narodu za pomocą seksu grupowego”, dorzucając tym samym kolejny kamyczek do mojej teorii, że całe zło świata bierze się z kompleksów. I potwierdzając to, co od dłuższego czasu sama o sobie sądziłam: że nie jestem zazdrosna, bo się nie boję. 
Załóżmy, że mój chłopak umawia się z jakąś dziewczyną. Z najbliższą przyjaciółką na rozmowę w cztery oczy, z nieznaną mi koleżanką na kawę, z nową znajomą do kina. Świetnie, cieszę się, że ma przyjaciółki i lubi spędzać z nimi czas. Załóżmy, że pójdzie do łóżka ze swoją byłą. Świetnie, ma jakieś inne niż na co dzień doświadczenie (choć wolałabym, żeby to był ktoś nowy, wtedy i mi przyniósłby może jakieś nowe techniki czy pomysły). Ja w tym czasie zrobię coś w samotności albo wreszcie spotkam się z psiapsiółą sam na sam. A on przecież wróci do mnie, opowie mi, co ciekawego mu się przydarzyło w związku z tym spotkaniem i zrobi mi herbaty. I wiem doskonale, że choćby ta inna ona robiła lepszą carbonarę albo miała ładniejsze nogi, to przecież on mnie kocha za całokształt, za to, kim i jaka jestem (fantastyczna!).


Spójrzcie na siebie cudzymi oczami, dziewczyny i chłopaki.  Zobaczcie swoje błyszczące oczy, swoje piękne usta, swoje zmysłowe biodra, zauważcie własne poczucie humoru i inteligencję, jedyny w swoim rodzaju uśmiech, unikalny sposób przytulania w łóżku i co tam jeszcze jest w Was wspaniałe. I wyluzujcie trochę. On nie zniknie nagle tylko z tego powodu, że zadzwoniła do niego koleżanka. Ona nie odejdzie znienacka z kolesiem, z którym tańczyła na imprezie, choćby najbardziej gorąco.
Macie na to moje słowo.

Tak, tak, żyję

Śpieszę donieść, że już nazajutrz było mi dużo lepiej. Pomógł niezawodny zestaw wino+mężczyzna, no i oczywiście blog, a konkretnie możliwość wypisania emocji.


Tak w ogóle to noszę się z zamiarem napisania długiej notki o naturze zazdrości, zainspirowana przeczytaną niedawno książką Arundati. Ale jestem z natury leniwa i na myśl o przepisywaniu długiego fragmentu tekstu (jako wstęp zaledwie, potem jeszcze notka właściwa) od razu przypomina mi się mnóstwo pilnych rzeczy do zrobienia. Ot, na przykład obiad.


W każdym razie książkę polecam.

Ostrożnie, chłopczyku.

Jestem kobietą nietypową. Nie jestem zazdrosna, nie mam kompleksów, zazwyczaj rozumiem mężczyzn, nie lubię chodzić po sklepach, na zły nastrój upijam się z kumplem, nie obrabiam dupy, nie bywam zawistna, mściwa, nie jestem psem ogrodnika. (Tak, mam złe zdanie o kobietach.)


Tym bardziej zdumiewa mnie to, co się ze mną dzieje.


Złamano mi serce  (właściwie to łamano kilka razy, ja wyrozumiała jestem niestety). Boginie seksu nie powinny miewać złamanych serc, no ale stało się. I pomimo mojego szczęśliwego związku – tamto czasem wraca, szczególnie, jak mnie ktoś znienacka zarzuci francuskim muzycznym chłamem. Wtedy robi się źle. Czuję rzeczy, których nigdy nie czułam. Mściwość. Wściekłość. Nienawiść.


Mogłabym go zarżnąć kawałkiem papieru. Mogłabym zniszczyć mu życie. Gdyby miał dziewczynę, napisałabym do niej list, po którym nigdy już by się do niego nie odezwała. Tym lepiej dla niej zresztą, szkoda (nieistniejącej) dziewczyny. Jeden z moich znajomych (sam nie święty) mówi o nim bardzo brzydko, choć nie zwykł brzydko nazywać ludzi. Najgorsze jest to, że widzę, czuję wpływ tego – stosunkowo dawnego – romansu na mnie, na moją własną duszę.


Chciałabym, żeby cierpiał, cierpiał jak cholera, żeby usychał z namiętności do jakiejś zimnej, niedojrzałej, socjopatycznej laski. A najlepiej, żebym to była ja, choć nijak nie jestem zimna ani socjopatyczna. Co do niedojrzałości, to czuję się aktualnie jak małolata. Piję wino, słucham pieprzonego Garou i rozmyślam, obsesyjnie rozmyślam o tym, jak bardzo złe i dziwne rzeczy dzieją się ze mną. 


Introspekcja szwankuje, pewnie siedzi w kącie przestraszona. Wielkie ma oczy i patrzy przez palce, bo nigdy czegoś takiego nie widziała. Nawet Podły – niech mu ziemia, gdziekolwiek spoczywa, lekką będzie – nie skłonił mnie nigdy do takich złych emocji; zawsze miałam dla niego, bluesowego przybłędy,  raczej czułość. Nawet do Mojito… no dobra, jego chciałam zniszczyć, ale tylko przez moment.


O, nawet jest z tego wniosek. Jest schemat. I zupełnie nieoczekiwanie, przy zaledwie drugim kieliszku wina, mogę go objawić. Jeśli ktoś koniecznie chce zginąć z mojej ręki, proszę bardzo, oto recepta: 


1. Huśtawka emocjonalna. Dawaj i odbieraj, to działa.
2. Nieszczerość. Kłam, nie odpowiadaj na pytania. Zmieniaj temat. Kiedyś się zorientuję.
  3. Bądź przy tym czarujący, nawet kiedy już ci się mnie odechce.


Dobrą rzecz niedawno gdzieś wyczytałam: jeśli chcesz mieć kobietę namiętną, uważaj. Kiedy cię kocha, to bardzo kocha, ale kiedy nienawidzi – ona cię NAPRAWDĘ  nienawidzi.

Jestem pogięta od urodzenia!

A nawet od życia płodowego. Trzeci z kolei lekarz, a właściwie lekarka, obejrzała mój kręgosłup. Ta z kolei jest neurologiem. I powiedziała, że w okresie rozwoju płodowego krzywo mi się rozwinął talerz biodrowy, a z tego wynika, co następuje:


– jeden kolec biodrowy wysunięty o dwa centymetry
– jedna noga krótsza
– skolioza piersiowa
– zespół płaskich pleców
– jedna łopatka wysunięta o dwa centymetry
– jedno ramię niżej i zapewne jedna ręka dłuższa
– wada wzroku w jednym oku dwa razy większa
– wystające pieprzyki na plecach (sic!)
– przebarwienie, które mam od urodzenia po lewej stronie na brzuchu, zwane ładnie „un de cafe”
– osławiona torsja kręgów
– i chuj wie co jeszcze, nie zapamiętałam.


Ten krzywy talerz biodrowy bardziej szkodzi dziewczynkom, niż chłopcom, a to z powodu estrogenu. Mechanizm działania tego wszystkiego jest dla mnie zbyt trudny do zrozumienia i nawet nie wiem, za czym guglać, bo zapomniałam nazwy zjawiska.


Mają mi dać korek pod stopę, kazali pływać, boso mogę chodzić pod warunkiem, że po krzywej powierzchni, a rehabilitacja ma objąć „wszystko”.


Bomba.


Aha, a jeszcze się okazało, że moje skierowanie (z maja) jest złe. Powinno być do przychodni rehabilitacji, a nie na zabiegi fizjoterapeutyczne, bo na te drugie internista nie ma prawa wystawiać skierowań. A ortopeda je oglądał i powiedział, że dobre… I teraz muszę zdobyć spotkanie z lekarką – zdobyć to dobre słowo, wierzcie mi – i poprosić o inne skierowanie. Dobrze, że mnie przyjęto warunkowo…