Miesięczne archiwum: Listopad 2009

Lulu

Mój netbook przyjechał! Jest mały jak książka, lekki jak książka i prześliczny. Zdecydowanie jest rodzaju żeńskiego (nawet producenci nazwali go: Vivienne), otrzymał więc imię: Lulu.


To prawdopodobnie najfajniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam. Na razie uczę się go używać – klawiatura na laptopie jest jednak nieco inna niż normalna, a to mój pierwszy laptop w życiu. W dodatku moja Lulu ma włoską klawiaturę, co oznacza, że znaki przestankowe i symbole są w innych miejscach. Uczę się więc pisać nie patrząc, bo tylko wtedy się nie mylę i naciskam dwukropek tam, gdzie on faktycznie jest ;)


Z góry przepraszam, ale teraz będę się nim (nią) ciągle chwaliła. Jest cudna :)


Uwaga, będzie o ginekologu i seksie – nie trzeba czytać.

Zawsze myślałam, że od pigułek się tyje, bo zatrzymują wodę w organizmie, czy coś.


A tu mój lekarz, bardzo dobry ginekolog, któremu ufam, powiedział:
– Nie tyje się od pigułek, tyje się od jedzenia. One trochę zwiększają apetyt.


I jezusmaria, wychodzi, że tyję, bo żrę. Kto by pomyślał, nie?
  Zważyłam się i się okazało, że wcale nie jestem wielka i ciężka jak słoń (a naprawdę tak się czuję – widok w lustrze ładny, ale taka ociężała chodzę), ale ważę tylko 54 kg. Czyli od pół roku bez zmian. Czyli wiele hałasu o nic, zwłaszcza, że mi zaraz wszyscy powiecie, że i tak jestem chuda i brzydka.


Mój lekarz powiedział też:
– Z panią to jest beznadziejnie.
oraz:
– Nie ma dla pani ratunku.


Zważywszy, co właśnie robił, wolałam nie protestować. Ale generalnie wiem jedno: że to wszystko, na co tak narzekałam ostatnio, całe to chujowe (excusez-moi, musiałam) samopoczucie – to niestety piguły. No i niby spróbuję je zmienić, ale wątpliwe, żeby to poprawiło sytuację, ten typ tak ma najwyraźniej.


No i teraz dylemacik: czuć się źle, ale mieć wygodę, swobodę i pewność, czy czuć się być może dużo lepiej, ale mieć tę swobodę mocno ograniczoną? Jak się nie obrócić, dupa z tyłu…

Obczajcie to

Kochani, chciałabym zareklamować stronę Bluszczyka : prezentownia.org.pl. Bluszczyk robi ręcznie biżuterię, mydełka, koszulki i inne prezenty. W zeszłym roku zrobiła według mojego pomysłu ręcznie malowane koszulki dla moich bliskich (kto widział słynną koszulkę Wiktora, ten wie, o czym mowa), noszę też jej kolczyki, tak więc z czystym sumieniem polecam Prezentownię.

Little gift

Możecie mi już nie kupować laptopa. Mój boski chłopak zamówił mi to:



Jako przedwczesny prezent gwiazdkowy. A może i nie przedwczesny, bo z Londynu zanim przyleci, to trochę minie.


Jestem w lekkim szoku, tak.

Romans z arabem o północy

Wracałam wczoraj od Bagherry na raty. A nawet naokoło. Wiele przygód mi się przytrafiło, łącznie z tym, że wsiadłam do metra w niewłaściwym kierunku. W końcu trochę przed północą znalazłam się na przystanku tramwajowym w centrum, zmęczona, zmoknięta i zła – po prostu rozpacz w ciapki. WTEM jakiś arabski młodzieniec bez kurtki zapytał mnie o drogę w moje okolice. Od słowa do słowa – trochę po angielsku, a trochę po polsku – wyznałam, że jadę tamtędy i go dopilotuję.  Po drodze trochę sobie pogadaliśmy.


Mój tymczasowy znajomy wychował się w Niemczech. Na imię ma Ivan, co sprowokowało mnie do pytania, skąd pochodzi. Z Syrii – i tam nosił imię Juan, a Ivan to jego wersja bardziej przystępna dla Niemców. Informacja, że Juan i Ivan to jedno imię, szczerze mnie zaskoczyła, nigdy mi to nie przyszło do głowy!
Potem powiedział, że następnego dnia idzie do pracy na 22 godziny.
– Dwadzieścia dwie?!
– Tak.
– Twenty two?!
– Yes.
– Zweiundzwanzig? (no musiałam się upewnić!)


No więc, kochani, chłopcy od kebabów pracują właśnie tyle. Obiecałam sobie zawsze być miła, kiedy kupuję kebab.

Wysiadł, gdzie miał wysiąść, pouczony uprzednio, że w nocnym to trzeba naciskać guzik. „Nice to meet you”, „dobranoc” i poszedł. Wzrok współpasażerów jednoznacznie sugerował, że to przeze mnie Wanda skoczyła do Wisły.

Black Cat’s Day

Wiecie, co zrobiłam dziś rano? ZAPOMNIAŁAM, że miałam zrobić test ciążowy. No doprawdy.
Ale spoko, zrobiłam po południu i wyszedł negatywnie. Więc na razie, dziewczyny, możecie nie odkładać ubranek.


Dziś jest Dzień Czarnego Kota. Ustanowiony przez włoskie stowarzyszenie walczące z przesądami, podobno we Włoszech 17 jest pechowy, jak u nas 13. Macie więc czarnego kota na szczęście.




Poza tym są urodziny mojego Mężczyzny. Tort, prezenty, wino. Miło :)

Źle się dzieje w państwie duńskim

Wstaję rano, kuśtykam do kuchni, do łazienki, jak staruszka, wszystko mnie boli. Przybieram na wadzę, tyję, puchnę, gdzieś zgiął mój płaski brzuch, z którego byłam taka dumna. „Wyglądam wreszcie jak kobieta” – mówię pocieszająco do lustra. Czuję się ciężka.
Mam wahania nastroju, głównie na gorszy. Czepiam się jak rzep. Nie wysypiam się. W autobusie mi duszno i słabo, w wannie gorąco i słabo, w łóżku zimno i słabo. Nic mi się nie chce. Nawet miłość już tak nie kręci.
Zapominam o różnych rzeczach, robię dla mojego chłopaka tort czekoladowy, choć on nie je czekolady. 

W zeszłym miesiącu zapomniałam jednej tabletki i zgodnie z zaleceniem na opakowaniu wzięłam od razu, bez przerwy, kolejne. Skończyło się i teraz umieram. Zwalniam się z pracy, żeby przynajmniej umrzeć w domu, ale zapominam powiedzieć, że chcę się położyć do łóżka, i w rezultacie pracuję nadal, tylko że w domu. W Rossmannie kupuję ziółka rozkurczowo – antystresowe i test ciążowy. Nie takie rzeczy się w tym domu zdarzały


Tak więc stay with us, będę informować na bieżąco. O ile nie zapomnę.

List do Mikołaja ;)

Słowo wstępne dla niewtajemniczonych:

W mojej rodzinie wszyscy uwielbiamy Boże Narodzenie. I mimo, że nie jesteśmy milionerami, a nawet bywało nader słabo z forsą, wszyscy staramy się obdarowywać. O dobrych paru lat na lodówce w kuchni mojej mamy wieszamy kartkę (wraz z rozwojem rodziny w sumie jest to już plik kartek), a na kartce każdy pisze, co chciałby dostać. Między prośbami typu: dom, szczęście, męża i bilet na księżyc szczęśliwie trafiają się wskazówki, co ucieszy piszącego, znajdując się jednocześnie w zasięgu możliwości Mikołaja.


A że technologia idzie naprzód, a kuchnia mamy wydaje się tym dalej, im mniej mamy czasu – w tym roku pierwsza wersja listów pojawia się na blogach.


Tak więc pod choinkę chciałabym dostać (lista będzie się wydłużać z czasem):
  -puszysty szlafrok (tradycyjnie, i jeszcze ani razu nie dostałam)
  -kompletną serię „Sagi o wiedźminie” w, uwaga, ŁADNYM wydaniu
  -oraz Narrenturm, wszystkie tomy
  -notebooka, najchętniej takiego
  -każdą ilość topów i koszul
  -każdą ilość kolczyków
  -pachnące cuda do kąpieli, jeno bez cytrusów, bom uczulona
  -zabytkowe gadżety erotyczne, bo zakładam kolekcję
   -rajtuzki i getry w żywych kolorach (za rajstopy dziękuję, nie naszam)
   – kusztyczki do miodu, kufle do grzanego piwa, szklanki do grzanego wina

Nauka rozwiązała odwieczny problem

A tak w ogóle, to czytałam w ostatnim numerze Wysokich Obcasów wywiad z doktorem Wojciechem Feleszko, który jest immunologiem. I on powiedział, że podczas wychłodzenia w organizmie uwalnia się kortyzol, który jest jednym z hormonów stresu.


I nareszcie wiem, czemu ja się tak strasznie wkurwiam od byle czego, kiedy mi zimno! Kto mnie trochę zna, ten wie: Luca zmarznięta to Luca zła, to zło w czystej postaci, bez kija i kocyka nie podchodź. I wreszcie mam UZASADNIENIE NAUKOWE. I teraz już musicie uznać moje racje i mnie nie narażać na zimno ;]

Myjcie ząbki, dzieci

Siadam na fotelu i zostaję unieruchomiona za pomocą założenia mi śliniaczka z papierowych ręczników w hipopotamki. „Buziaczek do dołu, do dołu” – mówi urocza starsza pani i wbija mi w dziąsło igłę grubości, przysięgłabym, męskiego przedramienia. Ale za to potem już nic nie boli, choć wsadza mi jakieś szpikulce prawie do żołądka.
Innym razem z szeroko otwarta buzią, oczywiście w śliniaczku w hipopotamki, wędruję przez korytarz, żeby w małej klitce na rentgen dostać drugi śliniaczek – ołowiany. „Piątka z narzędziem wewnątrz” – mówi młodsza pani, a ja zaczynam odczuwać lekkie zawroty głowy. Wyniki leczenia Kainowych zębów dentystka relacjonuje mnie, ale staram się nie słuchać.

Kaina od bólu opatrzonych zębów łapie gorączka. Ja po podwójnych wzmocnionych znieczuleniach czuję się jakoś słabo. Na razie poszedł tysiąc złotych: dwie plomby, trzy kanałowe w trakcie, jedno usunięcie. Będzie gorzej.

Ale jesteśmy dobrej myśli.


Tymczasem podpisuję coraz to nowe zgody na zabiegi, pełne szczegółowych opisów skutków ubocznych. Wszystko, co mi w najbliższym czasie nie wyjdzie, zamierzam tłumaczyć szokiem poekstrakcyjnym.