Miesięczne archiwum: Grudzień 2009

No dobra…

…dość tego nieuzasadnionego optymizmu. Rzeczywistość skrzeczy. Rano, kiedy się ubierałam do wyjścia, poprosiłam Kaina o sprawdzenie, ile jest stopni. „Dwa” – powiedział, więc narzuciłam jakiś sweterek, wzięłam płaszcz i poszłam. Potem się okazało, że on nie zauważył minusa i ten minus niestety zrobił mi różnicę.


U fryzjera z kolei okazało się, że byłam zapisana na wczoraj. Nie wiem, jak to się stało, może to moja wina, w każdym razie figurowałam w zeszycie zapisana na środę. I dupa ze strzyżenia. W dodatku to już trzeci raz, kiedy coś jest nie tak z zapisami, więc jestem naprawdę wkurwiona.


Na domiar złego Najmłodsza ma depresję. Od dwóch tygodni nie je, nie myje włosów, nie funkcjonuje. W wigilię jako tako, ale poza tym – masakra. Głównie płacze i śpi. Załatwiła ją tak koleżanka z klasy, do niedawna przyjaciółka, ale nikt nie wie, o co poszło. Siłą do psychologa nie zaprowadzimy, bo staniemy się wrogami numer jeden. Po prostu pięknie, jednym słowem. Póki co zawiozłam dziecku stos książek, nich się oderwie. Czytać lubi.


A teraz idę własnym przemysłem doprowadzić do porządku włosy i paznokcie. Życzcie mi powodzenia, bo będzie potrzebne :/

Kraków zimą też się nada…

Jedziemy do miasta na K. Nakupiłam podarków, umówiłam się do fryzjera i na manicure (chociaż mam pazury połamane przy samej dupie), zakupiłam bilety przez internet (świetna sprawa). Nasz nowy wspaniały sąsiad będzie karmił inwentarz i doglądał majątku.


Plan jest mało ambitny, zakłada bowiem podobno oglądanie filmów w towarzystwie grubych lesbijek i starych gejów. A może pedałów, nie pamiętam. Jeszcze się nie mogę zdecydować, którą część będę reprezentować. W każdym razie przystojny współlokator gospodarzy podobno już barykaduje drzwi sypialni. Od wewnątrz.


A Wy bawcie się dobrze, wypijcie swoje, nie zapomnijcie o jedzeniu, nie przegapcie północy. Pomyślcie ciepło o bliskich. Niech Nowy Rok będzie dla Was lepszy od starego – życzę Wam tego tak samo gorąco, jak sobie życzyłam w zeszłego sylwestra!

Kto ma ma zbyciu?

Kochani i Kochane!


Jedna moja znajoma z blipa ma chytry plan: na przełomie kwietnia i maja zamierza urodzić córeczkę. Apeluję więc: jakby komu z Was zbywało na łóżeczku, wózeczku i innym sprzęcie, dajcie znać. Ciuszki przyszła obywatelka ma w komplecie, ale reszty jeszcze nie, a po co rodzice mają kupować drogo, skoro pewnie ktoś z Was ma pożyczyć/oddać/odsprzedać.


Piszcie w komentarzach albo mailem. Z góry dzięki :)


Pożądane artykuły (lista aktualizowana):


wózek
fotelik samochodowy (tylko pożyczka, żeby przewieźć małe ze szpitala)
leżaczek/bujaczek 

laktator
oraz ewentualnie szczególnie słitaśne ubranka dla dziewczęcia :)

Nieobiektywna relacja ze świąt

Pojechaliśmy dziś z wizytą do rodziców mojego chłopaka. Bardzo nie chciałam tam jechać. Albo przejmuję jego negatywne nastawienie, albo zaczynam mieć gdzieś konwenanse, w każdym razie nagle z całą mocą poczułam, że poza Kainem nie mam z nimi absolutnie nic wspólnego. Świadomość, że on skarży się na nerwobóle zawsze, kiedy jesteśmy w drodze do „teściów”, wcale nie pomaga.  Wiem, że jego mama od początku mnie nie lubi, że chyba nadal wolałaby, żeby Kain był ze swoją poprzednią dziewczyną i że im lepiej mnie będzie znała, tym bardziej mnie nie zaakceptuje, bo mamy zupełnie różną mentalność.


Ale co robić, obie o te konwenanse dbamy – ona zaprosiła, ja przyjechałam. Kain dostał prezent świąteczny, pierwszy raz od nie wiadomo ilu lat (on w każdym razie nie pamięta ilu). Tak naprawdę było OK. Pyszne jedzenie, które entuzjastycznie chwaliłam, urocze dziecko, bardzo fajni bracia i szwagierka.


Wigilię spędzaliśmy u mojej mamy, a potem u Siostry. Zwłaszcza u tej drugiej  był niesamowity świąteczny nastrój – dekoracje, przepiękna choinka, elegancko ubrane i niemiłosiernie umorusane bliźniaki, wszystko jak trzeba. Chciałam pokazać Kainowi, jak wyglądają święta w mojej rodzinie – a są naprawdę super, bo wszyscy je uwielbiamy. Kiedy wszyscy dostawali prezenty, dzieciaki rozrywały papier, Siostra i ja latałyśmy jak szalone z aparatami – on siedział i rozglądał się wielkimi oczami, jak małe dziecko. Mówi, że ma teraz miłe wspomnienia.


Może trochę gloryfikuję moją rodzinkę, nie wykluczam. Jak każdy mam tendencję do idealizowania ludzi, których kocham :)






  

Życzę Wam…

Kochani!


Szczerze i z całego serca życzę Wam pięknych, szczęśliwych i ciepłych Świąt.
Tym, którzy kochają Gwiazdkę tak samo radośnie, jak ja – żeby była spełnieniem ich wyobrażeń.
Tym zaś, którzy Świąt nie lubią – żeby tegoroczne były tak piękne, byście je pokochali.


Wszystkiego dobrego!


Luca
+ życzliwy odcisk łapy Kaina

Nie mam nic do ukrycia

Zbieram się od jakiegoś czasu, żeby napisać o tym, że nie mam nic do ukrycia. Skąd ten pomysł? Ano stąd, że będąc wciąż między ludźmi, obserwuję różne dziwne sytuacje.


Oto ktoś ma na przykład konto na blipie, ale takie, że na bliplogu (z zasady dostępnym dla wszystkich) nic nie ma, a wpisy widzą tylko zalogowane osoby, na kokpicie delikwenta. Oto ktoś inny konto na rzeczonym blipie raz po raz usuwa, resetuje, niszczy, by zaraz potem zacząć od nowa, pod innym nickiem. Oto jeszcze ktoś nie może opublikować swoich zdjęć z wakacji, żeby nie ujawniać, z kim urlopował.


I ja się pytam: po co?


Dobrze, teraz mi wygarniecie, kiedy i przed kim sama skrywałam naturę moich znajomości z tym lub owym kolegą. Nie wymieniam imion ze względu na zainteresowanych. Słusznie, tak było, mea culpa. Ale minęło. Może dlatego tak mi dobrze teraz, że mogę powiedzieć Kainowi o wszystkim i wiem, że się dogadamy.


Są sytuacje ekstremalne, pewnie. Ale nie codziennie, na Teutatesa! Czy nie lepiej być szczerym? Nie siedzieć jak na szpilkach, w stresie, że towarzystwo się dowie. Nie ukrywać, że nie lubię Michała, kocham się w Piotrku, spałam z Mariuszem, zarabiam 2200, mam rozstępy na tyłku, uwielbiam jeść… i tysiąc innych rzeczy. Wiecie, jak to ułatwia życie?!


A co ludzie powiedzą? W dupie mam (patrz piosenka). Nie chcę, żeby ktoś mnie lubił za to, kogo udaję. Chcę, by mnie lubiono – lub nie, wolna wola – za to, kim jestem naprawdę.




Aha, a zanim mi zaczniecie w komentarzach wypominać hipokryzję, napiszę jeszcze, co następuje:
mam parę blogów w internecie, o których nie każdy wie. Czemu je ukrywam, skoro jestem taka szczera?
Ano, bo mam trochę względu na innych. Może na przykład moja rodzina nie chce koniecznie znać wszystkich szczegółów? I nie tylko rodzina, o ile mi wiadomo. Tyle na ten temat.

Permanentna inwigilacja

Mamy sąsiada!


Teraz powiecie, że pewnie niejednego i od dawna, ale teraz mamy wreszcie takiego prawdziwego, co to się do niego chodzi po cukier i zaprasza na herbatę. Do tej pory, mimo, że mieszkam tu już cztery lata, nie było komu zostawić kluczy czy poprosić o inną drobną przysługę. W ogóle mam wrażenie, że instytucja sąsiada jakoś podupadła w naszym mieście. No i w pewnym momencie coś się zaczęło dziać w pustym dotychczas mieszkaniu vis-a-vis. Zaczęło się od tego, że na  klatce schodowej zastaliśmy pewnego dnia sedes. Drogą naturalnych skojarzeń chcieliśmy położyć na nim papier toaletowy, a kiedy okazało się, że nie mamy zapasowej rolki, postawiliśmy opakowanie płynu do mycia WC z notatką, że pozdrawiamy. Potem tak sobie podrzucaliśmy różne karteczki, no i to właśnie T. odebrał mojego cudnego gwiazdkowego netbooka.


Wczoraj wreszcie spędziliśmy chwilkę na pogawędce i co się okazało? Że T. pracuje razem z moim bardzo dobrym znajomym. Naprawdę myślę, że na świecie żyje tylko pięćset osób i wszyscy się nawzajem znają.


Z tego miejsca pozdrawiam obu panów, udając, że nie boję się plotek, które sobie będą powtarzać. Pamiętajcie tylko, że nie lubię telewizji ;)

Dziś polecamy: marzenia bez ograniczeń

No dobra, żyję jeszcze, było całkiem miło. Może go jednak nie zastrzelę, choć jeszcze się waham. Jakby co, to znam parę osób które na pewno chętnie pomogą.


Miała być notka na poważnie, ale chyba mi już nie wyjdzie. Chciałam napisać o tym, jak spełniają się moje marzenia. O tym, że pół roku temu marzyło mi się pracować w miejscu, gdzie będą mi płacić za pisanie. Najlepiej za prowadzenie blogów, a o zawodowym pisaniu blipa nawet mi się nie śniło. I proszę, tak właśnie jest. (Pułapka co prawda polega na tym, że robię to i wiele innych rzeczy.) Oczywiście już mam nowe plany, już chcę inaczej, lepiej, dalej. Priorytet to napisanie książki, ale na to niestety nijak nie mam czasu.


Rok temu pisałam, że nowy rok musi być lepszy od poprzedniego – prawie najgorszego w moim życiu. Marzyłam, że wszystko się poukłada i będę znów szczęśliwa. Nie spodziewałam się Kaina, który spadł na mnie jak grom z jasnego nieba na imprezie u jednego faceta, na którą przyszłam z innym facetem i w ogóle nie taki był plan, ale na szczęście Ktoś zdecydował za mnie. Tłum okoliczności zbiegł się, żeby patrzeć, jak sobie poradzimy. Dzielny chłopak tak długo udawał, że on absolutnie, że nic i że nie, aż w końcu sama doszłam do wniosku, iż ja owszem, tak. Jestem mu za to nie płoszenie zwierzyny bardzo wdzięczna.
I proszę, spełniło się.


I tak, także w tej dziedzinie mam już tysiąc nowych marzeń, postanowień, pomysłów i planów. I będę je miała zawsze, na każdym kolejnym etapie trzymania się z życiem za bary. Bo moja miłość do życia jest ostra i namiętna, bijemy się, depczemy, śmiejemy i krzyczymy razem, ja i ono.


Edytę Geppert sobie daruję, już kiedyś puszczałam.