Miesięczne archiwum: Styczeń 2010

Kocie sympatie

Kot Duch ma swoje sympatie. Właściwie, jedną: kocha Kaina. Włazi mu na kolana, pozwala się nosić na rękach, głośno mrucząc i tuląc łepek do kainowej ręki. Jeśli ja go podniosę, szybko się uwalnia i sobie idzie. Mogę spędzić cały dzień w domu – kotu Duchowi jest to obojętne, śpi pod kołdrą albo na kaloryferze i czeka. Kiedy tylko Kain pojawi się w drzwiach, oba koty pędzą się przywitać, a Duch wspina się na niego przednimi łapkami, domagając się uwagi. Troszkę jestem zazdrosna, w końcu to był mój kot, a teraz najwyraźniej pan jest kochany bardziej, niż pani.

Plameczka za to jest niezbyt wybredna. Każdy gość może bez trudu podbić jej serce – wystarczy, że pogłaszcze. Jej naturalną reakcją na obecność człowieka jest mruczenie, a motorek zapuszcza taki, że pewnie u sąsiadów słychać. Uwielbia się przytulać, jest puchatą, słodką, czułą kuleczką. Ze wszystkich ludzi najbardziej jednak kocha mnie. Kiedy pracuję w domu, nie mogę się od niej opędzić: włazi na klawiaturę, domagając się głaskania, nie rozumie słowa: "nie", a kiedy się poddam i zacznę ją głaskać, wpada w szał uniesienia. Mrauczy, całuje mnie w twarz, gryzie z miłości w ręce, z rozkoszy wbija mi pazury w kolana i bardzo się dziwi, kiedy protestuję. Śpi też ze mną, to znaczy po mojej stronie łóżka, przytulona do nóg.

Poza tym Plamka lubi wodę. Myślę, że to dlatego, że jest częściowo ruda. Duch lubi patrzeć na jej zabawę, ale sam za wodą nie przepada.



Zębodół (osoby o słabych nerwach mogą sobie iść po setkę)

Poszłam sobie wyrwać górną lewą ósemkę.  Jakiś czas temu pozbyłam się prawej, odbyło się to niemal łatwo i bez komplikacji, więc nie spodziewałam się żadnych problemów. Dostałam znieczulenie w trzech miejscach, pani doktor pokręciła mi zębem i – z pewnym wysiłkiem – wyrwała. Powiedziała, że ho ho, cztery korzenie, ewenement. Ja się tym wcale nie przejęłam, bo zabieg nie był przykry, i poszłam.

Tylko kiedy wracałam, jakoś dziwnie się cała trzęsłam. Ale nic to, stres widocznie, dojechałam do domu, pogadałam z Kainem i Izu, wzięłam apap i poszłam spać.

Noc była ciężka, a ranek jeszcze bardziej. Bolało jak cholera, nie bardzo mogłam jeść (spożyłam jogurcik na śniadanie), w ustach cały czas czułam żelazisty posmak, umierałam z głodu i czułam się koszmarnie osłabiona i rozhisteryzowana. Łykałam kolejne apapy, przykładałam zimne okłady i strasznie mi brakowało trzeciej ręki (dwie do pracy i trzecia do tych okładów). W końcu głód przeważył, delikatnie i ostrożniutko zjadłam makaron z sosem, po czym zaczął się mało zabawny nerwoból w okolicach splotu słonecznego i lekka gorączka. Cholera, bez przegięć, pomyślałam sobie i zadzwoniłam do mamusi. Mama orzekła, że robi się stan zapalny i że może się przyda antybiotyk. Jak Duża mówi, żeby brać antybiotyk, to już naprawdę nie jest fajnie.

Wieczorem poszłam do dentystki. Dostałam na miejscu laser i jakieś miejscowe lekarstwo, a w aptece kazano mi wykupić antybiotyk, probiotyk, ketonal i specjalny płyn do płukania zębów. Wróciliśmy do domu (ja i eskorta), wykapałam się, zażyłam to wszystko, zmierzyłam gorączkę. 39 prawie, no bosko.

Ale dziś już mi lepiej, to znaczy ketonal prawie działa, antybiotyk najwyraźniej też, gorączka minęła i już się czuję jak przeziębiona, a nie jak przy ciężkiej grypie. A to znaczący postęp. Minus jest taki, że musiałam poodwoływać różne umówione randki z chłopakami i nie wiem, czy oni mi teraz wybaczą. Niestety nie da się odwołać odbioru karty miejskiej (wreszcie) i podpisania umowy w Play’u…

Impreza udana, jak sądzę

Urodziny były wspaniałe. Przyszło mnóstwo ludzi, nasze małe mieszkanko pękało w szwach. Ubrani byliśmy dość różnorodnie, bo zasada imprezy brzmiała: „każdy zakłada to, co ostatnio kupił”. Tak więc jedni mieli na sobie kamizelkę bojową, inni strojne suknie, jeszcze inni przebranie za smoka lub nie okrytą niczym bieliznę. Byli też tacy szczęściarze, którzy kupili sobie ostatnio normalne ubrania ;)

Kain kupił tort i świeczki i ten ogromny tłum ludzi śpiewał mi „sto lat”. Nawet równo ;) Ze zdmuchiwaniem świeczek nie czekałam do końca śpiewów, bo obawiałam się o całość tortu. A po zdmuchnięciu śpiewali dalej, więc sobie zjadłam różyczkę ze środka. A potem każdy wziął łyżkę (niektórzy tę samą) i tort został pożarty.

Impreza trwała do rana i nie obyła się bez dramatycznych akcentów. W gąszczu kurtek nikt nie mógł znaleźć swojej. Zaginęły moje perfumy. Jedno dziecko dotarło rozpaczliwie płacząc, a drugie skostniałe z zimna, ale oboje się dość szybko otrząsnęli ;) Poszły w drzazgi dwa kieliszki i talerzyk, a Bluszczyk robiła płonące drinki w moich ulubionych kryształach. Na koniec zaś zatkała się ubikacja, co było prawdziwą tragedią. Poranna akcja ratunkowa Kaina wykazała związek tego zatkania z zaginięciem moich perfum. Oświadczam więc temu, kto je tam zrzucił, że jest niedobrym grzesznikiem i zgnije w piekle. No chyba, że przeprosi.

Ogólnie – jestem zachwycona. To była niezapomniana balanga. Kocham moich gości i ogromnie się cieszę, że mnie zaszczycili swoją obecnością, szczególnie, że niektórzy przejechali w tym celu trzysta kilometrów. Jesteście cudowni! :)

A na życzenie Królowej Nocy zamieszczam listę prezentów. Nie przysięgnę, że pełną, trochę jeszcze nie ogarniam ;)

mysz komputerowa do netbooka

ręcznie malowana bransoletka

dwa kubki z kotkami

kubek z japońskimi malunkami, z zaparzaczem i pokrywką

malutka malowana czarka, choć może to być też kieliszek do jajka, oraz kolczyki, których nie zgubię zimą

czerwone kolczyki-klonowe liście (od Najmłodszej, są przepiękne!)

czerwone kolczyki koła i piękna czerwona bluzka z komiksem

czerwona koszulka

Sangria oraz czerwony portfel

ręcznie robione białe kolczyki + bransoletka

wielki pluszowy kwiat

książka „Szeptem”

książka „Miłość i jej następstwa” + trzy kule do kąpieli

książka „Cycuszki, chłopcy i szpileczki”

pluszowy miś w koszulce z gepardem (od Amelki^^)

wódka Chopin

czekolada do malowania ciała i pędzel do niej

obroża z długą smyczą

piękny naszyjnik

jajko z niespodzianką

kostki do gry z pozycjami erotycznymi oraz maseczka na oczy

i chyba jakieś wina.

O czym zapomniałam? ;)

Biuro rzeczy znalezionych informuje

Gdyby ilość pozostawionych przez gości fantów miała świadczyć o jakości imprezy, bez wahania mogłabym tu publicznie oznajmić, że zorganizowaliśmy balangę stulecia. W znalezione przez nas po imprezie ubrania można by niemal przyodziać dwie osoby. Niektóre rzeczy już przyporządkowaliśmy do właścicieli – te są podpisane na zdjęciu. Uprasza się o wpisywanie w komentarzach, co czyje – odbiór osobisty! Prócz uwiecznionych przedmiotów mamy jeszcze jedną rękawiczkę Duszaka, zielony szalik Maxa oraz czarną polarową czapkę. Elpanda donosi, że znalazł bransoletkę. Jeden z gości zostawił także klucze od domu, ale już szczęśliwie odebrał.


Relacja z zabawy później, tymczasem tylko dziękuję z całego serca wszystkim, którzy przyszli – to były wspaniałe urodziny!

Update: Afekt, mamy Twoją koszulkę z malunkiem Jurija. Jest też czyjś dezodorant Garnier, a rękawiczki jednak dwie. I wsuwki do włosów Eli. Stay tuned, będę donosić.

Twenty eight

Wyobraźcie sobie – mam 28 lat. Jak co roku nie mogę tak do końca uwierzyć w swój wiek, co poniekąd koreluje z licznymi sytuacjami, kiedy inni też weń nie wierzą. W sumie miło.

Myślałam o jakimś podsumowaniu urodzinowym, bo to chyba modne czy coś, w każdym razie widziałam, że inni tak robią i też zachciałam. W sumie od ostatnich urodzin zmieniło się wiele.

W życiu osobistym – rok temu związek mój jeszcze raczkował, na każdym kroku zresztą przeze mnie negowany. Zajmowały mnie inne osoby i zupełnie się nie spodziewałam, że będziemy z Kainem razem. A tu proszę. Teraz jesteśmy bardzo blisko i zaczynamy mieć poważne plany.
Zawodowo – zasadnicza zmiana. Mam zupełnie inny zawód, prawie wymarzony. Z poprzedniej została mi wiedza o kawie, która się przydaje tu i ówdzie, i perspektywa sprawy w sądzie (o niewypłacone pieniądze), kiedy się wreszcie zdecyduję zadzwonić do adwokata.
Zdrowotnie – też zmiany. Przytyłam. W dużym lustrze dostrzegam, że coraz mniej jestem „bardzo szczupła”, a coraz bardziej „normalna”. Hm, no nie wiem, nie przywykłam. Nadto rzuciłam pigułki, co mi bardzo wyszło na zdrowie. Przeszłam rehabilitację kręgosłupa, niepełną, bo do pełnej musiałabym ćwiczyć codziennie, a jestem leniwa. Oraz wyleczyłam prawie wszystkie zęby (został jeden i pół). Nieźle, jak tak wymienić wszystko na raz.
Pozbyłam się też chyba współuzależnienia, spory czas po pozbyciu się uzależnionego. Ale nie pozbyłam się żalu. Trudno, nie wszystko na raz.
Poza tym spłaciłam dwa małe kredyty, a zaciągnęłam jeden duży, założyłam firmę, moje koty wreszcie mnie pokochały, poznałam dużo ludzi, wzięłam udział w maratonie blogerów, pojechałam nad morze pierwszy raz od kilkunastu lat.

Bardzo dobrze, podoba mi się. Oby tak dalej. Na nowy rok życia życzę sobie pieniędzy i czasu, bo tych dwóch rzeczy mi brakuje, a reszta niech po prostu nie przestaje :)

Ponieważ ostatnio było nasze brzydkie zdjęcie ze spaceru, obiecuję po weekendzie ładne z imprezy. Jeśli przeżyjemy te balety, bo szykuje się zabawa stulecia ;)

Jestem kobietką

Moja mama powiada, że jest facetem. Ma wówczas na myśli, że w rodzinie prócz matki była także ojcem, zabijaczem mamutów, donosicielem papierów wartościowych, a nawet, o zgrozo, nauczycielem matematyki. "Idź do taty" niewątpliwie działa lepiej, kiedy takowy jest pod ręką. Tak więc moja mama radziła i radzi sobie sama, zaryzykowałabym teorię, że nawet to lubi.

I ja to rozumiem. Ja także zawsze byłam z natury i z wychowania samodzielna, z naciskiem na oba człony tego słowa. Mam przerost poczucia odpowiedzialności, tendencję do nie przyjmowania rad, nie znoszę, kiedy się robi coś za mnie i bez mojej wiedzy oraz żyję w przekonaniu, że ja i tak zrobię lepiej.

Jak to się ma do tytułu posta? Ano tak: będąc z opiekuńczym, skorym do pomocy facetem, który uwielbia się o mnie troszczyć, zamieniam się w kobietkę. Miauczę, marudzę i mi się nie chce. Bolą mnie nóżki albo głowa i chcę herbatki, koniecznie nie za gorącej. Sprawami ważnymi zajmuję się tak, jak zawsze: ogarniam rachunki, planuję zakupy, mobilizuję nas oboje do codziennych spraw. Moją rolą życiową jest koordynacja i logistyka.

Ale poza tym jestem blond kociakiem, przeciągam się i mruczę, żeby dostać natychmiast pod nosek miseczkę ze smakołykiem. I kocham to ;)

I w sumie to taki Żomiks trochę na temat:


Born to be wet?

Poszliśmy wczoraj spać o dziesiątej wieczorem i czuję, że trzeba to robić częściej. Dziś wstałam piętnaście po szóstej i poszłam do wanny. Bez kitu, woda to moje środowisko naturalne. Wchodząc rano do wanny czuję dobitnie, że porody w wodzie to jedyny słuszny kierunek w położnictwie. Ciepła woda łagodzi każdy szok. Ktoś napisał na blipie (zapomniałam kto i nie mogę znaleźć), że łagodzi też każdy wkurw – zapewne nie przewodzi. Wanna to lek na całe zło, poważnie.

Inne zbiorniki wodne też mnie interesują. Jeśli w zasięgu wzroku jest woda, to ja do niej wlezę. No chyba, że jest naprawdę zimna.

W ogóle to podejrzewałabym, że mnie spłodzono w jakimś jeziorze, ale podobno uczyniono to w pociągu. Co w sumie też wiele tłumaczy :]

Coming soon

Kain obiecał mi szablon na bloga. Bo dojrzałam do zmian. Oczywiście wszyscy się dziwicie, czemu dopiero teraz, ale ja mam wiele na swoją obronę. A głównie to, że niniejszy blog jest moim pierwszym i ukochanym dzieckiem. Po wprowadzeniu (przy pomocy, a nawet za pomocą Wicia) drobnych zmian w pierwotnym szablonie ogromnie się do tego wyglądu bloga przywiązałam.

Ale trzeba robić rewolucję, więc tego. Szykujcie się. Choć nie wiem, ile to zajmie ;)

Z innych ploteczek – dodatkowe 7 kg powoduje, że konieczne stają się zakupy. Tak więc dziś odbyłam owocną wyprawę do mojego ulubionego bieliźnianego sklepu i kupiłam sobie piękne rzeczy. Biorąc pod uwagę wcześniejszą wizytę u fryzjera i późniejsze zachwyty mojego mężczyzny (bielizną, nad fryzurą jakoś przeszedł do porządku dziennego) – plus sto do samopoczucia. Takie tam kobietkowe radości…