Miesięczne archiwum: Luty 2010

Zima, zima, góry, śnieg

Wyjechaliśmy w czwartek z samego rana, by „już” po dwunastu godzinach podróży dotrzeć do celu. W moim stałym bieszczadzkim lokum przyjęto nas życzliwie i zaprowadzono do pokoju, usytuowanego dogodnie, bo pomiędzy kuchnią a łazienką. Za to w podziemiu, tak więc nie mieliśmy zasięgu internetowego. Trudno.


Pierwszego wieczora stawiliśmy się w Goprówce, jako kierownik wycieczki postanowiłam bowiem, że na wszelki wypadek pogadamy z Goprowcami i dowiemy się, jakie są warunki. Wieści nie były najlepsze, ale mimo to następnego ranka raźno zgłosiliśmy wyjście na Caryńską. Jeśli kto ciekaw, jak się chodzi po Bieszczadach zimą, to odpowiedź generalni brzmi: nisko i powoli. W lesie było znośnie: trochę ślisko, trochę się zapadaliśmy w śniegu, trochę chłodno, trochę mgły. Zabawa zaczęła się po wyjściu z lasu. Widoczność na dwadzieścia metrów, zapadanie się w śniegu po kolana, przemoczone w związku z tym buty, zimno i koszmarny, silny wiatr. Pod szczytem zdecydowaliśmy się zawrócić, istniało bowiem realne niebezpieczeństwo, że mnie lub Agę wiatr zepchnie z grani. Podobno wiało z prędkością 90 km/h, tak nam rano powiedzieli chłopcy z GOPR-u. Był to niewątpliwie ów porywisty wiatr, z którego zawsze się z M. trochę śmialiśmy, że jego nazwa oznacza porywanie turystów z góry.


Wróciliśmy po pięciu godzinach wyprawy, przemoczeni i zmęczeni, ale zdecydowanie było mi mało. Za to butom Agi wyraźnie wystarczyło, postanowiły bowiem udać się na emeryturę, tłumacząc się ubytkiem w pięcie. Do knajpy na kolację obie poszłyśmy w tenisówkach – SUCHYCH.


Następnego dnia rano pogoda była paskudna. Lało, wiało i generalnie wyglądało na to, że nie ma po co iść, szczególnie, że w zasadzie tylko ja miałam w miarę kompletny ekwipunek. Zjedliśmy więc nieśpieszne śniadanie, podczas którego doszłam do wniosku, że może ja pójdę sobie na Rawki, a oni, czyli Aga i Pal, niech zostaną. Druga wersja zakładała wspólny spacer szlakiem, z którego oni sobie po niedługim czasie zawrócą, a ja pójdę do końca. Ostatecznie poszliśmy wszyscy, tym bardziej, że Aga w międzyczasie naszym wspólnym wysiłkiem zyskała niemal suche i naprawione buty. Za to udało nam się wejście na szlak osiągnąć już w południe, co nie byłoby żadnym problemem latem, jednak zimą, przy wydłużonych czasach przejść i wczesnym zmroku, nie wróżyło najlepiej. Po drodze, jeszcze na szosie, zatrzymał nas jakiś turysta i ostrzegł, że bez rakiet w sumie nie warto oraz że przy szlaku widziano trop niedźwiedzia. Podziękowaliśmy ładnie i poszliśmy dalej. Śnieg okazał się znacznie lepszy, niż poprzedniego dnia, szło się nieźle. Zaś ostrzeżenie o niedźwiedziu skłoniło nas do głośnego śpiewania przez większość drogi. Pięknie się niosło i sądzę, że jeśli faktycznie były tam jakieś niedźwiedzie, to chwilowo przeniosły się na Ukrainę.


Wejście na Rawki od strony Ustrzyk Górnych jest wspaniałe. Pierwsza połowa w zasadzie po płaskim, blisko pięknego, pełnego malutkich wodospadów strumienia, przez rzadki, ale bardzo nastrojowy las. Od połowy zaczynają się strome podejścia, ale też bardzo przyjemne, choć oczywiście śnieg na szlaku nieco nam wędrówkę utrudniał. Problem pojawił się ponownie jakiś czas przed szczytem, kiedy zaczął padać coraz bardziej gęsty śnieg i wiać lodowaty wiatr. Znów uznaliśmy, że rozsądniej będzie zawrócić – wprawdzie do celu było obiektywnie bliżej, niż z powrotem, ale w tych warunkach i z tym zapleczem nie miało to za grosz sensu. Zmęczenie już dawało nam się we znaki. Za to po zejściu niżej okazało się, że droga powrotna jest taka sama, jaką ją zostawiliśmy, czyli przyjemna, bezwietrzna i śpiewająca. Przy okazji, nieco przedwcześnie, utopiłam w strumieniu ulepioną ze śniegu Marzannę.


Tak więc podczas naszej imponującej wyprawy nie zaliczyliśmy żadnego szczytu, ale ostatecznie nie o to chodzi, by złowić króliczka, prawda. Brak zdjęć panoramicznych usprawiedliwiam także tym, że i tak niewiele byłby z góry widać, a panorama chmur nie jest do końca tym, co powinno się przywozić z wakacji. Mimo to było wspaniale.


W niedzielę wstaliśmy przed szóstą rano i w porannej szarówce, po świeżutkim śniegu podreptaliśmy do autobusu. W drodze do Ustrzyk Dolnych fotografowałam wschód słońca i stopniowo coraz bardziej niebieskie niebo i coraz piękniejszą pogodę. Oczywiście zanim przyjechaliśmy, też świeciło słońce. Takie rzeczy potrafią człowieka naprawdę zdenerwować – jeszcze samo słońce bym zniosła, ale z małymi różowymi obłoczkami to już cholerne płanetniki z deka przesadziły. Wyjeżdżaliśmy z wielkim bólem serca. Jadąc, nie wiedziałam sama, czy patrzeć w lewo, czy w prawo, tak było pięknie. Przypuszczam, że ostatni raz tak kręciłam głową parę lat temu, po powrocie z Paryża, gdzie nie ma przystojnych mężczyzn i uroda polskich chłopców na nowo mnie poraziła.


W Ustrzykach Dolnych, korzystając z oczekiwania na przesiadkę, zjedliśmy szybkie śniadanie. Odrobina skubnięta z talerza Agi przekonała mnie, że w restauracji Hoteliku Bieszczadzkiego podają najlepszą jajecznicę z pieczarkami, jaką w życiu jadłam. Zamówiona przeze mnie jajecznica na szynce także plasuje się w ścisłej czołówce. Bardzo polecam to miejsce.


Podsumowując – dwa dni w autobusach i dwa w górach. Za mało gór, o wiele za mało. Akurat tyle, żebym sobie przypomniała, że tam jest lepiej i nie chcę wracać. Chcę tam zamieszkać na zawsze i mieć tamtejsze problemy: nie zamarznąć, nie paść z głodu, zejść z gór przed nocą, znaleźć nocleg. Wszystko.

Kotoblog

Wreszcie założyłam blog o kotach. Dołączył do linków po prawej stronie, choć można również po prostu kliknąć tutaj.
To będzie fotoblog, więc nie spodziewajcie się wiele tekstu, o ile w ogóle jakiś tekst się pojawi. Mam w planach aktualizowanie go kilka razy w miesiącu przy zachowaniu jakiego-takiego poziomu zdjęć – zobaczymy, czy się uda…


Ostatnie zdjęcie Ducha można także zobaczyć na moim ulubionym blogu z kocimi zdjęciami – miezekatzen :)

Czyżby czyżyk?

Wiosna! Od kilku dni jest cieplej, śnieg się topi, pada deszcz zamiast tego białego gówna. Dziś rano wstaliśmy po imprezie i od razu wyszliśmy na dwór. Mieliśmy skoczyć tylko po żarcie dla kotów, ale skusiło nas słońce i poszliśmy na spacer. Ptaszki ćwierkały, promienie UV pozbawiały nas stopniowo zimowej depresji, ja założyłam lżejsze buty i krótszą kurtkę i napawałam się lekkością (nie znoszę chodzić ubrana jak bałwan). Prócz puszek dla kotów (i bułek, parówek, soków, obiadu) kupiliśmy wielki pęk żółtych tulipanów. Właśnie zaczynają pachnieć w całym mieszkaniu. Balkon otwarty – wpuszczamy wiosnę.


Prócz tego – szalony tydzień. Codziennie coś. Z tego wszystkiego wczoraj imprezę u znajomych zaczęłam od zakopania się w cudzym łóżku i godzinnej drzemki. Dochodziło mnie raz na jakiś czas: „A gdzie Luca?” „Luca śpi!”, co jako żywo przypominało mi stary dowcip o tym, jak śpi król: zamyka się króla w wysokiej wieży, gdzie kładzie się on na stu materacach, a wokół wieży staje królewska gwardia i w regularnych odstępach czasu krzyczy: „Sza! Król śpi!!!”


Z okazji wiosny, zimy, zlasowanego mózgu i przemęczenia – jadę w Bieszczady. Po wielu perturbacjach wreszcie ustaliliśmy, że Kain zostaje w domu, żeby po swojemu odpocząć przed nową pracą (zmiany, zmiany), a ja jadę odpoczywać po mojemu. Mam tylko nadzieję, że ktoś się ze mną zabierze, bo sama sobie nie pochodzę, każda brawura ma swoje, prawda, granice.


Na koniec, zwyczajem Magdusi ;P zdjęcie kwiatków, które kot Duch wielce sobie upodobał. Otrzymał wprawdzie naganę, ale zdjęcie zdążyłam zrobić :)



Księżniczka na ziarnku grochu i wkurw

Po kądzieli jestem ze starej szlachty. Tak starej, że czasy jej świetności dawno przeminęły, choć kiedy pierwszy przodek zasłużył się w XI w któremuś polskiemu władcy, zapewne wiodło nam się całkiem nieźle. Ówczesne rycerstwo przemieniło się z czasem w zubożałą inteligencję. Co pozostało? Siniaki.


Mam je od wszystkiego. Odciski od spodni, bluzek, o desusach nie wspomnę. Sińce od siedzenia (poważnie). Ślady od zawiniętego prześcieradła. Od oparcia się o barierkę w autobusie. Jeśli ktoś mi kiedyś włoży ziarenko grochu pod piernaty, zabiję.


Bo po mieczu jestem gorącokrwistą Ukrainką. Miast zemdleć, klnę jak szewc. Miast poprosić, zakasuję rękawy. Najgorzej jest, kiedy się te dwie natury odzywają na raz, a dzieje się to zawsze, kiedy zmarznę, ktoś mnie potrąci, obrazi, potknę się i uderzę w paluszek i tak dalej. Ogarnia mnie furia. Wszystkie te rzeczy naprawdę niepomiernie mnie denerwują.


Pani, która wczoraj mijając mnie na pustej ulicy przyłożyła mi niedbale trzymaną torbą, nic nie rzekłam. Ale nie zapomniałam, o nie!

Starość nie radość

Przychodzi nieuchronnie i niepostrzeżenie taki dzień,kiedy przestajesz mieć urodę dwudziestolatki. I jest to niezły szok, przynajmniej dla mnie.


Nagle każda zjedzona rzecz odkłada się w postaci oponki na brzuchu. Jaka oponka, skąd oponka – nie wiem. Obcy twór, w dodatku rośnie w siłę. Nagle nogi przestają być ładne i smukłe. Trzy lata w sklepie robią swoje, swoje dokłada też praca przy komputerze i siedzący tryb życia. Właściwie ruszam się tylko latem. Właściwie tylko przez dwa tygodnie lata, kiedy pojadę w góry. Może powinnam przestać korzystać z windy. Krótkich spódnic nie nosze od paru lat, teraz pora chyba zrezygnować ze spodni-rurek.


Skóra jest bardziej (jeszcze bardziej) sucha, niż parę lat temu. Kremiki, mazidła, maseczki – to wszystko staje się niezbędne i zajmuje tyle czasu. Każda ujęta godzina snu i każdy wypity kieliszek wina są następnego dnia widoczne na twarzy, organizmu nie oszukasz.


Kupiłam wagę i zaczęłam jej używać. Uczę się – z bólem – zwracać uwagę na to, co jem i o której. Pierwszy raz w życiu odmówię drugiego obiadu i poważnie się zastanowię nad chipsami po 22.00. Od niedzieli ćwiczymy z Kainem aerobiczną szóstkę Weidera. Mięśnie brzucha właściwie mnie nie bolą, efektów póki co nie widzę, za to boli kręgosłup.


Dbam o siebie. Dentysta i rehabilitacja zaliczone, staram się jeść warzywa i pić soki (latem żyję jarzynkami, ale ta cholerna zima…), łykam witaminy, myślę o sobie. Te same warzywa i witaminy podsuwam Kainowi, wysyłam do lekarza, przymuszam do wypicia rano choć jogurtu. Jakie to wszystko skomplikowane! Czy ludzie pierwotni też musieli robić takie rzeczy? A może żyli zgodnie z rytmem natury, która sama dbała o swoje stworzenie? Zdaje się, że umierali koło czterdziestki, więc ostatecznie nie mamy gorzej.


W każdym razie mam trzydziechę na karku i czuję, jak ona mi w ten kark dyszy. Zupełnie nagle…

Rodzina

Jeśli kiedyś będę rozmawiać z moim dzieckiem tak, jak moja przyszła teściowa rozmawia ze swoim, to naprawdę liczę na to, że ktoś z Was przyjdzie do mnie i mnie solidnie opierdoli.


Coś czuję, że nieprędko on znów zadzwoni do domu, a wreszcie skończy się na tym, że w ogóle przestanie to robić. I żadne moje namowy nic tu nie pomogą. Zresztą, od wczoraj jakoś już nie mam ochoty namawiać, bo mi się serce kraje, jak potem na niego patrzę.


To by chwilowo było na tyle na temat układania sobie stosunków z mamą faceta.

Szaman, najlepszy z psów

Kiedy pójdę do nieba – jeśli pójdę – spotkam tam wszystkie nasze psy i koty. Wśród nich Szamana, najlepszego z psów, który dziś umarł nagle, nie wiadomo dlaczego i na co.


Do tego czasu trzymam się, udaję, że jest ok, „zdarza się”, mówię. Wyszukuję kawałek trawniczka, zatrudniam swoich mężczyzn do przykrej posługi, szukam cennika cmentarza, przyjmuję i składam wyrazy współczucia, pocieszam, organizuję, biegnę dalej.


Pracuję, smażę pączki, czytam książkę, rozmawiam, zagłuszam, zagłuszam.


Będzie ciekawie, jak kiedyś pudełko nicości spadnie z półeczki i się rozpieprzy.