Miesięczne archiwum: Marzec 2010

Dziupla z psem i inne cuda

Miłość jest jak grypa, powiadam Wam. W wyniku nagłego zauroczenia moje życie stało się podwójnie burzliwe – podwójnie, albowiem mój związek stał się nagle pełen skrajnych emocji, co oczywiście jest raz na jakiś czas bardzo przyjemne, ale jednak trochę męczące. Teraz więc na zmianę bardzo się czule kochamy albo na siebie warczymy, to znaczy głównie ja warczę, w zmęczeniu jestem bowiem ponadprzeciętnie nerwowa. Ciężko ze mną wytrzymać, ale on jakoś daje radę, na szczęście.


Z tego nadmiaru miłości rozchorowałam się i trzeci dzień mam katar, kaszel oraz chrypkę. Chorobę znoszę po męsku, czyli jojczę, kwękam, umieram i domagam się opieki. A trzeba Wam wiedzieć, że zakochuję się częściej, niż kupuję buty, więc nie ma lekko. I chyba już nigdy lekko nie będzie, taki typ.


Poza tym wiosna („poza tym zmierzcha”*) i czuć to w powietrzu. Bardzo bardzo. Pieski śpią w dziuplach (sama widziałam), gołębie kąpią się w kałużach, krzaki mają ten taki odcień jeszcze-nie-całkiem-zieleni, taką cieniuteńką, leciusieńką mgiełkę z przyszłych listków. Tętni ta wiosna, że aż. Wybucha.


I tak trzymać.



* „Pogorzeliska” Michała Kasprzaka a następnie „Wiersz poburzny” Katarzyny Hagmajer

Podwójna dawka endorfin

Epizodyczne momenty niepokoju nie powinny przesłaniać mi faktu, że jestem niesamowicie szczęśliwa. Chyba jeszcze nigdy nie było mi tak dobrze. W pracy realizuję po kolei wszystkie swoje plany, w tempie znacznie szybszym, niż mi się to wydawało możliwe. Trzymajcie kciuki, żeby się udało i tym razem. 


W związku jest pięknie, jest szaleństwo, jest harmonia, zrozumienie, power i pasja, jest wszystko, co trzeba i jeszcze więcej. Mam podwójną dawkę endorfin. Kiedyś rozsadzi mi serce, ale zanim to nastąpi, będę tańczyć do ostatniej sekundy.


A jeśli wszystkie plany wypalą… Boże, aż się boję myśleć :D

Uśmiech dziecka

Ludzie, jest sprawa. Pewna bardzo malutka dziewczynka (tak, ta z bannera na górze) potrzebuje pomocy. Kruszynka ma cztery miesiące i urodziła się chora na tzw. „hipoplastyczne lewe serce”. Jest po operacji, wiele innych przed nią, ale na razie walczy o życie podłączona do stosu paskudnych rurek. Lekarze mówią, że to niesamowite, że się trzyma i nawet czasem uśmiecha.




Czemu o tym piszę? Potrzebne są pieniądze –  na leczenie i zapewnienie opieki dziecku w trakcie pobytu w szpitalu oraz na sprzęt rehabilitacyjny, dojazdy kontrolne, wizyty lekarskie, leki. Jeśli komuś z Was zbywa parę groszy, zapewniam Was, że zostaną dobrze wykorzystane, być może zwiększając szansę małej. 


Możecie też oddać krew – nieważne jakiej grupy, wystarczy, że oddając ją, zaznaczycie, iż przeznaczona jest dla Amelki Chodlewskiej leżącej w Łódzkim Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki.


Wszystkie informacje o tej dzielnej malutkiej istotce i tym, jak można pomóc, znajdziecie na jej stronie internetowej: amelka.org.pl.

Moment between the striking and the fire

„Hey, I’m in love,
My fingers keep on clicking to the beating of my heart.
Hey, I can’t stop my feet,
Ebony and ivory and dancing in the street.
Hey, it’s because of you,
The world is in a crazy, hazy hue.

Man, you got me burning,
I’m the moment between the striking and the fire.
Hey, read my lips,
Cause all they say is kiss, kiss, kiss.
No, it’ll never stop,
My hands are in the air, yes I’m in love.

My heart is beating like a jungle drum, 
my heart is beating like a jungle drummm…”

Słucham na okrągło. Klipu za to nie oglądam, bo mi się nie podoba, ale oceńcie sami:




The day after, czyli poniedziałek

Świt, budzik, nieprzytomnie zwlekam się z łóżka. Ogarniam się trochę, wyciągam z sypialni nocującego gościa i trochę na siłę poję nas kawą. Żegnam się z ukochanym, wychodzę. Autobus, pociąg, w pociągu śpię. Praca, pociąg (śpię), tramwaj. Po drodze ciężkie rozmowy, łzy, szepty – niech mi jeszcze raz ktoś powie, że mamy sobie nie okazywać bliskości w miejscach publicznych, to nie ręczę za siebie, chyba, że mi dobę rozciągnie. Sklep, poczta, „już” przed 20.00 jemy obiad i znów oboje siadamy do pracy. Cholera jasna, pranie mieliśmy powiesić, od wczoraj leży. Jest szansa, że około 22 będziemy mogli zająć się trochę sobą, ale niezbyt długo, bo trzeba spać, żeby wstać rano.


Mimo wszystko nie wiem, czy dobrze robię, rzucając stałą pracę. Co jeśli nie będzie zleceń? Ale na razie trzymajmy się wersji, że trzeba spełniać marzenia…

Wiosna

Zamilkliście jak na komendę. A tu wiosna. Siostra omal nie weszła na żabę. Ja się chyba zakochałam. A dziś – trzecia nad ranem, marzec, deszcz – śpiewały ptaki. Drugą stroną osiedlowej uliczki szedł chłopak w moim wieku, spacerem, wąchając deszcz, jak ja. W ogródkach kiełkują kwiaty. Ziemia pachnie. Wiosna.


Coś bym. Zaszalała, narozrabiała. Trzymajcie mnie :)

Nie rdzewieje

„Ty przypomniałaś mi jak uwielbiam słowa. To był czynnik, który sprawił, że zwróciłem na Ciebie uwagę po raz pierwszy…
Potem poszło dalej samo – dzięki innym Twoim cechom również (żeby nie było, że deprecjonuje Cię), ale wciąż uwielbiałem chwilę, gdy mówiłaś coś dwuznacznego lub gdy ja właśnie powiedziałem i zrozumiałaś (zawsze rozumiałaś) – uśmiechałaś się wtedy albo śmiałaś… i zawsze miałaś wtedy tę iskrę w oku.
Wiem, że nie jestem mistrzem żadnym, mogłaś nie zauważyć, ale ja który od dwóch/trzech lat odszedł od tego kierunku (zaawansowanych aka skomplikowanych dwuznaczności)… zostałem powalony na łopatki. 
Dziękuję. :-)”

W zgodzie z rytmem natury, czyli od zlecenia do zlecenia

Tak będę żyć od kwietnia. Szczerze oburzona faktem, że od – lekko licząc – 25 lat muszę się zrywać o świcie wbrew sobie, a jednocześnie przekonana, że jak nam coś w życiu nie pasuje, to należy to zwyczajnie zmienić – postanowiłam przestać sobie liczyć za godzinę, a zacząć liczyć za wykonaną pracę. Wykonaną w miejscu, a szczególnie czasie, wybranym przeze mnie. Natchnął mnie poniekąd przykład mojej własnej matki, która około pięćdziesiątki porzuciła stałą pensję na rzecz samozatrudnienia i od razu odżyła. Nie finansowo może, ale psychicznie na pewno.


Jakieś zlecenia mam zapewnione, ale jeszcze może się okazać, że się zdrowo przejadę. Trudno – marzenia warte są ryzyka, a moim marzeniem jest aktualnie dowiedzieć się, jaki właściwie jest naturalny rytm mojego organizmu. Trzymajcie za mnie kciuki, módlcie się, życzcie dobrze i polecajcie znajomym.

Flakerowi mówimy stanowcze: nie.

Tu była długa i fajna notka o tym, dlaczego nie zostałam użytkowniczką serwisu flaker.pl. Ale przez jedną sekundę mojej nieostrożności notkę trafił szlag. Musicie zatem zadowolić się tym screenem, który pokazuje, jak pewien użytkownik tegoż serwisu podpiął sobie do flakera moje blipnięcia. Bo, moi drodzy, flaker w żaden sposób nie uwierzytelnia podłączanych kont, można brać jak swoje – starczy adres np. poczytnego bloga lub czyjś blipowy nick.






Dla porównania link do mojego blipowego archiwum, te wpisy są z 9 marca. Aktualnie szanowny pan thomas86 odłączył zarówno mojego blipa, jak i blipa Hazana, którego też sobie był użył do zasilenia flaków.


Gdyby jeszcze ekipa flakera odpisywała na maile, to może bym była miła i została, ale nie odpisują, więc po paru dniach usunęłam świeżo założone konto z tego serwisu – przynajmniej nie będę cyferką w ich statystykach. I Wam także stanowczo odradzam.

Need more time

Urwawszy sobie od blipa (i twittera, flakera, yamu, buzza, facebooka) sądziłam, że będę miała więcej czasu. A tu nic. Okazuje się, że blipałam zupełnie w międzyczasie, gdzieś pomiędzy łykiem kawy a kolejnym akapitem tekstu, między zmywaniem naczyń a wyjmowaniem kurczaka z pieca.


Brak czasu na wszystko, w tym i na tę notkę.