Miesięczne archiwum: Kwiecień 2010

Paryż, Barbakan, turyści i brudasy.

Kiedy miałam 15 lat, chadzałam na warszawski Barbakan. Siadywały tam wieczorami (i nie tylko) tłumy małolatów: z winem i bez, z papierosami i bez, a zwłaszcza – z gitarami. I bez. Spędzaliśmy tam mnóstwo czasu, przez policję traktowani podejrzliwie, spisywani po sto razy – i naprawdę całkiem szczęśliwi. W piątkowe wieczory cały Barbakan zajęty był przez ludzi – gadających, śpiewających, popijających wino. Przychodziło się, wybierało ulubioną gitarę, przysiadało do grupy ludzi i śpiewało z nimi. Oczywiście, były też awantury, ale ogólnie – jedna wielka impreza.

Podobna atmosfera panuje na Polu Marsowym w Paryżu. Pod wieżą Eiffela siedzą ludzie i się bawią. Gitary, bębny, wino, śpiew. Tyle, że tam jest o wiele więcej miejsca i o wiele więcej ludzi w różnym wieku, różnych ras i kultur. Najwyraźniej nikomu to nie przeszkadza, nikt nie wystawia mandatów za picie alkoholu, nikt niczego nie zabrania, a przynajmniej ja przez całą noc nie zauważyłam tam nic takiego. Miejscowi i turyści bawią się razem.

Byłam wczoraj na Barbakanie i przyjrzałam mu się pierwszy raz od dawna. Dawne trawniki, na których siedzieliśmy, ogrodzono płotkami i obsadzono kolczastymi krzakami, żeby na pewno nikt nie chciał tam usiąść. Nisze w murach, w których chowaliśmy się przed deszczem, zapatrzono w eleganckie podświetlenia. Wyglądają bardzo ładnie i przy okazji na pewno odstraszają brudasów z gitarami. Turyści mogą spacerować bezpiecznie, nikt ich nie zaczepia, nikt nie hałasuje. Jest cicho, pusto i samotnie na tym pięknym, wyremontowanym Barbakanie.

W Paryżu byłam dwa lata temu i wyglądało tam tak, jak opisałam powyżej. Nieustanna impreza na Champ Du Mars najwyraźniej nie zmienia faktu, że jest to jedno z najpopularniejszych turystycznych miejsc w Europie. Strzelam na ślepo, że wielokrotnie bardziej popularne, niż nasza, tak starannie przystosowana do zwiedzania,  Starówka.

Drugie urodziny

Oczywiście przegapiłam rocznicę bloga, która minęła przedwczoraj.  Moje ulubione dziecko ma dwa lata i gdyby było prawdziwym dzieckiem, uczyłoby się mówić. Zamiast tego uczy się istnieć, Czytelników w niepojęty dla mnie sposób wciąż przybywa, za to ja chyba nic a nic nie zmieniam sposobu pisania, może tylko klnę mniej. Ale to prawdopodobnie przejściowe.

Myślę, że nowa domena i wygląd to całkiem w porządku prezent na drugie urodziny.

Trochę statystyk:
– 482 wpisy
– 2232 komentarze
– odwiedza mnie obecnie 150 -200 osób dziennie
– większość z Was czyta tylko główną stronę
– kilka razy dziennie klikacie w odnośniki do moich innych blogów
– a wchodzicie tu najczęściej z blipa albo bezpośrednio.

Jak przy każdej takiej okazji, bardzo Wam dziękuję, że jesteście, że czytacie i komentujecie, że sprawdzacie tą drogą, co u mnie słychać. Autor bez czytelników jest niczym. Szczególne pozdrowienia dla tych z Was, którzy czytają mnie regularnie, ale się nie ujawniają, będąc dla mnie tylko tajemniczymi cyferkami w statystykach. Czasem się zastanawiam, ilu Was jest – ludzi, których nie znam, a którzy znają mnie. Dziwne uczucie ;)

Dlaczego kobiety są zmęczone?

Zrobienie kanapek przez mężczyznę obejmuje pójście do kuchni i zrobienie kanapek.

Zrobienie kanapek przez kobietę obejmuje: sprzątnięcie ze stołu, wyjęcie jedzenia z lodówki, pójście do łazienki, po drodze zdjęcie z pawlacza czystych ręczników i dywanika, wrzucenie starych do pralki, przygotowanie prania, umycie rąk, powrót do kuchni i zrobienie kanapek. Tak właśnie przygotowałam sobie dziś śniadanie.

Robimy tysiące rzeczy dziennie „po drodze”, „przy okazji”. Przechodząc przez pokój podniosę coś z podłogi i odłożę na miejsce, zaniosę coś do prania i od razu nastawię, zdejmę suche z suszarki, schowam, skoro jestem w sypialni, to otworzę tam okno, zabiorę kubki po herbacie, będąc w kuchni doleję kotom wody, zrobię herbatę i dopiero wtedy przypomnę sobie, że tak właściwie to szłam po torebkę. Spędzamy tak całe dnie.

Naprawdę.

Nienawidzę gier komputerowych

Nie chodzi tylko o to, że ja nie lubię grać. Zresztą bywają gry, które sprawiają mi przyjemność, zwykle proste gierki logiczne albo zręcznościowe. Nigdy natomiast nie wkręciłam się w Heroesów, WoW-a, Baldur’s Gate ani żadną inną grę strategiczno-strzelaną, w której bohater zbawia świat, a ogromne potwory padają od dwóch ciosów jego małego mieczyka. Mało tego, nie lubię też, kiedy inni grają. Mogę sama sobie tłumaczyć, jak sołtys krowie na miedzy: że każdy ma jakieś hobby, że człowiek ma prawo się zrelaksować, że moją pasję do pisania bzdur w internecie tez nie każdy rozumie i tak dalej, i tak dalej – nie pomaga. Nie trawię i już.

Naturalnie mężczyźni mojego życia uwielbiają gry komputerowe. Przynajmniej dwóch moich przyjaciół lubi grać, uwielbiał to (zapewne lubi nadal) mój były narzeczony i – oczywiście, jakżeby inaczej – bezpośrednia przyczyna tego wpisu, czyli Kain.

Siedzą przy komputerach i napierdalają te potwory. Godzinę, dwie, trzy. Nie kumam tego. Patrzę na jatkę, słucham ryków, a scyzoryk w mojej kieszeni pomału zamienia się w tasak, topór, bazookę. Błagam o słuchawki, o większe mieszkanie, o uwagę, wszystko na marne. Kiedy mieszkałam z byłym narzeczonym, jego gry były stałą kością niezgody – tym większą, że mieliśmy jeden komputer, a w dodatku ja wówczas nie blogowałam i trudniej mi było zrozumieć, że ktoś  siedzi pół dnia przed ekranem. Wyższość Baldura nad pragnącą zainteresowania kobietą stała się w końcu jedną z przyczyn, dla których piszę to w czasie przeszłym.

Jednak jest rzecz gorsza od grającego faceta: facet grający online. Mój luby, włączając grę, włącza jednocześnie komunikator głosowy, dzięki czemu mogę na bieżąco śledzić przebieg walk na podstawie dobiegających z głośników rozmów graczy. W weekendowe przedpołudnia dialogi te łagodnie budzą mnie ze snu, a nim obudzą, przenikają do moich sennych wizji, zamieniając je w fantastyczne horrory, które potem godzinami tłuką mi się w głowie.  Bosko, prawda? W ogóle nie ma jak kilkugodzinne słuchanie obcych głosów w kawalerce – lepsze od telewizora, którego świadomie nie posiadam.

O kompromis trudno. Proszę lubego o używanie słuchawek, ale nie zawsze o tym pamięta, nadto wtedy z kolei denerwuję się, że nie ma z nim kontaktu (zakładając, że nie śpię). Zresztą problem w tym, że sam widok mężczyzny grającego doprowadza mnie do furii i kompletnie nic nie umiem na to poradzić. Po prostu nienawidzę gier komputerowych…

Kici, kici

Chcę być kotem.

Najlepiej moim kotem. Koty śpią, kiedy chcą, a jeśli ktoś je budzi, to tylko, żeby głaskać. Lubię głaskanie i spanie.
Koty (te moje) nie muszą pracować, żeby jeść i mieszkać. Otaczane miłością i różnymi: „o jakie słodkie, zobacz zobacz!” żyją sobie w ciepełku, przeciągają się leniwie i lekceważą wszystko i wszystkich. W życiu kierują się wyłącznie własnymi zasadami i widzimisię, serdecznie gdzieś mając nakazy i zakazy.

A o godzinie 18, kiedy ja, ziewając, myślę sobie, że to najgorsza możliwa pora na drzemkę, koty po prostu zwijają się w kłębek i idą spać. Mru.

(Na zdjęciu kot Duch oraz mój ulubiony ręcznik.)

Taką ofertę matrymonialną dostałam mailem:

„Znasz mnie trochę ;) więc co ja się będę reklamować.
To może podam zalety o których możesz nie wiedzieć:

– Jako student fizyki i przyszły pracownik naukowy, nie będę pracować 9 to 17 więc pewnie będę mógł szaleć jak ty :) kwestia lat ale myślmy peryspektywicznie. Zarabiać też będę nieźle!
– Dobrze gotuję :)
– Mam dużo przyjaciółek więc raczej będę mógł zapełniać sobie czas jak się zakochasz, a jak będziesz się odkochiwać to będę dostawać mimowolnych orgazmów na myśl o wsparciu jakie mogę Ci dać :)
– Czytam dużo książek!

PS.
No ja wiem że to nie ma sensu, ale weźmiemy potem szybko rozwód.”


Brzmi nieźle, co? Możecie zgadywać, kto jest jej autorem ;)

Co nowego na blogu?

Skopiowałam wpisy ze stycznia 2010 i czerwca 2009, których program mi nie zaimportował. Tak więc na blogu jest już kompletne archiwum, ale…

„Ale” są dwa: po pierwsze we wspomnianych miesiącach nie ma Waszych komentarzy. Bardzo przepraszam, ale nie mam siły przepisywać wszystkich! Po drugie wszystkie wpisy ze starego bloga są bez tagów i kategorii, bo dodanie ich za dwa lata wstecz z lekka mnie przerasta. Tak już zostanie, otagowane będą tylko nowe notki.

Poza tym Kain spolszczył dziś szablon, tak więc nie będą Was już straszyć językowe potworki. Gdyby wpadło Wam w oko coś jeszcze do poprawienia, dajcie znać, będę wdzięczna.

A tak w ogóle to szablon coraz bardziej mi się podoba, więc możecie się jednak przyzwyczajać ;)

Koniec dramy

No, skoro już tak ładnie zrobiłam z siebie dramatyzującą blondynkę, to trzeba będzie pociągnąć ten temat i napisać kiedyś o konsekwencjach nie mówienia, nieszczerości, milczenia i w ogóle o komunikacji męsko-damskiej. Ale to innym razem. Tymczasem spuśćmy zasłonę życzliwego milczenia na mój wczorajszy występ, na przyszłość skupiając się tylko na jego atrakcyjnej formie. Napiszmy natomiast, co u mnie.

Przede wszystkim wysypiam się.  Okazuje się, że naturalny rytm mojego organizmu oznacza spanie od północy do południa i aktywność od południa do północy. Dwanaście na dwanaście, przy czym doskonale zdaję sobie sprawę, że normalnemu człowiekowi wystarcza około ośmiu godzin snu. Za to, mimo wyspania, nie zaobserwowałam u siebie nagłego skoku energii. Żadnego przydatnego w codziennym życiu kobiety ADHD, szalonego wypełniania każdej godziny czymś konstruktywnym, nic w tym rodzaju. Szkoda.

Wstaję więc w południe, włączam komputer, witam się ze światem i idę do wanny. Wypełznąwszy, pracuję jakieś dwie godziny, a potem różnie: jem śniadanie, idę po zakupy, załatwiam coś na mieście, spotykam się z kimś, szukam zleceń, pracuję jeszcze trochę… Prócz tego dbam o wikt i opierunek, gotuję obiadki na odpowiednią godzinę i  w ogóle staram się być czynnikiem domotwórczym.

Dobre jest to, że mam czas na rzeczy, o których do tej pory mogłam tylko pomarzyć. Że w domu zapanował ład (choć do klinicznej czystości daleko), że mogę być w domu, kiedy Kain wraca z pracy, w razie potrzeby pójść do lekarza…

Fuck! Byłam zapisana na wizytę lekarską jakoś pod koniec marca i kompletnie o niej zapomniałam!

…czy do urzędu, odebrać zakupy od kuriera w godzinach, w których nie ma szalonych korków po domem. Te wszystkie drobiazgi, w związku z którymi na co dzień trzeba kombinować, brać wolne z pracy itd.
Niedobre jest to, że pracy jest o wiele mniej, niż myślałam. Po nocach marzę o dwóch firmach, które zamówią u mnie prowadzenie społecznościówek. Oferuję komplecik profili we wszystkich liczących się serwisach za jedną wspólną cenę. Ktoś chętny?

(Chciałam napisać coś jeszcze, ale przypomnienie o przegapionej wizycie tak mnie zbiło z tropu, że już nie wiem, co. Więc koniec notki.)