Miesięczne archiwum: Maj 2010

„Ciężar milczenia”, czyli artykuł poniekąd sponsorowany

Sprawa jest taka: wydawnictwo Mira rozdawało blogerkom książki w zamian za recenzję. Oczywiście, że się zgłosiłam. Powieść przeczytałam tydzień temu z hakiem i najwyższa pora się wywiązać.

Jest to książka z dość znanej serii New York Times Bestselling Authors, pod względem gatunku zaś – thriller psychologiczny. Autorką, której nazwiska nie potrafię wymówić, jest pani Heather Gudenkauf. Na okładce czytamy:
„To stało się cichym, sierpniowym rankiem, kiedy srebrzyste światło wstającego dnia przebijało się delikatnie przez wilgotne powietrze. Dwie rodziny odkryły puste łóżka swoich córek.  Calli i Petra, nierozłączne przyjaciółki, zniknęły w nocy z domów.”

Znaczy, od początku jest dramatycznie. Czytając, stopniowo dowiadujemy się, że jedna z dziewczynek od kilku lat nie powiedziała ani słowa – jest to wynikiem przeżytej w domu traumy. Rodzice jednego dziecka i matka drugiego przy pomocy policji przeszukują okoliczny las, a my tymczasem dowiadujemy coraz więcej o źródle problemów małej Calli i jej rodziny.

Książka przyszła pocztą dzień przed moim wyjazdem do Krakowa i okazała się idealną lekturą na trzygodzinną podróż (360 stron). No dobrze, pociąg po drodze nabrał opóźnienia, które mnie ucieszyło, bo nie bardzo wyobrażałam sobie przerwanie czytania przed zakończeniem. W powieściach wydawanych przez Mirę zawsze można się spodziewać happy endu, ale tutaj jest on dosyć umowny. Sprawcą zbrodni zaś (bo jest i zbrodnia) okazał się zupełnie kto inny, niż myślałam.

Zgodnie z tytułem jest to książka o milczeniu. Moim skromnym zdaniem nie tyle o milczeniu zastraszonego dziecka, co raczej o milczeniu jego matki i tym, jak kobiety w patologicznych relacjach chowają głowy pod kołdry i udają, że wszystko gra. O przykładowych konsekwencjach można sobie poczytać w tej książce.
Podsumowując – nie jest to może lektura z najwyższej półki, ale wciągająca, ciekawa i dająca do myślenia. Prawdopodobnie przeczytam ją jeszcze raz albo dwa. Jeśli tylko uda mi się zapomnieć zakończenie.

Romans z Krakowem

Weekend był fantastyczny. Planowałam go od dobrych dwóch miesięcy, nie do końca wiedząc, co i z kim będę robić w tym Krakowie, bo zawirowania towarzyskie były szalone. W rezultacie ci, co mieli być w Krk, siedzieli za granicą, a ci, co mieli być za granicą, pozostali w Krakowie. Ja nie narzekam.

Zatrzymałam się, rzecz jasna, u Alq i Lisa. To jest niesamowite, jak ja u nich zawsze miło spędzam czas. W pięknym, dwupoziomowym mieszkaniu, gdzie zazwyczaj znajduje się dla mnie wolny pokój, a każdego z trojga gospodarzy uwielbiam, choć każdego na zupełnie inny sposób ;) Tym razem najwięcej czasu poświęcił mi A., sprawiając, że czas od piątkowej nocy do powrotu wspominam jako jedną wielką, niekończącą się przyjemność.

W piątek po przyjeździe wystroiłam się i poszłam świętować pierwsze urodziny AdTaily. Spodziewałam się dzikiego tłumu, tymczasem w dużym i zimnym klubie było może ze sto, sto pięćdziesiąt osób i ogólne wrażenie pustki. Ale był tort, piwo i kilka znajomych twarzy, między innymi Suchy, co zapewniło mi ostry trening przepony i mięśni śmiechu. W trosce o pozostałe mięśnie zaczęliśmy nawet tańczyć, ale na ten widok największa sala natychmiast opustoszała, więc więcej nie próbowaliśmy. Nie należy krzywdzić widzów bardziej, niż to konieczne.

Wróciłam niezbyt późno, jakkolwiek dwie trzecie gospodarzy już się kładło spać. Jedna trzecia, czyli A., wrócił około północy i otworzył butelkę wina. I zagadaliśmy się na amen. O trzeciej nad ranem A. wprawił mnie w zachwyt, proponując spacer. Kolejne dwie godziny chodziliśmy nad Wisłą, nadal gadając i nadal nie było nam dość. Nocne rodaków rozmowy to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Szczególnie, jeśli rodacy są przystojni, inteligentni i szarmanccy, prawda.

Świt nad wodą był zupełnie nierealny. Jak nie w mieście, jak nie na zwykłym spacerze, nie jak cokolwiek prawdziwego. Lewitowałam, zauroczona widokiem, tym przede mną i tym u boku.

Wróciliśmy o piątej, senni i trochę zmarznięci. Mężczyzna, który o piątej nad ranem szykuje dla mnie kakao z cynamonem, prawdopodobnie miałby moje serce na wieki, ale nie uprzedzajmy faktów, będzie jeszcze fajniej. Tymczasem poszliśmy spać około szóstej i gdyby nie frustrująco puste łóżko (Kain w Warszawie), zasnęłabym w ułamku sekundy.

Wstałam około południa i zaczęłam się zbierać na śniadanie z Filetem, której też wcale nie miało być w ten weekend w mieście na K. Zostałyśmy zaprowadzone na to śniadanie, a jakże, przez A., który wpałaszował jakąś ogromną porcję czegoś z pewnością nie nadającego się na śniadanie dla dam. My jadłyśmy sałatki. Następnie poszliśmy na Planty, a gdzieś w międzyczasie rozpadł mi się but. Japonki z HaEmu miałam na sobie pierwszy raz od ich nabycia i najpierw trochę się zdenerwowałam, ale potem, rada z pretekstu, pomykałam po bruku na bosaka. Uwielbiam chodzić boso.

Posiedzieliśmy na ławeczce, odprowadziliśmy Fileta kawałek w stronę dworca, a potem poszliśmy po kolczyki. Kolczyki z Floriańskiej są stałym elementem moich wypraw do Krakowa – tym razem kupiłam turkusowe koty. A potem znów łaziliśmy i łaziliśmy, A. zatrzymał się na rynku i kupił mi kwiatek, potem zaprowadził na kawę… Skończył się upał i zaczął deszcz, kompletnie mi to nie przeszkadzało, byłam w ulubionym mieście, miałam kawę, kwiaty, towarzystwo i poziom endorfin, który wystarczyłby do obdzielenia średniej wielkości wsi. Żeby ten wpis nie zamienił się płynnie w opis zalet mojego towarzysza powiem tylko, że do końca weekendu każda spędzona razem chwila była na wagę złota, a i to nie wiem, czy bym się zamieniła. Z tego więc miejsca, jeśli Waćpan to przeczytasz, składam dzięki.

Wieczorem było blipiwo, dość kameralne, ale bogate w ten, zawierający się w nazwie, napój – podobno sto rodzajów piwa, osobiście mogę ręczyć za kilka rzadkich, a świetnych. Knajpa nazywa się Smocza Jama i promuje się wzorowo – nie tylko mają profil na blipie i wolny stolik w sobotę wieczorem, ale także zaserwowali nam wiśniówkę i miętówkę na koszt lokalu. Mam szczerą nadzieję, że Blipowicze z Krakowa pozostaną wierni knajpie, która tak ładnie zaczęła znajomość.

W niedzielę leniwy poranek, domowy obiad i kolejny długi spacer po słonecznym, upalnym mieście.
Do Warszawy wracałam stęskniona, ale i z lekkim żalem. Kto wie, ile jeszcze rzeczy mogłoby się zdarzyć, gdybym została troszkę dłużej? :)

Solitude

Chcę do domu.

Co to za pomysł, żeby jeździć po jakichś Krakowach bez mojego ukochanego mężczyzny? Jest wpół do trzeciej nad ranem, ja siedzę i sprawdzam pociągi. Najbliższy jest za trzy godziny, najbliższy, na który mam bilet – za dwanaście. Wiem, że o piętnastej jutro będę tonąć w bezmiarze dnia i nie w głowie mi będą pociągi. Ale teraz umieram z tęsknoty.

Spędziłam cudowny dzień, poprzedzony wspaniałą nocą. Byłam tu i ówdzie, sfotografowałam to i owo, kupiłam parę drobiazgów, zacieśniłam kilka więzów. I pięknie jest. A teraz leję łzy.

Przyśnij mi się, przyśnij, bądź przy mnie w nocy, proszę.

Nie moje miasto

Lubię jeździć pociągiem, szczególnie sama. Siadam przy oknie i patrzę na uciekający krajobraz. Trzy godziny, czasem więcej, sam na sam z myślami. W pociągu niewiele można zrobić. Mogę czytać, słuchać muzyki, pisać, ale głównie wyglądam przez okno i cieszę się podróżą. Jest bardzo zielono i nie wiem, kiedy kończy się Mazowsze, a zaczyna Małopolska.

Lubię miasto, do którego jadę, miasto na K, małe wakacje. Nie pierwszy raz przejeżdżam sama trzysta kilometrów, a u celu zawsze czeka coś miłego. Albo ktoś. Romans z Krakowem, namiastka wolności w moim tak ostatnio współdzielonym życiu.

Kraków przywitał mnie godnie.
– Zobacz, jak krzywo idziesz. Znosi cię na jedną stronę. Masz za dużo woskowiny w prawym uchu! – rzekła na ulicy jakaś pani do nieletniego  syna.

Maj pachnie

Skoro nie macie nic do powiedzenia na mało elegancki temat, który poruszyłam wczoraj, to pora zatrzeć niemiłe wrażenie i napisać coś o dupie Maryni. Ale widzę, że czytacie, a to dobrze, gdyż poprzedni temat jest ważki i trzeba go nagłaśniać, zanim wszyscy zamienimy się w chore jednostki w uciskowych rajstopkach.

Siedzę przy moim wielofunkcyjnym, kuchenno-gabinetowym blacie roboczym i strasznie mi się nie chce wstać i iść do sklepu. Zwłaszcza, że właśnie spożyłam śniadanko, dobrze zasłużone czterema godzinami pracy i negocjacji. Ale. Dobrze wiem, że kiedy już wyjdę, z kolei nie będzie mi się chciało wracać.

Albowiem gdyż ponieważ jest wiosna! Już do jakiegoś czasu, ale ja nadal się napawam. I ona, wiecie, PACHNIE. Konwalie. Bez. Liście. Ziemia. Deszcz. Trawa. Wszystko pachnie jak dzikie, w tym także dęby, które właśnie kwitną, moje łzawiące oczy są tego pewne. Ale dęby też kocham, muszę tylko pamiętać, żeby nie przystawać w pobliżu, a wychodząc z domu, przemykać szybko moją ulicą, na której pysznią się szypułkowe pomniki przyrody.

Nie nadążam. Znów nie kupię wszystkich rodzajów kwiatów do domu, zanim skończy się sezon, nie nawącham się wiosny, zanim zacznie się (jeszcze bardziej cudowne) lato, nie ponoszę pończoch, zanim będzie na nie za gorąco. Poza tym przydałoby mi się małe dziecko w charakterze pretekstu do spędzania całego dnia na dworze. Nawet sobie nie pójdę z laptopem pracować, bo co chwilę sprawdzam coś w internecie, a nie mam takiego przenośnego.

Ale nie marudzę. Zachwycam się. Wącham. Robię ogórki małosolne (pierwszy raz w życiu; wyszły niezłe). Czekam na truskawki. Kupuję kwiaty i umawiam się na spacery. Maj to cudowny miesiąc.

Brzydkie nogi, czyli o przewlekłej chorobie żylnej

Przez trzy lata pracowałam w sklepie. Zdobyłam tam kilka rzeczy, które będą mi towarzyszyć już do końca życia: umiejętności interpersonalne, wiedzę o kawie, nieufność w interesach… i przewlekłą chorobę żylną.

Przewlekła choroba żylna to przypadłość dotykająca między 40% a 50% Polaków, nieco częściej kobiet, niż mężczyzn. Powodują ją uwarunkowania genetyczne oraz stojąca lub siedząca praca. Pierwsze objawy to uczucie ciężkich nóg oraz tak zwane „pajączki” – pękające żyłki na łydkach i udach. Ostatnie – to ciężko gojące się owrzodzenia, powstające w wyniku najmniejszego urazu, prowadzące do poważnych trudności w poruszaniu się.

Skupcie się na tym: prawdopodobnie połowa z Was zachoruje na tę chorobę. Jeśli macie pracę stojącą lub jeśli dużo siedzicie przy komputerze, jeśli do tego ktoś z Waszej rodziny ma problemy z żylakami, jeśli palicie papierosy lub stosujecie terapię hormonalną (to dodatkowe czynniki ryzyka) – jesteście w tej połowie. W Polsce problem ten traktuje się raczej jako defekt urody, kłopot estetyczny. Wszyscy, którzy tak gorąco mnie namawiają na odsłanianie nóg, mają przy okazji odpowiedź, ja jestem próżna dziewczynka i nie muszę służyć koniecznie jako przykład odstraszający.

Ja przestałam pracować w sklepie, staram się chodzić na spacery (ruch jest bardzo ważny w profilaktyce przewlekłej choroby żylnej). Zauważyłam też, że siedzenie powoduje jednak mniejszy ból nóg, niż stanie, ale to pewnie dlatego, że często siedzę z nogami na krześle, obudowie komputera, stole i w ogóle czym się da, byle było w miarę wysoko. Poza tym przyzwyczaiłam się do tego, że one zawsze trochę mnie bolą.

Wy możecie chodzić więcej piechotą, częściej robić sobie przerwę w pracy, rzucić palenie, uprawiać sport. I pójść do lekarza, jeśli pod koniec dnia czujecie, że macie ciężkie, obce nogi. Choć lekarz w sumie powie Wam tyle, co ja, bo wszystkie współczesne choroby społeczne mają tylko jedną metodę zapobiegania: ruch.

Aha, jeszcze jedno: nigdzie nie znalazłam informacji, czy wspomniane pierwsze objawy zawsze oznaczają tę właśnie chorobę. Może, na przykład, nic mi nie jest.

Więcej na ten temat w internecie, choćby tutaj i tutaj.

Jeśli coś robisz, rób to porządnie, czyli o oszczędności w e-marketingu

Mimo, że tytuł w zasadzie mówi wszystko, pozwolę sobie nieco rozwinąć myśl. Siedząc trochę w internetowym marketingu i chcąc w nim siedzieć nadal, rozglądam się to tu, to tam, surfuję po stronach, gadam z potencjalnymi klientami i co widzę? Widzę wielki, ogromny, potężny tumiwisizm.

Pierwszy z brzegu przykład: firma, w której pracowałam, dostała zlecenie na wypozycjonowanie jakiejś strony. Zaglądam na tę stronę, której mam zrobić dobrze, a tam byki, literówki i Sodoma z Gomorą. W tym, na przykład, nazwy polskich znanych zespołów napisane z błędami. Cały zapał do pracy mijał mi jak ręką odjął, słowo daję. Klientowi też zapewne minie zapał do kupowania produktów tej firmy, a przynajmniej tak wynika z przeprowadzonej dziś przeze mnie na blipie krótkiej ankiety. Jasno z niej wynikło, że większość osób zwraca uwagę na błędy na stronach www i co więcej,  mają on wpływ na decyzję o skorzystaniu z usług danej firmy. „Nie kupuję u firm/sprzedawców, którzy nie dbają o jakość kontaktu ze mną” – skomentowała Femininity i podpisuję się pod tym obiema rękami.

Inna sytuacja: poszukując zleceń, wpadłam na pomysł nawiązania kontaktu z internetowym sklepem dla dorosłych. Nie będę piętnować po imieniu, bo sklep sam w sobie wygląda na bardzo dobry i czemu mam im robić koło pióra. Ale! Oprócz sklepu firma posiada także blog. Super sprawa, cool i na czasie, każda dobra firma powinna mieć blog. Zajrzałam więc i oniemiałam. Artykuły, powiązane tematycznie z gadżetami oferowanymi przez sklep, były najeżone błędami i stanowiły swoiste arcydzieło stylistyczne. Zaproponowałam wspomnianej firmie, że zaopiekuję się tym blogiem, ale kiedy przyszło do rozmowy o stawkach, temat upadł.

Kolejna historia: prowadziłam rozmowy z firmą, która szukała kogoś, kto poprowadzi marketing w internecie, między innymi profil na blipie. Moja stawka okazała się za wysoka, domyślam się więc, że zatrudniono kogoś innego. Skutek jest niestety taki, że blipowe konto tej firmy jest prowadzone nieregularnie, niestarannie, bez znajomości zasad rządzących serwisem, a nawet bez wielkich liter na początku zdania. Przykre.

Wszystkie trzy sytuacje łączy jedno, a mianowicie oszczędzanie na osobach, które mogłyby profesjonalnie napisać teksty na stronę internetową lub choćby zrobić korektę, napisać serię artykułów na blog poprawną polszczyzną albo poprowadzić profil tak, żeby informacje dotarły do zainteresowanych i przy okazji nie raziły niestarannością. I powiedzmy sobie jasno: tego nie zrobi dorabiający sobie na piwo student. Jeśli ktoś zgadza się wykonać pracę za małe pieniądze, to tyle dokładnie jest ona warta – niewiele. Z kolei można dość bezpiecznie założyć, że jeśli ktoś z doświadczeniem oferuje nam swoje usługi w średniej cenie obowiązującej w tym zawodzie, to są one warte co najmniej tyle, ile za nie zapłacimy. Co najmniej, bo płacimy raz, a teksty zostają i raz na jakiś czas naprawdę ktoś je czyta. A od tego, komu pozwolimy kreować wizerunek firmy w internecie, zależy jak zapamiętają nas potencjalni klienci.

Gwoli wyjaśnienia dodam, że niniejszy wpis powstał z frustracji sięgającej dalej i głębiej niż poszukiwanie zleceń dla mojej firmy. Powstał przede wszystkim z frustracji wszechobecnym językowym niedbalstwem, na które w sytuacjach oficjalnych – a taką jest sytuacja kontaktu firmy z klientem – absolutnie nie powinno być miejsca.

Wiosna, czy ki diabeł?

Zupełnie nagle się okazało, że ciągle imprezujemy. Sobota – Beltaine, niedziela – urodziny Mamy, czwartek – tramwaj, piątek – posiadówka u Pala, sobota – blipognisko, niedziela – imieniny Mamy. Przyszły tydzień wcale nie wygląda lepiej. Kain zaczyna mówić o przeprowadzce na bezludną wyspę. Ja jestem zmęczona i szczęśliwa.

Żeby to jeszcze było tak, że lecimy w te pędy na każdą możliwą imprezę, ale wcale nie. W ogóle w tym tygodniu planowaliśmy tylko ognisko, ale jak tu nie spotkać się z dawno nie widzianym znajomym? I jak tu nie iść na balangę w tramwaju? Niedługo będziemy musieli zapisywać sobie w kalendarzu te dni, w które na pewno nigdzie nie wychodzimy.

Prócz imprez są inne przypadki losowe: a to popilnować jakichś dzieci trzeba, a to znów ktoś z rodziny ma jakieś święto, a to koleżanka robi happening i trzeba jej pomóc, a ja mam czas przecież. Znaczy już nie mam. Niniejszym ogłaszam, że na ten tydzień jestem już załatwiona, więc jeśli ktoś coś, to najwcześniej w następny poniedziałek. Chyba, że macie dla mnie robotę, to rzucę wszystko i będę pisać.

A na blipognisku było między innymi tak:

Tramwaj nazwany Absolutem

O ludzie, ale była impreza.

Instytut Filozofii UW (w osobie Pawła Leszczyńskiego;) w ramach Juwenaliów wymyślił sobie wynajęcie tramwaju. Wiedziałam o tym, ale w ogóle o tej imprezie nie myślałam, dopóki Izu nie poruszyła tematu w rozmowie. Wtedy się okazało, że ani ja, ani Kain nigdy nie byliśmy na imprezie w tramwaju i chętnie pójdziemy. No więc wlałam butelkę rumu do coli, wrzuciłam do pudełka sałatkę, com ją miała akurat w lodówce i poszliśmy.

Dwa wagony. Kupa luda. Muzyka i światła. Jeździliśmy od pętli do pętli, tańcząc i machając do ludzi, przebiegaliśmy na przystankach z wagonu do wagonu, gadaliśmy ze znajomymi i nieznajomymi. Za którymś razem na pętli studenci postanowili ochrzcić tramwaj tak, jak się to robi ze statkami. Nasza maszyna otrzymała dumne i bogate w głęboką treść imię: Absolut, wypiliśmy szampana i popłynęliśmy, pardon, pojechaliśmy dalej.

Po zakończeniu jazdy impreza była radośnie kontynuowana w Śnie Pszczoły (uwielbiam nazwy klubów na Pradze!). Było świetnie. Z tego miejsca wielki buziak dla Filozofów i szacun dla Pawła. Nie wiem tylko, czemu ta balanga odbywała się w środku tygodnia, no ale umówmy się, że darowanemu tramwajowi się w zęby nie zagląda ;)