Miesięczne archiwum: Czerwiec 2010

Aaaaaaa!

Minął ponad miesiąc i ponowne spotkanie mogło być:

a) wielkim niewypałem, kiedy siedzi się w skrępowaniu i nie wie o czym rozmawiać, i czas tak wolno mija
b) miłą pogawędką o życiu – z perspektywą kolejnych miłych rozmów, a może nawet przyjaźni
c) miłą pogawędką o życiu, ale z myślą w tyle głowy, że jednak nie ma po co i to chyba ostatnie spotkanie
d) spotkaniem z kimś tak naprawdę zupełnie obcym.

Nie było żadnym z powyższych. W głowie jedno słowo, na literę podaną w tytule.

Jeśli ktoś widział mój mózg, uprasza się o trzymanie go na razie w jakimś bezpiecznym i odległym miejscu.

Czyżby miało się udać?…

Rozdzwoniły się telefony. Zapycha się skrzynka mailowa. Znajomi i nieznajomi: że tu szukają, tam potrzebują, jaki masz cennik, ile by kosztowało, fanpejdża, scenariusz, stronę, to, tamto. Nie wiem, czy najpierw aktualizować profil jednej firmy, czy pisać do znajomej, jak stoimy z drugą firmą, czy zwiedzać pewien portal, bo może współpraca, czy przekopywać się przez tonę materiałów od potencjalnego-ale-prawie-na-pewno-klienta. Tonę w pomysłach. Wszystko trochę palcem na wodzie pisane póki co, bo z każdym trzeba się dogadać, zapoznać z tematem, podpisać umowę, coś tam jeszcze. To wszystko trwa, przeciąga się, a ja przeskakuję z tematu na temat, jedną ręką piszę maila, drugą rysuję schematy, trzecią wrzucam zdjęcia, czwartą czytam materiały… Piątą i szóstą gotuję, sprzątam, robię makijaż i tak dalej, sami rozumiecie.

Na razie nic nie wiadomo. Ale pomału, po cichu, szeptem mogę wyrazić nadzieję, że po miesiącach chudych nastąpią tłuste, a po etapie odpoczynku etap wytężonej pracy. Życzcie mi tego, moi Drodzy, i trzymajcie kciuki.

Update:

Za to hiobowe wieści wyprzedzają jedna drugą. Aż się trochę boję, co dalej. Zły sezon :/

Weekend na działce

Rodzice Szwagra mają fajną działkę kawałek za Zegrzem. Jest las, rzeka, ogród i w ogóle wszystko, co trzeba. Raz na jakiś czas Siostra z mężem zapraszają i wtedy zawsze psuje się pogoda – w sumie tylko czekać, aż zabronią mi przyjeżdżać, żeby mieć choć kawałek słońca ;)

Tym razem zrobiliśmy ognisko, trochę poślubne, a trochę świętojańskie, ale najbardziej – kameralne, kiełbaskowe, piwne i rodzinne. Jako rozpałka świetnie posłużyły stare sanki. A przed i po ognisku był badminton, gotowanie na butli gazowej, mycie głowy pod pompą, leżenie na hamaku, dziecięce przytulanki i kłótnie, kawa pita leniwie pod gołym niebem… Od badmintona mnie i Harrego bolą ręce (obie prawe), Najmłodsza narzekała na bark, a Kainowi, który odbijał lotkę bite dwa dni, nic nie jest.

Po powrocie okazało się, że na nic nie mam czasu. I tyle na razie na ten temat, bo czasu nie mam ;-)

Zdjęcia zrobiła Haruko.

Żarcie sezonowe

Królowa Nocy w swoim niedawnym poście pisze o tym, że ostatnio żywi się głównie warzywami i owocami. Och, jak ja ją rozumiem! Z chwilą, kiedy pojawiają się pierwsze sezonowe warzywa, każda chwila spędzona na jedzeniu czegoś innego wydaje mi się chwilą bezpowrotnie straconą, którą powinnam była poświęcić na jedzenie tychże. Bo przecież kotlety, zapiekanki czy ciastka mogę jeść cały rok, a tylko teraz są młode ziemniaki, młoda kapusta, truskawki, czereśnie, dobra i tania cukinia, pachnące pomidory, bób, fasolka szparagowa, zaraz będą maliny, jeżyny, kukurydza…

Nie jestem mistrzem sałatek (choć od dziś będę robić caprese!), ale robię dobrą młodą kapustę, chłodnik, rozmaite duszone warzywa, nauczyłam się robić małosolne ogórki i uwielbiam wychodzić z warzywniaka z wyładowaną torbą, zapłaciwszy za zawartość tej torby grosze. Na grilla w weekend wzięłam pieczarki i cukinię (choć mięso też było). Czereśnie i truskawki zamierzam pożerać kilogramami, póki czas. I zanim przyjdzie jesień, chcę napakować się witaminami po czubek głowy, ile wlezie, żeby potem starczyło na cały ten długi czas do następnego lata.

Wierszyk z przedszkolnego przedstawienia:

„Żabie kłopoty”

Pewna żaba, chociaż miła,
zmywać naczyń nie lubiła
i mówiła tak z przejęciem:
– Oj, okrrropne to zajęcie,
wolę z boćkiem jeść śniadanie,
niż na głowie mieć zmywanie!

W kuchni tworzy się bałagan
i mąż żabkę co dzień błaga:
– Moja żabciu, zmyj naczynia,
patrz co w kuchni się wyczynia!

Żabka na to mu odpowie:
– Mycie naczyń psuje zdrowie,
nie daj boże się ochlapię
i paskudny katar złapię!

Już sąsiadki proszą żabkę:
– Weź zmywaczek, żabko, w łapkę,
drugą łapką chwyćże talerz!
Na to żabka skrzeczy:  – Ależ!
Jeśli o zmywanie chodzi,
to mi na urodę szkodzi!

Mąż ją prosi, przekonuje,
ale nic już nie skutkuje…
– Przyczepili się jak rzepy,
a do naczyń trzeba krzepy,
żeby zmywać trzeba siły,
sam pozmywaj, mężu miły!

Brudnych naczyń sterty rosną…
Może tak pozmywać wiosną?
Deszczyk wiosną często bywa,
przy okazji niech pozmywa!

Mąż wyłysiał ze zgryzoty!
– Zmywasz, żabciu moja?
– Co ty! Ani o zmywaniu myślę,
najpierw chcę się kąpać w Wiśle,
po kąpieli pogadamy,
może razem pozmywamy?

Lecz jak wyszła, tak zginęła,
żabka Wisłę przepłynęła,
prosto na zielone łąki,
by tam wreszcie zbijać bąki!

Mąż zaś rzekł: – Przebrała miarkę!
Pora kupić mi zmywarkę,
co pozmywa i nie skrzeczy!
Ot i koniec całej hecy!

(Mariusz Niemycki)

Blondynka do niczego.

Czego nie tknę, to schrzanię.

Nadaję się do: spania, imprezowania, grania w głupie gry i czytania książek. Do reszty ni w ząb. Nie wiem, nie ogarniam, nie umiem. Pisanie idzie mi jak po grudzie. Mam temat, który mi zupełnie nie leży. Przez pół roku pisałam coraz to nowe teksty o tej branży i już naprawdę nie mogę. Dwa dni – osiem akapitów, porażka.

W domu bałagan. Trochę ogarniam, trochę piorę/chowam/wycieram, ale nie mam do tego zapału. Właśnie wzięłam się za zmywanie i w idiotyczny sposób stłukłam kieliszek. Zgoda, to są bardzo cienkie kieliszki i już i tak długo wytrzymały, ale kurde. Niewiele wcześniej, zdejmując z tablicy kolczyki, które chciałam założyć, upuściłam jeden z nich. Upadł nie na podłogę, a na stare żaluzje, które leżą pod ścianą, bo od jesieni nie mogę się zdecydować, czy je wyrzucić. Czubek szklanego kolczyka odłamał się i ze środka wysypał się piasek z szalenie egzotycznej wyspy gdzieś na końcu świata (jak dla mnie przynajmniej). W ten sposób już nie mam pięknych pamiątkowych kolczyków, otrzymanych od kogoś, kto już nie utrzymuje ze mną kontaktu.

W domu ciemno, bo na niebie chmury i deszcz. Może jestem meteopatą czy coś i stąd ten nagły dołek. Ale bądźmy szczerzy – od tygodni robię niewiele. Gotuję (nie zawsze), piorę (nie codziennie), niemrawo szukam zleceń (coś tam się klaruje, ale zdecydowanie za mało).  Nie robię makijażu. Siedzę przy komputerze albo z książką i czuję, jak czas przecieka mi przez palce. Dziś chciałam wstać wcześniej i się ogarnąć: wziąć prysznic zamiast godzinnej kąpieli, pracować od rana, odkurzyć mieszkanie.

Dupa, proszę państwa.

Noce czerwcowe nie są po to, by spać

„Ja jestem noc czerwcowa,
królowa jaśminowa,
zapatrzcie się w moje ręce,
wsłuchajcie się w śpiewny chód.

Oczy wam snami dotknę,
napoje dam zawrotne
i niebo przed wami rozwinę
jak rulon srebrnych nut.

Oplącze was to niebo,
klarnet uczynię z niego
i będzie buczał i huczał,
i na manowce wiódł.

Ja jestem noc czerwcowa,
jaśminowa królowa,
znaki moje są: szmaragd i rubin,
a pieśń moja silniejsza niż głód.”


Całość tutaj.

Laaatooo!

Upał. 30 stopni. Skwar. Gorąco. Patelnia, piec, opływanie potem.

Uwielbiam to.

Oczywiście uwielbiałabym  bardziej na jakiejś plaży i ze zbiornikiem wodnym w pobliżu, ale i tak jest świetnie. Piję zimne napoje, jem lody i arbuza i trochę zazdroszczę ludziom klimatyzacji w biurach. Ale tylko trochę.
Jedyne, co doprowadza mnie do szału, to komunikacja miejska. Podróż tramwajem albo autobusem przy tej pogodzie to wyrafinowana tortura. Ubrana w najlżejszą posiadaną przez się szmatę, z butelką wody w ręku, stoję – na siedząco jest gorzej, bo nie czuć powiewu z okien – i usiłuję czytać kryminał. Co drugie-trzecie zdanie przerywa mi kap… kap… kap… To krople potu spływają wzdłuż uda, łydki, kostki i spadają na podłogę. 15 minut jazdy do centrum trwa sto lat, bez kitu.

Od dziś chodzę piechotą.

Z ciekawostek – adoptowaliśmy drzewko.  Granatowiec, który obecnie ma trochę ponad metr wysokości, będzie z nami mieszkał dwa lata, a po tym czasie oddamy go tam, skąd wzięliśmy, czyli do pałacu w Wilanowie. Zostanie posadzony w oranżerii i otrzyma plakietkę z moim nazwiskiem. Tymczasem nazywa się Dżordż Busz i mieszka na balkonie.

Inicjatywę muzeum uważam za świetną. „Rodzice adopcyjni” otrzymują kartę, która upoważnia do darmowego wstępu na teren parku, możliwość bezpłatnej przejażdżki łódką (niestety nie mieliśmy tyle czasu, żeby skorzystać) i pełne wsparcie merytoryczne – jest strona internetowa, kontakt mailowy i spotkania hodowców. Tak więc istnieje szansa, że nasz Dżordż nie zmarnieje i za dwa lata będziemy mogli z dumą przekazać muzeum porządne drzewo. Akcja ma być powtórzona za rok, więc jeśli to kogoś interesuje, to można śledzić stronę muzeum albo profil na facebooku.

A granatowiec, zwany przez nas także granatnikiem, wygląda na razie tak:

Święta trójca* w Stuwieżnej

Tytuł bezwstydnie ukradziony Zubilowi. Lepszego nie wymyślę.
Święta trójca to Izu, Kain i ja. Z przewagą trójcy raczej, niż świętości.

Jestem Polką i kocham mój kraj. Dlatego wizyta w czeskiej Pradze prócz tego, że była zachwycająca, zostawiła mi w duszy pewien smutek.
Bo tak: w Pradze woda w kranach jest smaczna, z gór poprowadzona, zdrowsza niż niejedna mineralna z butelki. W Pradze piwo jest tańsze i lepsze, i wolno je pić w miejscach publicznych, a mimo to nie widuje się jakoś grupek pijanych wandali. Każdy pracownik niższego szczebla zarabia wystarczająco, żeby sobie zjeść obiad w knajpie, jeśli mu się akurat nie chce ugotować. W każdym Albercie stoi maszyna do oddawania butelek i żadna kasjerka nie patrzy krzywo, że masz ich za dużo albo z innego sklepu. Stoją też młynki do kawy, co mnie ostatecznie rozłożyło, bo jeśli już kawa, to tylko dobra i świeża. Na gotowych kanapkach obok daty ważności jest napisane, jaki to dzień tygodnia – taki drobiazg, a jak ułatwia życie. Ochroniarz na dworcu zatrzymał nas w drodze do kolejki po bilet i wskazał inną, pustą kasę, żeby nam było łatwiej i szybciej. I tak dalej.

W dodatku pierwsze słowa, jakie usłyszeliśmy od czeskiej pani konduktor, tuż po tym, jak nam z uśmiechem sprzedała bilety, brzmiały: – „Zaraz będziemy mieli tam z tyłu pusty wagon, to sobie idźcie tam i usiądźcie.” Pierwsze zaś, co w drodze powrotnej rzekł do nas konduktor polski (tuż po tym, jak Izu otworzyła drzwi, żeby go zapytać o bilety), brzmiało:  -„No i takie, kurrrwa, otwieranie i zamykanie!”

Poza tym było cudnie. Cztery dni w gościnie u Zubila, który  po pierwsze zna chyba na pamięć historię tej części Europy wraz z szerokim kontekstem kulturowym (nie pamiętam jednej dziesiątej tego, opowiadał nam podczas zwiedzania miasta), po drugie robi fantastyczne śniadania, po trzecie jest niesamowicie pozytywnym człowiekiem, dzięki czemu cały wyjazd był kolorowy, ciepły i magiczny. Cztery dni picia czeskiego ciemnego piwa – hell yeah! I łażenie po Pradze, która jest drugim najpiękniejszym miastem świata (choć widziałam tylko dwa zagraniczne, więc nie powinnam się wypowiadać). Zakochałam się w niej podczas pierwszej wizyty i teraz spotkałam się z nią ponownie, z przyjemnością odkryłam, że dalej się lubimy i pogłębiłam znajomość. Miasta są jak ludzie.

Kainowi Praga się podobała, szczególnie zadowolony był z dobrego piwa i tego, że można je legalnie pić nad Wełtawą lub w pociągu. Ciąganie po kościołach i cmentarzach zniósł dzielnie. Z tego miejsca nie przepraszam, że trzeba było mnie siłą wyciągać z katedry św. Wita, która mnie urzekła, podbiła i zawłaszczyła. Nadal nie wiem, jakim cudem nie padłam tam na kolana i nie przyrosłam tymi kolanami już na zawsze. Pewnie tylko dlatego, że wówczas modlitwa, jaką wzniosłam, nie miałaby szans się spełnić.


W fotograficznym skrócie: