Miesięczne archiwum: Lipiec 2010

Copernicon

Ludzie kochani. Po czasach, kiedy to ja babrałam się w imprezach kulturalnych, najwyraźniej przyszła pora na Bluszczyka. Dziewczyna współorganizuje festiwal fantastyki w Toruniu. Zapowiada się, nie powiem, bardzo ciekawie.

Jeśli jesteście zainteresowani współpracą, chcielibyście na przykład wystawić swoje prace na festiwalu lub w jakiś inny sposób wziąć w nim udział, zapraszam Was na blog Bluszczyka lub bezpośrednio na jej profil na Facebooku.

Będzie też miło, jeśli zechcecie pomóc w rozreklamowaniu Coperniconu. Tutaj macie banerki.

Strona festiwalu: copernicon.pl, dostępna także przez widget po prawej stronie bloga.

.

Kiedyś serce mi wybuchnie i sama sobie będę winna.

Tymczasem uczę się, że nie można mieć wszystkiego, choć zapewne powinnam była przyswoić tę wiedzę w dzieciństwie, za PRL-u. Dochodzę także do wniosku, że czasem to, co dostajemy w zamian, jest dużo lepsze. Wkładam do kieszeni biały kamień, cień wielkiej góry, i idę na spotkanie dnia. Bez niepotrzebnych komplikacji, z wiszącą w powietrzu obietnicą pięknej przyjaźni. Jest dobrze.

Poza tym wyjeżdżamy (uwielbiam) na Woodstock (uwielbiam). Cztery dni wakacji, luzu i zabawy.  W zeszłym roku było fantastycznie i spodziewam się, że w tym też tak będzie. Bierzemy więc namiot, śpiwory, aparat i pozytywne nastawienie, klucze podrzucamy mojemu bratu i tyle nas widzieli.

To znaczy wieczorem, bo na razie trwają przygotowania. Wracamy w poniedziałek.

Przyjacielu, pomóż sobie sam

Mam pewną grupę znajomych – niekoniecznie znających się nawzajem – permanentnie nieszczęśliwych. Są to osoby, którymś coś w życiu nie idzie, samotne lub w związkach, w których jest im źle; albo niezadowolone ze swojej pracy, kondycji, wyglądu lub czegoś jeszcze  innego. Jako osoba z natury życzliwa wysłuchuję, doradzam, pocieszam, komplementuję – i coraz mocniej dociera do mnie, że cała para idzie w gwizdek. Mimo największych starań nie jestem w stanie zmotywować kogoś do działania, do którego on sam nie ma motywacji. Nie znajdę za nich lepszej pracy, nie pójdę za nich do terapeuty, nie ulepię im z gliny i magii partnera idealnego, nie odchudzę się za nich – a nade wszystko nie zmienię za nikogo sposobu myślenia.

Nikt tego za Was nie zrobi, ludzie. Musicie sami się sobą zająć. Ruszyć dupę i coś zrobić, zamiast siedzieć i godzinami analizować każdą swoją własną myśl i nastrój. „Czy to, co czuję, jest dobre? Czemu pomyślałem tak, a nie inaczej? Dlaczego miałam takie skojarzenie?” No doprawdy! Jeśli macie depresję, idźcie ją leczyć, jeśli macie kiepską pracę, to ją zmieńcie, jeśli wybieracie złych partnerów, to bądźcie solo – działajcie, do cholery. Sami, według własnego uznania i z wiarą, że to, co czujecie i myślicie, jest OK. Odpępnijcie się od rodziców, od byłej, od ciągłego oceniania przez ludzi – i zacznijcie żyć.

Na start mała podpowiedź:

P.S. Zawsze byłam lepsza w kopaniu w dupę, niż głaskaniu po główce. Nie przepraszam.

Gorąco

Po raz pierwszy w życiu jest mi słabo od upału. Po raz pierwszy wolę przebywać w cieniu, niż na słońcu i nie ciągnie mnie latem na dwór (w domu jest o te dwa stopnie chłodniej).  Pierwszy raz biorę zimne kąpiele w wannie i zimny prysznic – zawsze, nawet latem, myśl o polewaniu się zimną wodą budziła we mnie natychmiastowy i głośny sprzeciw. Zamiast zaczynać dzień, jak zawsze, od gorącej herbaty – zaczynam od mrożonej kawy. W lodówce zawsze mam dzbanek herbatki rozpuszczalnej, w nocy przykrywam się mokrym prześcieradłem albo niczym, a za najlepszy wynalazek sezonu uważam sorbety Grycana – zwykłe lody są za słodkie i za ciężkie. Na obiad najchętniej jadłabym również sorbet albo chłodnik, ale posiadanie w domu mężczyzny uniemożliwia mi takie dziwactwa. Wychodząc z domu staram się zawsze mieć ze sobą butelkę wody, najlepiej prosto z zamrażalnika. Zasłaniam okna w dzień – ja! – żeby mieszkanie nie nagrzewało się od słońca.

O co się założycie, że za miesiąc, kiedy pojedziemy na urlop, będzie zimno i brzydko?

Nowe hobby: geocaching.

Geocaching to zabawa terenowo-internetowa. Polega – w uproszczeniu – na ukrywaniu w terenie tak zwanych skrzynek, które inni uczestnicy zabawy mogą następnie odnajdywać na podstawie współrzędnych i różnych podpowiedzi. W niektórych znajdują się geokrety, czyli najczęściej małe zabawki, zarejestrowane w internecie i wędrujące od skrzynki do skrzynki po całej Polsce i nie tylko. Kiedy zarejestrowaliśmy się na polskiej stronie opencaching.pl, okazało się, że w promieniu kilkuset metrów od naszego domu jest kilka takich skrzynek, a kolejne gęsto rozmieszczone w całym mieście, także w miejscach, gdzie często bywamy.

Właśnie weszłam na tę stronę i wsiąkłam na pół godziny, zamiast pisać. Ale już wróciłam. Skrzynki są różne różniste i prócz tradycyjnych bywają mobilne, wirtualne lub wymagające rozwiązania zagadki. Czasem trzeba się po nie wybrać w nocy, kopać w ziemi, wchodzić do piwnic lub spełniać dodatkowe warunki, jak na przykład kupienie dzieciom podwieczorku albo zaśpiewanie piosenki przy pomniku Osieckiej. A czasem wystarczy przejść obok kawałka ściany i niepostrzeżenie wyjąć z dziury malutki pojemniczek. W każdym razie zabawa jest przednia, satysfakcja ogromna, a i korzyści intelektualne są, bo zazwyczaj skrzynki umieszcza się w miejscach z jakiegoś powodu ważnych lub ciekawych.  Już mam pomysł na parę własnych, ale zaczekam, aż nam jakaś znacząca liczba znalezionych stuknie ;)

W zabawę wciągnął mnie Harry, który też odkrył ją niedawno.

Poeta w czasie pisania

„Poeta w czasie pisania
to człowiek odwrócony
tyłem do świata
do nieporządku
rzeczywistości

Poeta w czasie pisania
jest bezbronny
łatwo go wtedy zaskoczyć
ośmieszyć przestraszyć

wynurzył się
wyszedł ze świata
zwierzęcego
na wędrownych piaskach
widać ślady jego ptasich
nóżek

z oddali dochodzą jeszcze
głosy słowa
ziarnisty śmiech
kobiet

ale nie wolno mu
spojrzeć
za siebie

wyrzucony na powierzchnię
pusty poniewiera się
po mieszkaniu

zakrywa twarz
na której maluje się
zdumienie
błąka uśmiech

jeszcze nie potrafi
odpowiadać
na najprostsze pytania

słyszał oddech wieczności
przyspieszony
nieregularny”

Tadeusz Różewicz

Dzikuska

„Za horyzontem wielka korona gór, na karoserii różowieje kurz, otwierasz dach, w rękę łapiesz wiatr…” Tak, wiem, dopiero wróciłam.


Kocham wyjeżdżać. Pociągiem, samochodem, autobusem, wszystko jedno. Droga przede mną, w słuchawkach zazwyczaj Eddie Vedder, a gdzieś tam u celu – odskocznia, samotnia lub niezwykłe towarzystwo, inna skala problemów, nowe widoki, zapachy, smaki. Zawsze spotyka mnie coś cudownego. W Bieszczadach w środku czerwcowej nocy poznałam człowieka, który co roku schodzi pieszo szlaki dłuższe, niż mogłam sobie wyobrazić. Na Helu zobaczyłam fale, które płyną z dwóch stron i zderzają się ze sobą u szczytu półwyspu. Nad Narwią mój siostrzeniec zacisnął mi ciepłe łapki wokół szyi i powiedział: „kocham cię, ciociu” tak słodko, że przebiło to wszystkie jego poprzednie akty czułości. W Krakowie zakochałam się na zabój. W Paryżu, w Pradze, w Serwach, w Wilkasach – wszędzie działo się coś wspaniałego.

Lubię wszystkie etapy wyjazdu – planowanie, pakowanie, zawiadamianie wszystkich, że mnie nie będzie, drogę – tak samo, jak sam pobyt gdzieś tam na miejscu. I wiecznie mnie ciągnie w drogę, tyle rzeczy chcę zobaczyć, do tylu wrócić, a przede wszystkim po prostu wyjechać, odjechać. Mawiam, że moi mężczyźni zawsze byli dzikusami, w razie dyskomfortu uciekającymi do najbliższego lasu. Ale to ja sama jestem dzikuską, potrzebuję podróży, zmian, kontaktu z naturą. Zamknięta na małej przestrzeni warczę i gryzę. Łatwo mnie zagłaskać na śmierć. Łatwo podejść za blisko i naruszyć moją potrzebę miejsca wokół. Muszę biec, muszę iść, być mobilna i wolna. Szybko się nudzę, a znudzona – męczę siebie i innych.


Kocham wracać. Stęskniona przekraczać próg własnego domu, wdychać znany zapach, witać koty. Brać pierwszą od dawna kąpiel we własnej wannie, spać nareszcie w swoim łóżku. Jeśli wyjeżdżam sama, kocham wracać do mojego mężczyzny, nareszcie być blisko. Lubię przejmować stery z powrotem i przywracać porządek. Siadać do komputera i znów robić to samo, co przedtem. Aż do następnego wyjazdu…

Nuta na dziś

when i was six years old my sister alyson
asked for a stove for her birthday
a miniature one you could actually cook with
and my mom was nice and she bought one

alyson needed a reason to bake something
barged in my room and she grabbed me
she said:
„i made a cake and we’re going next door
to sam weinstein’s and you’re getting married”

the cake was burned
it tasted gross
she made me kiss him
on the mouth

now i am 33
unmarried happily
no plans in life and i’m planning to keep it that way
i do kissing with only one mission
do you like to kiss? then you have my permission

and i have already spent too much time
doing things i didn’t want to
so if i just want to make out all the time
you can bet your black ass that i’m going to

when i was nine i was kind of a loser
the kids in my class didn’t like me
melanie chow was the meanest of all
and my mom made me go to her party

nobody talked to me i sat there quietly
drawing with crayons on a napkin
a picture of melanie skewered with a pitchfork
her legs getting eaten by lions

the cake was good
i took some home
i had a party
in my room

now i have friends and i’m not such a loser
but i go to bars all alone and i sit there
and order red wine and i write and i like being alone around people
yes that’s how i like it

and i’ve already spent too much time
doing things i didn’t want to
so if i wanna sit here and write and drink wine
you can bet your black ass that i’m going to

yes i come here often
sure i’ll have another one
yes i come here often
sure i’ll have another one
but i don’t have to talk to you

when i was 17 i was a blowjob queen
picking up tips from the masters
i was so busy perfecting my art i was clueless to what they were after
now i’m still a blowjob queen (far more selectively)
i don’t make love now to make people love me
but i don’t mind sharing my gift with the planet
we’re all gonna die and a blowjob’s fantastic

and

when i was 25 i was a rock star
but it didn’t pay too well i had to strip on the side
of the road to get ready for shows and the cars driving by
baby they’d never know
what a bargain they’d gotten
and if i’m forgotten
i’m perfectly happy with all that has happened
and i still get laughed at but it doesn’t bother me
i’m just so glad to hear laughter around me

and i’ve already spent too much time
doing things i didn’t want to

so if i want to drink alone dressed like a pirate
or look like a dyke
or wear high heels and lipstick
or hide in a convent
or try to be mayor
or marry a writer
smoke crack and slash tires
make jokes you don’t like
or paint ducks and retire

YOU CAN BET YOUR BLACK ASS THAT I’M GOING TO

Życie to nie je bajka

Drodzy Czytelnicy,

oczywiście nie będę już do końca istnienia bloga pisać nudnych bajek.  To była taka próba: „co by było, gdybym zmieniła założenia moich wpisów”. Blogi, jak wiadomo, mogą bowiem być prowadzone w różny sposób i w różnych celach: literackie, populistyczne, nastawione na sławę i chwałę albo takie nie wiadomo po co, bo ani autor nie opisuje swojego życia, ani nie tworzy nic nowego.

Mój blog pomyślany był od początku jako primo: miejsce do sublimowania frustracji (jak mnie coś wpieni, to żeby się wyżyć), a secundo – jako miejsce komunikacji z przyjaciółmi, żeby każdy mógł sobie zajrzeć i poczytać, co u mnie. Jak już kiedyś pisałam, początkowo nie zawierał niektórych wątków z mojego życia, ponieważ mój Ówczesny raczej by sobie tego nie życzył. Teraz jest nieco inaczej i ku mojej ogromnej przyjemności mogę pisać wszystko o wszystkim – hamuje mnie jedynie poczucie dobrego smaku, a i to nie zawsze.

Bądźcie zatem spokojni – to się raczej nie zmieni. Od następnej notki wszystko wróci do normy ;)