Miesięczne archiwum: Sierpień 2010

Rodzice dorosłych dzieci

Na samym wstępie chciałabym zaznaczyć: jestem stronnicza. Tak, znam tylko jedną stronę medalu, tak, patrzę na problem tylko z jednego punktu widzenia (racja jest jak d***, każdy ma własną). Nie, nigdy nie rozmawiałam o tym z kimś, kto jest po drugiej stronie. Może kiedyś to mnie albo mojej przyjaciółce, kumplowi, bratu ktoś wytknie to samo, co ja wytykam teraz. Ale teraz znam tę jedną stronę i moja opinia jest mocno ugruntowana.

A mowa o stosunkach między rodzicami, a dorosłymi dziećmi. Zdecydowana większość moich znajomych ma różnego rodzaju problemy z tego powodu. Najpopularniejszym z nich jest brak poczucia własnej wartości – wynikający z tego, że rodzice są wiecznie niezadowoleni. Matki wyzywają swoje dorosłe córki i synów od egoistów, złych dzieci, złych rodziców (jeśli ci mają własne dzieci), a niekiedy nazywają – zwłaszcza córki – znacznie gorzej.  Ojcowie zazwyczaj – przepraszam za generalizowanie – w ogóle się nie odzywają, a jeśli, to po to, by podkreślić swoją władzę: wchodząc w słowo, stając w agresywnej opozycji do tego, co syn lub córka właśnie powiedzieli, ewentualnie nawołując do szacunku dla rodziców. Brakuje za to szacunku do człowieka, jakim jest ich dziecko i normalnego, partnerskiego  stosunku, jaki powinien istnieć między dorosłymi ludźmi. Jest absolutny brak akceptacji, wieczny foszek, pretensje o autonomiczność, o własną, dojrzałą opinię – o dorosłość.

Znam ludzi około trzydziestki, którzy prowadzą podwójne życie, żeby nie prowokować konfliktu z rodzicami. Zam rodziców przekonanych, że ich dziecko co niedzielę chodzi do kościoła, choć jego noga nie stanęła tam od lat. Znam takich, którzy o życiu swojego dziecka nie wiedzą nic albo bardzo niewiele, bo owe dorosłe dzieci chronią przed nimi swoją prywatność za wszelką cenę. Znam ludzi nasyłających na swoje dorosłe dzieci policję po telefonicznej kłótni, szpiegujących, straszących zawałem serca, wymyślających niestworzone rzeczy. Znam osoby po studiach, dorosłe, niezależne, które biorą ślub tylko ze względu na rodziców albo które nie są w stanie swoim rodzicom odmówić żadnej przysługi, choćby wymagała kompletnej reorganizacji planu dnia dla zupełnego drobiazgu, w obawie przed awanturą i szantażem emocjonalnym. Ani trochę im się nie dziwię, bo widziałam też te awantury i szantaże.

I za każdym razem, kiedy uspokajam roztrzęsioną koleżankę po rozmowie z mamusią, kiedy tłumaczę koledze, żeby nie brał tak do siebie słów tatusia, kiedy kolejna bliska mi osoba faszeruje się lekami uspokajającymi albo trzyma się za bolący z nerwów żołądek przed wizytą u rodziców, trafia mnie cholerny szlag. Czy ci ludzie nie mogą po prostu kochać i akceptować swoich dzieci? Czy nie powinni ich wspierać w ich dorosłym życiu, zamiast na każdym kroku rzucać im kłody pod nogi? Czy nie mogą ich szanować? Nazwijcie mnie bezdzietną idealistką, ale to mi się w ogóle w głowie nie mieści: jak można nie akceptować i nie szanować własnego dziecka?…

Tydzień miodowy

Wyjazd do Bukowiny Tatrzańskiej poważnie zachwiał moim systemem wartości. Po pierwsze, jest to jedno z najpiękniejszych miejsc, w jakich byłam i jedno z trzech, w jakich pragnęłabym zamieszkać, przy czym poprzednie dwa to rezerwat i się nie da. Nie żeby to był jakiś konkretny plan – ot, po prostu chcę już zawsze pić poranną kawę patrząc na tę panoramę. O tę:

To tylko fragmenty… Byliśmy w dwóch miejscach, które słyną z widoków, ale ten z huśtawki za domem jest najlepszy.

Po drugie, Tatry są bardzo, bardzo piękne. I może, jak to ujął A., nie są user friendly,  ale pokochałam je natychmiast. A naprawdę nie wiem, czy mogę kochać na raz Tatry i Bieszczady. Czuję się zagubiona ;)

Po trzecie okazało się, że mój mąż nie jest górołazem. Zaciągnięty na szlak cieszy się wprawdzie z widoków i z mojego entuzjazmu, ale w zasadzie wolałby zostać na nizinach. Ustaliliśmy zatem, że w przyszłości będziemy jeździć razem w rejony raczej od gór odległe, a swoją pasję oglądania świata ze szczytów będę zazwyczaj spełniać w innym towarzystwie. Co ma tę zaletę, że, chcąc nie chcąc, zobaczę w życiu coś więcej, niż kolejne górskie szlaki, no ale rozumiecie moją konsternację.

Poza tym było cudownie.  Spędziliśmy tydzień oderwani od wszystkiego, tylko we dwoje (no, do pewnego momentu, ale nie narzekam;), skupieni na sobie i na pięknych widokach wokół. Ogromnie ciężko mi teraz wrócić do normalności. Powroty z gór do miasta zawsze mnie rozwalają. W dodatku kończy się lato, czuć to nie tylko w temperaturze, ale i w zapachu powietrza. A ja patrzę na odcień swojej skóry w lustrze i z prawdziwą przykrością myślę o zimowej bladości.

To było dobre lato, długie i gorące, pełne dobrych zdarzeń i ciekawych podróży. Oby następne było podobne.

Blogday 2010

Blogday to jeden dzień w roku, w którym blogerzy polecają sobie nawzajem inne blogi. Zasada jest taka, że należy podać pięć linków do odwiedzanych, lubianych blogów, najlepiej nie związanych tematyką z własnym. Postaram się, jakkolwiek najchętniej czytam blogi podobne do mojego, to znaczy o niczym konkretnym.

1. Sykofanta. Ten link na pewno spełnia kryterium, jest to bowiem blog o jedzeniu – z technicznego punktu widzenia. Sykofanta z pasją analizuje i opisuje różne aspekty naszej diety. Czasem te wywody są dla mnie zbyt skomplikowane, ale  zazwyczaj czytam z zainteresowaniem o tym, co dla autora jest oczywiste, a dla mnie stanowi kuchenną czarną magię.

2. Zupa Cloudy.  Pełna smakowitości i będąca dla mnie niewyczerpanym źródłem składników do mojej własnej. Wyrafinowane obrazki z kobietami i nie tylko.

3. Alquana. Uwielbiam sposób, w jaki Alq pisze, i choć bardzo różnimy się pod prawie każdym względem, czytając ją dokładnie czuję, co chciała przekazać.

4. Marcelina. „Blog Kobiety Szczęśliwej”. Autorka jakiś czas temu zamknęła go, ponieważ w jej życiu nieco się pozmieniało, ale mimo to chciałam go Wam pokazać – ponieważ uważam, że był bardzo pożytecznym narzędziem do rozwiewania wątpliwości w związkach. Wpisy Marceliny są wyczerpującymi odpowiedziami na wszelkie pytania kobiet i mężczyzn o związek, uczucie, seks i parę innych kwestii.

5. Królowa Nocy. Wciąż mnie zdumiewa, kiedy zamieszcza notki wyjęte prosto z mojej głowy, zwykle uprzedzając mnie z jakimś nurtującym mnie tematem. Pisze z tą samą pasją, z którą ja żyję i uwielbiam ją między innymi za to.

Enjoy!

Kości zostały rzucone

Sama uroczystość, cóż, przebiegła po naszemu. Niektórzy nie dotarli na czas, inni wcale, jeszcze inni poruszali się wyłącznie trzymając mamę za nogę… My sami, o dziwo, dotarliśmy z odpowiednim wyprzedzeniem, odpowiednio ubrani, a nawet po śniadaniu.  Stres? No cóż, troszkę nam się trzęsły ręce, ale poza tym Kain na pytania, jak się czuje, odpowiadał, że spać mu się chce, a ja walnęłam przed wyjściem kieliszek cytrynówki i od razu się wyluzowałam. Jakkolwiek muszę przyznać, że większość wizyty w urzędzie pamiętam tak trochę jak przez mgłę. Nie przez cytrynówkę, trunek zacny, ale przez, co tu kryć, lekkie jakby nerwy.

Szczęśliwie żadne z nas nie pomyliło słów przysięgi, założyliśmy sobie obrączki na właściwe palce, nikt się nie potknął, nikt nie powiedział nic głupiego – wręcz nie wiem, jakim cudem się udało. Oraz podobno nasz rodzinny zegar, który od wielu lat nie chodzi, a nawet leży, zaczął tykać około południa. Czuję się pobłogosławiona przez duchy przodków.

Po ślubie zabraliśmy towarzystwo do domu na toast i tort. Zarzucono nas kwiatami i dobrymi życzeniami oraz przygnieciono mnie toną komplementów. Tort i sałatki dość szybko zniknęły bez śladu, ale szampana trochę nam zostawili ;)

W fotograficznym skrócie:

Ślubu dziś nie polecam, szanowna pani.

czyli jak Luca się stresowała przed zamążpójściem.

Bez kitu, ludzie, nie róbcie tego, jeśli nie macie naprawdę mocnych nerwów. Mała cywilna uroczystość dla najbliższej rodziny kosztowała nas takie nerwy, że omal się nie pozabijaliśmy nawzajem. Dwa dni przed ślubem wahałam między natychmiastową ucieczką w Bieszczady a użyciem ostrego noża. Na logikę nie sposób powiedzieć, co w tym takiego stresującego. Ot, zamówić tort, zawieźć dokumenty, zrobić manicure, przejechać się do fryzjera, kupić buty, posprzątać w domu, zrobić zakupy, przygotować jedzenie, zamówić taksówki, przypomnieć wszystkim termin i adres, załatwić  kwiaty, naładować baterie do aparatu, przywieźć kieliszki z Ikei i tak dalej, i tak dalej. Od wtorku jak mantrę powtarzałam sobie: „w czwartek o tej porze będzie po wszystkim”. Trochę pomagało.

Odbyłam też następujący dialog z Izu:
– Mam piosenkę na dziś i kolejne dni: „Alice” Avril Lavigne. Będę jej słuchać na okrągło.
– A co w niej takiego jest?
– „I’ll take a stand untill the end”.
– O Stara…

Druga piosenka tygodnia to była ta:

Wieczór panieńsko-kawalerski

Przyszli w piątek trzynastego. Trochę znienacka, to znaczy umówiliśmy się na picie z Izu i Zubilem, a przyszły prócz tego Królowa Nocy i Bagherra, atakując nas od progu eleganckimi strojami, czterema flaszkami wina, dwiema michami sałatek, kabanosami i bagietką. Co było robić – wbiłam się w kieckę, wyjęliśmy z lodówki martini i zaczęło się :)

Do wpół do czwartej nad ranem poszło i martini, i wina, i nawet kolejne trzy flaszki, po które w radosnych nastrojach wybraliśmy się do nocnego. Otrzymaliśmy praktyczne, przydatne w każdym domu akcesoria: jadalne majtki (wersja damska i męska), butt plug z mydła oraz mały bacik, który dla kontrastu z drugiej strony ma puszek do łaskotania/głaskania/sprzątania kurzu. Jako jeden z gwoździ programu wystąpiło także pudełko z ciastkami w kształcie piersi. Były z jakiejś galaretkowatej masy i się trzęsły.

Co było dalej, nie chcecie wiedzieć. Jedyne, czego żałujemy, to że Bagherra musiała wyjść wcześniej.

Z bogatej dokumentacji fotograficznej udało mi się wybrać kilka przyzwoitych zdjęć ;)

Tych, którzy jeszcze nie wiedzą…

…spieszę poinformować, iż w czwartek 19 sierpnia przestałam być osobą stanu wolnego, a stałam się mężatką :)

Plan powstał któregoś marcowego dnia. Miał to być ślub szybki i cichy, taki tylko dla nas. Z tym szybkim średnio wyszło, co do cichego zaś, to zgodnie z planem zaprosiliśmy tylko najbliższą rodzinę i, rzecz jasna, świadków. Prócz kilku bliskich przyjaciół wszyscy dowiedzieli się po fakcie, na specjalnie w tym celu zorganizowanej imprezie.

Tyle tytułem wstępu ;) Przez najbliższe dni będę publikować spóźnioną relację z tego miłego zdarzenia. Posty szkicowałam na gorąco, więc spodziewajcie się emocji! Tu opowiem jeszcze tylko historyjkę o naszych obrączkach. Otóż zamówiliśmy sobie wzór zwany „żebrem Adama” – obrączki wycięte z jednego kawałka metalu (w naszym wypadku palladu), pasujące do siebie tak, że można je złożyć razem. Zamówiliśmy gładkie, tj. bez żadnych kamieni. Ale jubiler się pomylił i zrobił w mojej rozcięcie na brylant. Zadzwoniła więc do mnie pani z salonu i spytała, czy zgodzę się przyjąć ten brylant w prezencie. I tak oto spadł mi z nieba kamyczek :)

Nadal nie zdanżam

Milijon i jedna spraw do załatwienia. Codziennych, nagłych, zaległych, nadprogramowych, pilnych. Planuję, zapisuję w kalendarzu, jeżdżę, staram się ogarniać i nadążać.

W niedzielę mamy zamiar wyjechać na urlop i nadal nie wiemy dokąd. Trochę mnie to rozbija, ale tylko trochę, ponieważ przed niedzielą czeka mnie jeszcze tyle atrakcji, że doprawdy mam się na czym skupić.

W sumie to głównie zajmuje mnie skupianie się na tym, żeby w nagłym przypływie codziennego stresu nie zabić narzeczonego. On ma podobnie. Więc lepiej życzcie nam cierpliwości, bo zanim nastanie upragniony wyjazd, możemy tu niechcący zrobić wszystko czerwone.

Aha, i czy ktoś mógłby wyłączyć mi kaszel?

Hop siup…

Żeby nie pozostawiać Was zbyt długo w tym dziwnym nastroju, spieszę donieść, że wróciłam i bardzo się cieszę, będąc znów w domu z Kainem. Nastrój leniwy, choć rzeczy do zrobienia i załatwienia setki. Ale to jutro. Dziś mamy martini, sorbet i gości, cieszymy się swoim towarzystwem, śpimy w ciągu dnia i w ogóle luz.

Czasem trzeba odpocząć.