Tydzień miodowy

Wyjazd do Bukowiny Tatrzańskiej poważnie zachwiał moim systemem wartości. Po pierwsze, jest to jedno z najpiękniejszych miejsc, w jakich byłam i jedno z trzech, w jakich pragnęłabym zamieszkać, przy czym poprzednie dwa to rezerwat i się nie da. Nie żeby to był jakiś konkretny plan – ot, po prostu chcę już zawsze pić poranną kawę patrząc na tę panoramę. O tę:

To tylko fragmenty… Byliśmy w dwóch miejscach, które słyną z widoków, ale ten z huśtawki za domem jest najlepszy.

Po drugie, Tatry są bardzo, bardzo piękne. I może, jak to ujął A., nie są user friendly,  ale pokochałam je natychmiast. A naprawdę nie wiem, czy mogę kochać na raz Tatry i Bieszczady. Czuję się zagubiona ;)

Po trzecie okazało się, że mój mąż nie jest górołazem. Zaciągnięty na szlak cieszy się wprawdzie z widoków i z mojego entuzjazmu, ale w zasadzie wolałby zostać na nizinach. Ustaliliśmy zatem, że w przyszłości będziemy jeździć razem w rejony raczej od gór odległe, a swoją pasję oglądania świata ze szczytów będę zazwyczaj spełniać w innym towarzystwie. Co ma tę zaletę, że, chcąc nie chcąc, zobaczę w życiu coś więcej, niż kolejne górskie szlaki, no ale rozumiecie moją konsternację.

Poza tym było cudownie.  Spędziliśmy tydzień oderwani od wszystkiego, tylko we dwoje (no, do pewnego momentu, ale nie narzekam;), skupieni na sobie i na pięknych widokach wokół. Ogromnie ciężko mi teraz wrócić do normalności. Powroty z gór do miasta zawsze mnie rozwalają. W dodatku kończy się lato, czuć to nie tylko w temperaturze, ale i w zapachu powietrza. A ja patrzę na odcień swojej skóry w lustrze i z prawdziwą przykrością myślę o zimowej bladości.

To było dobre lato, długie i gorące, pełne dobrych zdarzeń i ciekawych podróży. Oby następne było podobne.

3 myśli nt. „Tydzień miodowy

  1. lavinka

    Proponuję Beskid Śliski, jest akurat pomiędzy. :) BTW wczoraj dodałam relację na blogu podróżniczym (link w nicku). Zecydowanie wolę góry od morza, mimo że moje stawy kolanowe źle znoszą łażenie na duże odległości. Do 10km, jedna góra dziennie – to jeszcze. Ale nie kilka dni pod rząd. Za to na rowerze o dziwo daję radę – tylko niestety nie wszędzie da się wjechać z sakwami i to wielki ból (Może Cain też powinien zamienić nogi na rower? W Bieszczadach się da na pewno). W Bieszczadach na krótko będę rowerowo pod koniec września, ale potem przez Przemyśl do Wawy, więc dużo sobie gór nie pooglądam, więcej pogórzy ale dla mnie, rodem z Mazowsza to i tak nieźle.
    Mój partner dla odmiany łazik do nieprzytomności(co roku cały urlop z daleka ode mnie, bo a to Czarnogóra, a to teraz jakieś inne góry zagranico) więc problem mamy jakby odwrotny, ale z tego co widzę jest do pogodzenia. Kiedyś była o tym jakaś piosenka, Tomi znalazł mi coś w jakimś śpiewniku na Sylwestra. Co prawda tam bardziej babka nizinna a pan górski, ale to też może być też piosenka o Was :)

  2. Luca Autor wpisu

    Z tym rowerem w Bieszczadach to nie byłabym taka pewna. Niby są tam szlaki rowerowe, ale nijak mają się do tych pieszych. Już prędzej konno, o czym zresztą też marzę od dawna :)

  3. lavinka

    No, na pewno nie wszędzie się dojedzie, ale z tego co wiem, Bieszczady podobnie jak Beskid Niski asfaltują się na potęgę (dotacje unijne), więc na pewno można dojechać dalej niż kilka lat temu. Oczywiście trzeba mieć kondycję i dużo przedtem trenować. :)

Możliwość komentowania jest wyłączona.