Kości zostały rzucone

Sama uroczystość, cóż, przebiegła po naszemu. Niektórzy nie dotarli na czas, inni wcale, jeszcze inni poruszali się wyłącznie trzymając mamę za nogę… My sami, o dziwo, dotarliśmy z odpowiednim wyprzedzeniem, odpowiednio ubrani, a nawet po śniadaniu.  Stres? No cóż, troszkę nam się trzęsły ręce, ale poza tym Kain na pytania, jak się czuje, odpowiadał, że spać mu się chce, a ja walnęłam przed wyjściem kieliszek cytrynówki i od razu się wyluzowałam. Jakkolwiek muszę przyznać, że większość wizyty w urzędzie pamiętam tak trochę jak przez mgłę. Nie przez cytrynówkę, trunek zacny, ale przez, co tu kryć, lekkie jakby nerwy.

Szczęśliwie żadne z nas nie pomyliło słów przysięgi, założyliśmy sobie obrączki na właściwe palce, nikt się nie potknął, nikt nie powiedział nic głupiego – wręcz nie wiem, jakim cudem się udało. Oraz podobno nasz rodzinny zegar, który od wielu lat nie chodzi, a nawet leży, zaczął tykać około południa. Czuję się pobłogosławiona przez duchy przodków.

Po ślubie zabraliśmy towarzystwo do domu na toast i tort. Zarzucono nas kwiatami i dobrymi życzeniami oraz przygnieciono mnie toną komplementów. Tort i sałatki dość szybko zniknęły bez śladu, ale szampana trochę nam zostawili ;)

W fotograficznym skrócie:

Spodobało się? Podaj dalej:
  • Facebook
  • Blip
  • RSS
  • Tumblr
  • Twitter
  • Wykop
  • LinkedIn
  • MySpace

8 odpowiedzi do"Kości zostały rzucone"