Rodzice dorosłych dzieci

Na samym wstępie chciałabym zaznaczyć: jestem stronnicza. Tak, znam tylko jedną stronę medalu, tak, patrzę na problem tylko z jednego punktu widzenia (racja jest jak d***, każdy ma własną). Nie, nigdy nie rozmawiałam o tym z kimś, kto jest po drugiej stronie. Może kiedyś to mnie albo mojej przyjaciółce, kumplowi, bratu ktoś wytknie to samo, co ja wytykam teraz. Ale teraz znam tę jedną stronę i moja opinia jest mocno ugruntowana.

A mowa o stosunkach między rodzicami, a dorosłymi dziećmi. Zdecydowana większość moich znajomych ma różnego rodzaju problemy z tego powodu. Najpopularniejszym z nich jest brak poczucia własnej wartości – wynikający z tego, że rodzice są wiecznie niezadowoleni. Matki wyzywają swoje dorosłe córki i synów od egoistów, złych dzieci, złych rodziców (jeśli ci mają własne dzieci), a niekiedy nazywają – zwłaszcza córki – znacznie gorzej.  Ojcowie zazwyczaj – przepraszam za generalizowanie – w ogóle się nie odzywają, a jeśli, to po to, by podkreślić swoją władzę: wchodząc w słowo, stając w agresywnej opozycji do tego, co syn lub córka właśnie powiedzieli, ewentualnie nawołując do szacunku dla rodziców. Brakuje za to szacunku do człowieka, jakim jest ich dziecko i normalnego, partnerskiego  stosunku, jaki powinien istnieć między dorosłymi ludźmi. Jest absolutny brak akceptacji, wieczny foszek, pretensje o autonomiczność, o własną, dojrzałą opinię – o dorosłość.

Znam ludzi około trzydziestki, którzy prowadzą podwójne życie, żeby nie prowokować konfliktu z rodzicami. Zam rodziców przekonanych, że ich dziecko co niedzielę chodzi do kościoła, choć jego noga nie stanęła tam od lat. Znam takich, którzy o życiu swojego dziecka nie wiedzą nic albo bardzo niewiele, bo owe dorosłe dzieci chronią przed nimi swoją prywatność za wszelką cenę. Znam ludzi nasyłających na swoje dorosłe dzieci policję po telefonicznej kłótni, szpiegujących, straszących zawałem serca, wymyślających niestworzone rzeczy. Znam osoby po studiach, dorosłe, niezależne, które biorą ślub tylko ze względu na rodziców albo które nie są w stanie swoim rodzicom odmówić żadnej przysługi, choćby wymagała kompletnej reorganizacji planu dnia dla zupełnego drobiazgu, w obawie przed awanturą i szantażem emocjonalnym. Ani trochę im się nie dziwię, bo widziałam też te awantury i szantaże.

I za każdym razem, kiedy uspokajam roztrzęsioną koleżankę po rozmowie z mamusią, kiedy tłumaczę koledze, żeby nie brał tak do siebie słów tatusia, kiedy kolejna bliska mi osoba faszeruje się lekami uspokajającymi albo trzyma się za bolący z nerwów żołądek przed wizytą u rodziców, trafia mnie cholerny szlag. Czy ci ludzie nie mogą po prostu kochać i akceptować swoich dzieci? Czy nie powinni ich wspierać w ich dorosłym życiu, zamiast na każdym kroku rzucać im kłody pod nogi? Czy nie mogą ich szanować? Nazwijcie mnie bezdzietną idealistką, ale to mi się w ogóle w głowie nie mieści: jak można nie akceptować i nie szanować własnego dziecka?…

21 myśli nt. „Rodzice dorosłych dzieci

  1. Le Satyre

    To nie idealizm, tak powinno być w każdym domu. To pisałem ja, Le Satyre, który od dziesięciu lat nie mieszka we własnym domu i nie przewiduje doń powrotu. Właśnie ze względu na matkę. I właśnie dzięki tej izolacji udało się uniknąć psychiatry i leków uspokajających.

  2. Jenny

    też tego nie potrafię ogarnąć, a niestety znam niejeden tego typu przypadek. i za każdym razem, gdy przychodzą mi się wypłakać – dziękuję niebiosom, że mam takich zajebistych rodziców.

  3. Alquana

    Bogowie, jak się cieszę, że mam takich rodziców, jakich mam. Mimo ich wszystkich wad.
    A takim ludziom, z takimi rodzicami, można najwyżej dawać mnóstwo wsparcia, podparcia i oparcia. Głównie po to, żeby nie powtórzyli tych błędów z własnymi dziećmi, bo to się niestety często zdarza.

  4. Tygryziołek

    Ano widać można. Też się naoglądałam ze zgrozą takich scen i też ni cholery nie rozumiem.
    Dlatego codziennie dziękuję światu za moją matkę, która nie jest ideałem i ma swoje obszary nieciągłości, ale matką dla swoich dzieci zawsze była na medal – i kiedy byliśmy szczawiami, i teraz, kiedy sami już jesteśmy wapnem i próchnem :).

  5. lavinka

    Taaa. Nic bardziej nie martwi mojej madre niż moje życiowe powodzenie i zaradność. Bo to podważa jej poczucie wartości, jako melepety życiowej i nieodpowiedzialnej istoty od_zawsze. Trudno jej się pogodzić z faktem,że w przeciwieństwie do mnie ona nie potrafi żyć samodzielnie. Ale niech no powinie mi się noga.. jakiś przejściowy problem… cokolwiek… o wtedy zamienia się w potwora i kopie bez opamiętania mówiąc jaka jestem beznadziejna (ona tu występuje w roli herosa i super zaradnej, pfff) Na szczęście ja na to leję, zresztą to doskonała motywacja, by sobie w życiu radzić. :)

    Myślę,że to problem wielu rodziców – świadomość,że dzieci sobie radzą bez nich i że ich (tu werble) NIE POTRZEBUJĄ!

    Te wszystkie szantaże czy presja to tylko różne metody krzywdzenia swoich dzieci. Zazwyczaj efekt… tak… bicia i poniżania tychże rodziców przez ich rodziców w dzieciństwie(i to nie chodzi tylko o klapsy, to chodzi także o manipulowanie, tłamszenie osobowości, wpędzanie w poczucie winy – wachlarz możliwości znęcania się nad dzieckiem bez użycia siły fizycznej jest dość szeroki). Tak zwana „fala”. Nie mogą dorosłego dziecka uderzyć, to mu dokopią inaczej (BTW moja mać była bita w dzieciństwie i to sporo). Tak rozumieją miłość. Dowalają im w imię troski. Tak tak. Nie przesłyszałaś się. Oni to robią DLA DOBRA dzieci.

  6. Luca Autor wpisu

    @Lavinka: biorąc pod uwagę metody wychowawcze, które praktykowano jeszcze dwa pokolenia temu dość powszechnie, ta fala pewnie musi istnieć. Mam tylko nadzieję, że kręgi na wodzie będą stopniowo coraz mniejsze…

  7. Królowa Nocy

    Drugiej stronie na pewno jest trudne i żadne z nas o tym nic nie wie na razie. Ale trudność z pogodzeniem się z koniecznością „wypuszczenia dziecka z gniazda” nie może powodować podcinania skrzydeł. Jakoś są tacy, co potrafią się pogodzić z tym, że ich małe dziecko nie jest już małym, nieporadnym stworzeniem, że trzeba mu pozwolić żyć samemu, pozwalają popełniać błędy – tak, to też jest potrzebne!
    Ludzie są różni, jednym uznanie tej autonomiczności dziecka przychodzi łatwiej, innym trudniej, ale to jest normalna kolej rzeczy, nie da się tego zatrzymać – dziecko dorasta i staje się drugim dorosłym. Jak się zupełnie nie umie tego ogarnąć, to trzeba poprosić o pomoc – a nie uznawać, że dziecko jest złe, bo się nie słucha.

  8. Królowa Nocy

    ależ dzieci ich wciąż potrzebują! to są wciąż ich rodzice, dorosłe dzieci potrzebują wiedzieć, że jest ktoś, kto ich kocha, kto zawsze będzie kochał, kogo one kochają. tyle że nie potrzebują tak rozpaczliwie, tak, że nie mogą przeżyć dnia bez nich. myślę, że ten lęk przed wypuszczeniem z gniazda wynika właśnie z tego, że rodzice myślą, że będą kompletnie niepotrzebni. a tak nie jest, do diabła.

  9. Luca Autor wpisu

    A może i, dalej idąc tym tropem, są tak szorstcy w osądach i obyciu, ponieważ nie wiedzą, że tego dziwnego, dorosłego człowieka naprzeciwko to tak bardzo dotyka?

  10. orlinos

    Tak sobie myślę o tych gnojących rodzicach, że oni muszą czuć się bardzo wypaleni i niespełnieni życiowo. Nie wiązałbym tego z biciem czy tradycyjnymi metodami wychowawczymi – XIX-wieczne tradycje są z dzisiejszego punktu widzenia dość prymitywne – ale wychowało się na nich wiele wartościowych osób. Surowość, dyscyplina czy nawoływanie do skrajnie skromnego stosunku do własnych osiągnięć to jedno – poniżanie dla samego poniżania to coś zupełnie innego – i definitywnie nie jest czynione dla dobra dzieci.

    Podejrzewam, że to zjawisko istnieje na całym świecie, ale jestem ciekaw, czy Polska nie jest krajem, w którym ciągłe pretensje do potomstwa są częstsze. Tak się usiłuję wczuć w ludzi, którzy większą część swojego życia spędzili w komunistycznym syfie; są przekonani, że swoje życie już przegrali – a tu pojawia się ta młodzież (dla której często w młodości wypruwali flaki). I ta młodzież robi kariery, pieniądze – i nawet nie raczy się modlić i traktować czołobitnie rodziców, którzy przecież dla nich wszystko zrobili… (We własnej wyobraźni rodzicowi łatwo się wybielić). Bo przecież, gdyby nie ci rodzice to…

    I tak dalej.

  11. lavinka

    @Luca: Ładnie to ujęłaś z tymi kręgami. Najważniejsze to uświadomić sobie,że rodzice robią źle i że tak się postępować nie powinno.

    Z własnymi dziećmi jest różnie, wiadomo że nie uda się jakichś tam błędów nie popełnić. Grunt to nie być głuchym na słowa dorosłego dziecka. Przyjmować jego „nie” nie jako fanaberię albo bunt – ale jego prawo. Bo każdy człowiek niezależnie od wieku ma prawo odmówić w danym momencie: zjedzenia czegoś, uczestniczenia w jakim wydarzeniu, wyjścia dokądś lub wejścia dokądś (chodzi o fizyczne przemieszczanie się), wreszcie ma prawo mieć zły humor i ogólnie mieć świat zewnętrzny gdzieś. Nie na stałe, ale od czasu do czasu. Dziecko nie jest własnością rodzica, szkoda że tak wielu o tym zapomina. Ale co ja tam wiem, przecież nie jestem matką ;P

    Potrafię sobie wyobrazić,że jest w moim życiu człowiek, dla którego sporo poświęcam i który przez jakiś czas zasłania mi cały świat. I z czasem ten człowiek po wielu latach mówi mi dość. Mówi: „Nie chcę Cię w moim życiu aż tak bardzo, chcę tylko trochę.” To musi boleć i boli. Ale trzeba wiedzieć,że trzymając dzieci na siłę w gnieździe wyrządza się im krzywdę, wpędza w kompleksy.

    BTW ja nie potrzebuję mojej Madre nic a nic. Zniszczyła to co było między nami nadopiekuńczością. Czasami z przerażeniem myślę,że jej śmierć ani trochę by mnie nie zabolała. Może nawet poczułabym ulgę. Tak czują dzieci toksycznych rodziców. Jedyny plus to to,że z czasem moja nienawiść zamieniła się w obojętność. Najgorzej że nadal jest dla mnie ciężarem, bo nie potrafi sama żyć. A do pracy nie pójdzie, bo jej się nie_chce. Tak tak (to był cytat). Lepiej żyć z pensji dzieci, a jak nie to wpadać w długi. A potem pożyczać na ich spłatę. To tak na marginesie, gdyby ktoś mnie krytykował, dlaczego ją utrzymuję. Kupowanie jej papierosów wychodzi taniej niż spłacanie jej długów po prostu. Nie, nie narzekam. Jest lepiej niż było, bo kiedyś było bardzo bardzo źle. Ale tego nie zrozumie ktoś, kto nie miał choć jednego toksycznego rodzica. Ludziom po prostu nie mieści się w głowie. Szczęśliwi.

  12. ?!MiSzA!?

    Ależ ponura historia, nawet jeśli ze względu na wkurw nieco wyolbrzymiasz. W moim otoczeniu jeśli już ktoś kogoś nie szanował to raczej w przeciwnym kierunku niż Ty opisujesz. A z rodzicami zawsze był kabaret. Jak z ojcem znajomej, który odstawił ją na centralny, gdzieśmy już czekali w wyśmienitych humorach na pociąg do Chałup, co ten skwitował słowami: co się tak cieszycie, przecież i tak pogody mieć nie będziecie. Od tamtej pory nikt nie nazwał go inaczej jak pesymista :)

  13. Luca Autor wpisu

    @Misza: nie, nie wyolbrzymiam, raczej przeciwnie, bo nie chcę się wdawać w szczegóły nie moich historii…

  14. Le Satyre

    @Misza, nie znam historii o których pisze Luca, ale pod tekstem podpisuje się wszystkimi kończynami. Pomijając swoje przeżycia, też się nasłuchałem od innych.

  15. synafia

    Jako dziecko Bogu dziękuje za moich rodziców. Gdyż jakimś cudem żadna z tego typu historii mnie nie dotyczy. Moi rodzice jakoś zawsze mogli i umieli mnie kochać po prostu, ba!, mówić o tym!
    Jako matka to nie wiem, bo matka jestem jeszcze z małym stażem, co może tak bardzo zwichnąć rodzica, izby własne dziecko traktował jak worek treningowy. Może jego właśni rodzice?

    Może to jest tak, że z pustego i Salomon nie naleje – rodzice, którym nie dano kiedyś miłości, sami tej miłości dawać nie umieją? Nie wiedzą, jak to się robi? Kochają, ale toksycznie?

    No i jeszcze jedna myśl mi się nasuwa. Bo jednak w powszechnym odbiorze u nas dzieci „się ma”. Się ma dzieci żeby te dzieci nam coś dały – szczęście, spełnienie, co tam kto potrzebuje. Gdy tymczasem to nie my mamy dzieci, ale dzieci nas powinny mieć. Bo dziecko to jest od samego początku swego istnienia przede wszystkim człowiek, i jako taki nie może nikomu „służyć do zaspokajania potrzeb”. To rodzic dostaje misję – pomóc małemu człowiekowi stać się dużym człowiekiem. I myslę, że jak się ta myśl zgubi, jak się dziecko w kategorii własnych potrzeb zacznie traktować, no to łatwo jest zboczyć z drogi i potem chcieć tego dziecka – nawet dorosłego – „używać” do swoich porachunków ze światem :(

  16. R.B.

    Też jestem stronniczy. Każdy jest tu stronniczy. Taki to temat.
    Niestety, prawda POWINNA byc jedna. Ale taki idealny, to ten świat nie jest. mamy różne doświadczenia i na nich się opieramy. Niestety, błędy w stosunkach rodzinnych idą ostatnio pokoleniami. Tzw. „kryzys rodziny” to fakt. Wiele się działo, następowały szybkie zmiany, bywały tragiczne okresy w historii ostatnich pokoleń. Nie nadążyliśmy. Podejście do swoich dzieci powinniśmy budować w oparciu o DOBRE doświadczenia naszych rodziców. I właściwie po tych słowach mógłbym dalej nie pisać…
    Brak zrozumienia dla drugiego człowieka – jakim od początku jest każde dziecko. Brak szacunku dla jego sobowości, potrzeb, dla indywidualnego odbioru otaczającego świata. Dziecko traktuje się jak własność. Czasem jest gorzej – jak własność JEDNEGO z rodziców, przedmiot sporu. To jeszcze jeden powód niewłaściwego podejścia.
    Kolejnym jest efekt „pustego gniazda”. Obłudne często twierdzenie „żyję dla dzieci” – zmienia się w obawę, że życie traci cel.

    Wogóle to temat-rzeka.

  17. Luca Autor wpisu

    R.B. – dzięki za głos starszego pokolenia. Coś w tym na pewno jest, że pokolenie moich dziadków miało na głowie wojnę, Wy – ustrój, który nie dawał żyć i generalnie trochę im dalej w historię, tym gorzej. To plus stosowane niegdyś metody wychowawcze może sprawia, że ten salomonowy dzban napełnia się pomału, może nasze wnuki będą mieć lepsze podstawy i więcej tej miłości do dania.

    Mimo to jedni potrafią sobie z tym radzić – jak rodzice Alq, Synafii, Jenny, moi i pozostałych, którzy tu pisali, że mają fajnych – a inni nie. Tych innych jest, niestety, więcej.

  18. ?!MiSzA!?

    Historia tedy tym bardziej ponura. Ostatnim razem dziękowałem rodzicom, że potrafili mnie uchronić przed samym sobą i nie kupili mi psa, o którego za lat szczenięcych tak bardzo prosiłem. Następną razą przyjdzie kolej podziękować im, że zawsze traktowali mnie po ludzku…

  19. R.B.

    Zorientowałem się dopiero po napisaniu poprzedniego komentarza, że chyba tylko ja jestem tu z innej bajki.
    Wypadało by jakis wniosek z doświadczeń ?????

    Po pierwsze – zmartwię wszystkich młodszych. Dorosłym dzieckiem jest się ZAWSZE. Lat mam… Inaczej: moje wnuki mają 5 lat. ROK TEMU moja Mama odezwała się w pewnej gospodzie do kelnerki: „Jak moje dziecko zjadło ładnie całego kotleta!”. Zatkało mnie, bardziej niż kotlet! Fakt, był to żart. Fakt, knajpa znana z kotleta-pułapki, niejeden tirowiec się już zasapał. Ale mimo wszystko, dr. Freud by tego nie lekceważył!
    Jak widać, rodzicom to nie mija. Ich już nie zmienimy. Choć szczerej rozmowy zawsze warto spróbować. Może po prostu nie rozumieją naszych oczekiwań.

    Co do postępowania z naszymi dziećmi – chciałby się podzielić pewną myślą.Starajmy się zawsze postawić na ich miejscu. Pomyśleć – co my sami byśmy czuli. Jak odbieraliśmy analogiczne sytuacje mając 3, 5, 15 lat??
    Zachowajmy ten dziecięcy świat w sobie. A potem – świat nastolatka, naszej młodości. Zobaczmy w naszym dziecku siebie z przed lat. I zanim zrobimy mu przykrość, pomyślmy:
    Przecież sobie bym tego nie zrobł. Gdyby matka/ojciec mnie tak powiedzieli…
    Wczujmy się w tych, których kochamy.

  20. Luca

    Piękna rada. Myślę, że gdyby każdy ją stosował w życiu, wiele spraw miało by się inaczej :)

  21. EM

    Moj jedyny rodzic – Mama…potrafi być wsparciem w bardzo ciężkich chwilach, kocha mnie bardzo, jednak jest mistrzynią szantażu ( ba, terroru ) emocjonalnego, niestety…nikt nie potrafi we mnie uderzyć tak jak ona i sprawić by odechciało mi się żyć, a przecież ona to życie mi ofiarowała…

    Dopiero teraz w pełni rozumiem skutki tego wszystkiego, mój neurotyzm, ciągłe poczucie winy, brak pewności siebie, niechęć do ludzi, do wychodzenia z domu, strach.
    Przez x lat myślałam że po prostu jestem „nienormalna” z natury. Dobra wiadomosc – nie z natury, zla – jestem „nienormalna”

    Dobrze ze poruszylas ten temat bo takich rodzicow jest mnostwo dookola. Nie kazdy sie tym chwali, nie kazdy sie w to zaglebia, nie kazdy potrafi sie obronic

Możliwość komentowania jest wyłączona.