Ślubu dziś nie polecam, szanowna pani.

czyli jak Luca się stresowała przed zamążpójściem.

Bez kitu, ludzie, nie róbcie tego, jeśli nie macie naprawdę mocnych nerwów. Mała cywilna uroczystość dla najbliższej rodziny kosztowała nas takie nerwy, że omal się nie pozabijaliśmy nawzajem. Dwa dni przed ślubem wahałam między natychmiastową ucieczką w Bieszczady a użyciem ostrego noża. Na logikę nie sposób powiedzieć, co w tym takiego stresującego. Ot, zamówić tort, zawieźć dokumenty, zrobić manicure, przejechać się do fryzjera, kupić buty, posprzątać w domu, zrobić zakupy, przygotować jedzenie, zamówić taksówki, przypomnieć wszystkim termin i adres, załatwić  kwiaty, naładować baterie do aparatu, przywieźć kieliszki z Ikei i tak dalej, i tak dalej. Od wtorku jak mantrę powtarzałam sobie: „w czwartek o tej porze będzie po wszystkim”. Trochę pomagało.

Odbyłam też następujący dialog z Izu:
– Mam piosenkę na dziś i kolejne dni: „Alice” Avril Lavigne. Będę jej słuchać na okrągło.
– A co w niej takiego jest?
– „I’ll take a stand untill the end”.
– O Stara…

Druga piosenka tygodnia to była ta:

Jedna myśl nt. „Ślubu dziś nie polecam, szanowna pani.

  1. siostra

    A nie mówiłam :P
    Ale już za Wami- teraz będzie spokojniej.
    Jeszcze tylko trochę roboty ze zmianą dokumentów itp. drobiazgami ;)

Możliwość komentowania jest wyłączona.