Miesięczne archiwum: Wrzesień 2010

Co to ja chciałam?

Miałam jakiś pomysł na notkę, ale zupełnie zapomniałam. Ale ponieważ w tym blogu generalnie chodzi o to, żeby pisać, co u mnie, to tak właśnie zrobię.

Doszłam do wniosku, że jeśli nie chcę się zaprzedać korpo (a bardzo nie chcę), to muszę sobie znaleźć dodatkowe zajęcie. Jeden zawód zdecydowanie bowiem nie dostarcza pożądanej ilości środków materialnych. Toteż teraz piszcie do mnie nie tylko wtedy, kiedy macie do ogarnięcia jakieś teksty, korekty albo fejsbuki, ale także wtedy, kiedy macie dziecko. Szlify zdobywałam od szesnastego roku życia, a trenowałam niekiedy i na piątce na raz, więc bez krępacji.

Pomysł jest dobry, w tym tygodniu dwa dni byłam nianią i trzy copywriterką (tak, wiem, że jest czwartek, ale odziedziczyłam po mamie klucz do międzyczasu). Oby tak dalej, to może mój bank znów mnie polubi. Mam też bliższe cele – w następny weekend zamierzam być w górach, których zawsze mi mało, w towarzystwie, którego też mi zawsze mało. Trzymajcie kciuki za pogodę…

Świat się rozszczepia.

Jesień, pora szaleństwa. Pora wierszy, muzyki, nastrojów, nieprzysiadalności, mocniejszego przeżywania wszystkiego, a szczególnie miłości (wcale nie wiosną, dla mnie to zawsze była jesień). Nie śpię albo mam dziwne sny. Chodzę zamyślona, nieobecna. Huśtam się jak chorągiewka: zawieje cieplejszy wiatr z południa, uśmiecham się. Zawieje z południa chłodem – wściekam się, krzyczę, rzucam przedmiotami, klnę. Wpadam w smutek pozornie bez powodu.

Dobrze mieć takiego męża, jak ja mam. Który umie sobie ze mną radzić. Spokojny, ciepły, rozumiejący. I umiejący jak nikt odwrócić moją uwagę, choć na trochę, na godzinę, na dwie.

Odkąd skończyło się całe zamieszanie ze ślubem odczuwamy efekt żydowskiej kozy: jest spokojnie i dobrze. Cieszymy się sobą. Wciąż mnie rozbija na małe kawałeczki, kiedy bez ostrzeżenia odrywa się od swojego komputera tylko po to, żeby powiedzieć: „kocham cię”.

Łańcuszek

Jenny zaprosiła mnie do zabawy w „co lubię”. To miły blogerski łańcuszek, który skłania do pomyślenia o rzeczach ciepłych i przyjemnych.
Poniżej 10 pierwszych, które przychodzą mi do głowy. Kolejność przypadkowa.

1. Całować się.
2. Czytać książki.
3. Pisać. Sama czynność sprawia mi ogromną, wręcz fizyczną przyjemność.
4. Góry. To miejsce, w którym krzyczę z czystego zachwytu.
5. Drogą prostych skojarzeń: seks. Co tu kryć.
6. Spotykać się ze starymi przyjaciółmi i przypominać sobie, jak nam się dobrze rozmawia.
7. Zapach pomarańczy.
8. Wstawać późno, nie spieszyć się, spokojnie planować dzień.
9. Poznawać ludzi.
10. Podróżować.

Jenny, ile z tego obstawiałaś? ;)

Do zabawy zapraszam Królową Nocy, a Was pragnę przy okazji skierować na bloga osoby, od której, przynajmniej dla mnie, gra się zaczęła: Raj Lal.

Bezsennik

Są takie noce, kiedy nie śpi się wcale. Siedzi się do rana i pisze, słucha muzyki, patrzy w ścianę, słucha, pisze. Się wyciąga jakieś stare wiersze i poprawia. Się notuje jakieś kawałki prozy. Się mamrocze do siebie i liczy sylaby na palcach. I mija trzecia nad ranem, czwarta nad ranem – się nie śpi. Pisze się.

O świcie wychodzi się na dwór i idzie się patrzeć na wschód, gdzie ranne wstają zorze. Albo kładzie się do łóżka, szybko, szybko, żeby zasnąć, zanim zrobi się całkiem jasno i będzie za późno.

Były takie noce, prawda? Nie spałeś, nie spałaś wcale. Pisałeś, pisałaś do rana.

Teraz kładziesz się o ustalonej porze, może czasem godzinkę później.  Gasisz światło, przykrywasz się kołdrą i leżysz. Nie śpisz. Ale nie wstajesz, nie chcesz budzić męża, dziewczyny, dziecka, kota, zresztą rano trzeba do pracy, to już nie ten wiek, żeby ot tak, bez powodu pozbawiać się snu. Patrzysz po cichu w sufit, w ścianę. Nie śpisz. Bo, po prostu, są takie noce.

Kocie fochy

Koty mają ostatnio fanaberie. Nie zjadają śniadania, wieczorem bardzo głodne i oburzone żądają kolacji, z której skubną parę kęsów i zostawiają, rano nad pełną michą robią awanturę o śniadanie, ze świeżej porcji uszczkną ciut, wieczorem znów afera o kolację i tak na okrągło. Dopóki były upały, nie dziwiło mnie to wcale, wyrzucałam stare (a psuło się szybko), dawałam nowe, a koty jadły głównie w nocy, kiedy robiło się trochę chłodniej. Ale teraz? Zima idzie, powinny jeść. Żarcie już się tak szybko nie psuje, więc stoi sobie czasem nawet cały dzień. Raz zjadają, raz nie. Kupiliśmy inne smaki puszek, bo może stare im się znudziły – nic. Kupiliśmy podroby – nic. Suche owszem, suche by żarły, ale ja nie karmię kotów suchym, bo kocia pani doktor odradza.

No i tak się bawimy w żonglowanie miskami. Stare żarcie, świeże żarcie, mięso, puszka, żółtko (nie łaska) i od nowa. Oszaleć można.

A najchętniej spędzają czas tak:

Baj de łej, jakby ktoś nie wiedział albo nie pamiętał, to Plamka i Duch zwykle występują tutaj.

Kolczyki z kotami

Ponieważ wpis będzie dokładnie o tym, co w tytule, osoby nie zainteresowane kolczykami niech się czują ostrzeżone. Jeszcze można zamknąć stronę.

Kolczyki to mój mały pierdolec. Kupuję je gdzie popadnie i staram się pamiętać, skąd mam którą parę. W ten sposób moja korkowa tablica z kolczykami zawiera ponad 50 historii, które przypominam sobie, kiedy wybieram biżuterię odpowiednią na dany dzień. Oczywiście są kolczyki, które noszę często i takie, które trochę dyskryminuję – ale historie są równe.

Te z kotami stanowią crème de la crème, ulubioną, osobną kategorię. Na razie niezbyt liczną, ale tym bardziej cenną ;)

Drewniane koty dostałam od Agnieszki, z którą kiedyś pracowałam. Wzruszyły mnie, bo nie spodziewałam się prezentu, a także dlatego, że ogromnie mi się spodobały. Jeden z nich zaginął pewnego miłego wieczoru w „Bla-Bla” i od tego czasu drugi wisi na kołeczku dla samotnych kolczyków. Z Agnieszką nie utrzymujemy regularnego kontaktu, ale wciąż bardzo ją lubię :)

Metalowe kolczyki z kotem na kominie przywiozła mi Izu z Czech, z pewnego sklepu w Pradze, który jest rajem dla kolczykowych wariatek, choć zarazem piekiełkiem dla portfeli. Izu, Praha, kolczyki i koty – czego chcieć więcej? :)

Czerwone kotki kupiłam w Krakowie, w mojej ulubionej bramie na Floriańskiej. Musze się przyznać, że nie pamiętam, za którą wizytą i w czyim – jeśli czyimkolwiek – towarzystwie.

Turkusowe za to pamiętam doskonale. Kupiłam je w maju, zaraz po odprowadzeniu na pociąg Fileta, która podobne – tylko czarne – miała w uszach. Kiedy we wspomnianej bramie zobaczyłam te, nie wahałam się długo, choć A. namawiał mnie na wielkie, żółte słoneczniki.

Te zaś zrobiła dla mnie Bluszczyk, stawiając mnie trochę przed faktem dokonanym: „-Zobacz, jakie mam dla Ciebie kolczyki.” „-Biorę!” Bluszczyk robi dużo różnych cudeniek i za każdym razem, kiedy się spotykamy i ma je przy sobie, coś mi przypada do gustu i zmienia właściciela. Zwłaszcza te kotki i jeszcze jedne kolczyki z dzwoneczkami przypominają mi o niej regularnie.

Białe koty na czarnym tle dostałam od Josha. Od dawna wiedział, że chcę takie, wytropił je i przyniósł mi pewnego dnia. Nosze je często, choć pewnie jesień i zimę spędzą na ścianie, bo źle znoszą wilgoć.

Kolczyki z Chat Noir kupiłam zaś na zeszłorocznym Woodstocku w miejsce nabytych poprzedniego dnia i natychmiast zgubionych (też z kotem, czarnym na białym tle). Zaopatrzyłam się tam również w skórzaną torbę z tym samym motywem. W torbie zepsuło się zapięcie, ale kolczyki są szklane, bardzo trwałe i  na pewno jeszcze długo mi posłużą. O ile nie zgubię ;)

Przed wojną wszystko było lepsze

czyli uwaga, będę marudzić.

Posiadam szafę. Szafa ma coś około sześciu lat i się sypie. Ostatnio drzwi trochę opadły i zamykam ją z kopa.
Posiadam też pralkę. Pralka ma ze cztery lata i ostatnio pan od naprawiania powiedział, że podziała jeszcze około roku, a potem będzie trzeba kupić nową. Kuchenka ma koło pięciu i z piekarnika podczas używania śmierdzi gazem. Odkurzacz przetrwał cztery z hakiem, żelazko podobnie.

A ja pamiętam, że kiedy dziecko było dzieckiem, pralki były sprawne ponad dziesięć lat, żelazka się nie psuły, odkurzacza albo, jak mówił mój dziadek, elektroluksu używało się tak samo długo, jak pralki, a szafy miewały 200 lat i były w świetnej formie, jak żwawe staruszki. Patelnie były nieśmiertelne, a kuchenki to już w ogóle ho, ho.

Jeszcze parę lat temu śmiałam się, kiedy ktoś przy mnie mówił, że kiedyś robiono porządne rzeczy, a teraz to takie dziadostwo. Ale wcale mi nie do śmiechu, kiedy muszę kupować co najmniej jeden sprzęt AGD rocznie. Komoda się rozpada. Łóżko szczęśliwie już spłaciłam. Lodówka podejrzanie warczy, ale lodówka jest starej daty, co oznacza, że prawdopodobnie da się naprawić. Na nową pralkę w miejsce tej, co to jeszcze rok podziała, powinniśmy chyba już zacząć odkładać.

Warto do tego wziąć pod uwagę, że jest w Polsce naprawdę wiele gospodarstw domowych, które nie mogą sobie pozwolić na takie sprzęty bez kredytu bankowego. Kolejne rodziny zaciągają kolejne pożyczki na rok, dwa, trzy, żeby kupić sprzęt, który za dwa do pięciu lat będą musiały wyrzucić i zaciągnąć kolejny kredyt na kolejny sprzęt. Nie wiem, gdzie tu sens. Napędzanie gospodarki byłoby skuteczniejsze, gdyby te pieniądze można było przeznaczyć na bardziej różnorodne towary lub usługi…

„Rośnie, rośnie we mnie mgła”

Po niedzielnej słonecznej euforii wraca jesień. Co z tego, że mamy jeszcze podobno trzy tygodnie lata? W domu jest zimno. W nocy kulimy się pod ciepłą kołdrą i kocem, a koty przytulają się do nas tak, że nie sposób się ruszyć. W dzień, po uchyleniu okna, w sypialni jest 16 stopni. Na dworze też zimno. Wczoraj założyłam ciepły sweter i pikowaną kurtkę, ciepłe gacie i dżinsy, a i tak dopadło mnie oddolnie przeziębienie, o którym mój lekarz mówi lekceważąco: „to nieuleczalne”. I co, przepraszam, już tak będzie zawsze? Ledwo wiaterek zawieje, będę sparaliżowana towarzysko, zawodowo i uczuciowo? Żebym chociaż odziewała się jak niunia w mini i kurteczkę do pach. Ale nie. Wprawdzie przedkładam pończochy nad rajstopy (fuuj!), ale w 99 na 100 przypadków spotkacie mnie w spodniach i swetrze. No, chyba, że upał. Ale upały były, minęły.

Może to kara za występki przeciwko moralności.

A jesień nadciąga i  nadciąga. Ja zaś tak nie lubię zimna! Ratuję się, jak mogę. Noszę ciepłe skarpetki. Sezonowe warzywa i owoce kupuję na potęgę, a chciałabym więcej. Wczoraj ugotowałam kilogram fasolki szparagowej i zaparowałam szyby; przez dwie godziny w domu było ciepło. Za to brzuchy nas rozbolały. Dziś smażę naleśniki. W zeszłym tygodniu piekłam ciasto ze śliwkami.

Trochę pomaga.

Blipspacer

Ponieważ na zły humor nie ma jak spacer w słońcu i świeże powietrze, z przyjemnością przyjęłam propozycję rzuconą na blipie przez Królową Nocy. Dołączył Elpanda oraz Harry, który od razu zaczął sprawdzać geoskrzynki w okolicy. I tak wybrałam się na blipspacer połączony z keszowaniem. Dzieciom szukanie skarbów bardzo się spodobało, Królowej też – mamy kolejną „zarażoną” ;) Spędziliśmy przemiły dzień na słońcu, siedzieliśmy na trawie chwilami porozbierani do letnich bluzek, bawiliśmy się z dziećmi, zrobiliśmy mnóstwo zdjęć… Było super, doskonała terapia na jesienny marazm i leniwy nastrój. Dzięki :)

Wersja Królowej i kilka jej zdjęć tutaj :)

Wkurwik weekendowy

Sobota. Rodzinne spotkanie u Siostry, powrót do domu około 22.00, siadamy każde przy swoim komputerze. Kain instaluje nowy system, ja przenoszę bloga. Zanim się obejrzeliśmy, zleciał czas do trzeciej w nocy. Co tam, jest weekend, odeśpimy jutro. Jeszcze kąpiel, jeszcze książka, jeszcze chwila grania na komputerze. Kładziemy się koło 4.00 z zamiarem spania co najmniej do południa.

Po dziesiątej coś mnie budzi. Telefon Kaina dzwoni i dzwoni, i dzwoni. Ignoruję, ale Kain w końcu wstaje i odbiera. Próbuję spać dalej, ale w kawalerce nie da się rozmawiać przez telefon tak, żeby nie obudzić drugiej osoby (może dlatego jeden z naszych sąsiadów odbywa rozmowy telefoniczne na korytarzu?). Rozbudzam się więc i w końcu, wściekła jak osa, wstaję.

To sobie pospaliśmy w weekend. Sześć godzin, luksus, panie. Niewyspani i źli, niemrawo popijamy kawę. Po południu pewnie padniemy na drzemkę. Cały dzień rozwalony. Myślicie, że telefon był pilny? Cóż – kolega chciał porozmawiać o grze.