Kolczyki z kotami

Ponieważ wpis będzie dokładnie o tym, co w tytule, osoby nie zainteresowane kolczykami niech się czują ostrzeżone. Jeszcze można zamknąć stronę.

Kolczyki to mój mały pierdolec. Kupuję je gdzie popadnie i staram się pamiętać, skąd mam którą parę. W ten sposób moja korkowa tablica z kolczykami zawiera ponad 50 historii, które przypominam sobie, kiedy wybieram biżuterię odpowiednią na dany dzień. Oczywiście są kolczyki, które noszę często i takie, które trochę dyskryminuję – ale historie są równe.

Te z kotami stanowią crème de la crème, ulubioną, osobną kategorię. Na razie niezbyt liczną, ale tym bardziej cenną ;)

Drewniane koty dostałam od Agnieszki, z którą kiedyś pracowałam. Wzruszyły mnie, bo nie spodziewałam się prezentu, a także dlatego, że ogromnie mi się spodobały. Jeden z nich zaginął pewnego miłego wieczoru w „Bla-Bla” i od tego czasu drugi wisi na kołeczku dla samotnych kolczyków. Z Agnieszką nie utrzymujemy regularnego kontaktu, ale wciąż bardzo ją lubię :)

Metalowe kolczyki z kotem na kominie przywiozła mi Izu z Czech, z pewnego sklepu w Pradze, który jest rajem dla kolczykowych wariatek, choć zarazem piekiełkiem dla portfeli. Izu, Praha, kolczyki i koty – czego chcieć więcej? :)

Czerwone kotki kupiłam w Krakowie, w mojej ulubionej bramie na Floriańskiej. Musze się przyznać, że nie pamiętam, za którą wizytą i w czyim – jeśli czyimkolwiek – towarzystwie.

Turkusowe za to pamiętam doskonale. Kupiłam je w maju, zaraz po odprowadzeniu na pociąg Fileta, która podobne – tylko czarne – miała w uszach. Kiedy we wspomnianej bramie zobaczyłam te, nie wahałam się długo, choć A. namawiał mnie na wielkie, żółte słoneczniki.

Te zaś zrobiła dla mnie Bluszczyk, stawiając mnie trochę przed faktem dokonanym: „-Zobacz, jakie mam dla Ciebie kolczyki.” „-Biorę!” Bluszczyk robi dużo różnych cudeniek i za każdym razem, kiedy się spotykamy i ma je przy sobie, coś mi przypada do gustu i zmienia właściciela. Zwłaszcza te kotki i jeszcze jedne kolczyki z dzwoneczkami przypominają mi o niej regularnie.

Białe koty na czarnym tle dostałam od Josha. Od dawna wiedział, że chcę takie, wytropił je i przyniósł mi pewnego dnia. Nosze je często, choć pewnie jesień i zimę spędzą na ścianie, bo źle znoszą wilgoć.

Kolczyki z Chat Noir kupiłam zaś na zeszłorocznym Woodstocku w miejsce nabytych poprzedniego dnia i natychmiast zgubionych (też z kotem, czarnym na białym tle). Zaopatrzyłam się tam również w skórzaną torbę z tym samym motywem. W torbie zepsuło się zapięcie, ale kolczyki są szklane, bardzo trwałe i  na pewno jeszcze długo mi posłużą. O ile nie zgubię ;)

9 myśli nt. „Kolczyki z kotami

  1. shenn

    Te turkusowe z maja widziałam i ja w sierpniu w bramie nieopodal Floriańskiej. Z daleka przeurocze, z bliska mi już nie bardzo. Za to te czerwone chętnie bym przymierzyła, szkoda, że nie widziałam w sierpniu takowych… I oczywiście klasyka klasyków – czarny kot. Znaleźć i zakupić – ot taki cel :-)

  2. Sowa (vel Madzik)

    Nie noszę kolczyków, ba, nawet nie mam przekłutych uszoli, no, taka fobia przed igłą… ale lubię podziwiać u innych, naprawdę fajna sprawa, gdy nie są to takie zwykłe wkręty albo banalny kwiatek, lecz właśnie coś ciekawego, oryginalnego, w dodatku z własną, niepowtarzalną historią. Podobają mi się :))

  3. Izu

    Moim zdaniem te z Pragi siedzą na komodzie z szufladami, a nie na kominie! Ale jak chcesz, to pokażę sprzedawczyni w tym sklepie ich zdjęcie, jak znów będę w Praze i spytam ‚Prosim vas, je to komín, nebo přiborník?’

  4. Luca Autor wpisu

    Może i komoda. Ale nie jestem przekonana. Za to čeština jak zwykle mnie rozbroiła :D

  5. OlaZ

    O jaaaaaaaa! Mam hopla na punkcie tych niezależnych futrzaków więc kotkowa kolekcja kolczyków bardzo przypadła mi do gustu:)

  6. Lichurec

    Czerwone kotki.. która to wizyta była – nie pomnę.. jestem jednak na 99% przekonany, że było nas wówczas troje.. tylko kim był „ten trzeci” – nie czasem twój obecny mąż?

    Przy okazji tych zakupów Alq wzbogaciła się o parę szklanych kolczyków – malin.. może to Ci pozwoli przypomnieć sobie całe zdarzenie..

    L.

  7. Luca

    Fakt, kupowaliśmy wtedy maliny. Więc chyba rzeczywiscie byliśmy wtedy we troje z Kainem :)

Możliwość komentowania jest wyłączona.