Świat się rozszczepia.

Jesień, pora szaleństwa. Pora wierszy, muzyki, nastrojów, nieprzysiadalności, mocniejszego przeżywania wszystkiego, a szczególnie miłości (wcale nie wiosną, dla mnie to zawsze była jesień). Nie śpię albo mam dziwne sny. Chodzę zamyślona, nieobecna. Huśtam się jak chorągiewka: zawieje cieplejszy wiatr z południa, uśmiecham się. Zawieje z południa chłodem – wściekam się, krzyczę, rzucam przedmiotami, klnę. Wpadam w smutek pozornie bez powodu.

Dobrze mieć takiego męża, jak ja mam. Który umie sobie ze mną radzić. Spokojny, ciepły, rozumiejący. I umiejący jak nikt odwrócić moją uwagę, choć na trochę, na godzinę, na dwie.

Odkąd skończyło się całe zamieszanie ze ślubem odczuwamy efekt żydowskiej kozy: jest spokojnie i dobrze. Cieszymy się sobą. Wciąż mnie rozbija na małe kawałeczki, kiedy bez ostrzeżenia odrywa się od swojego komputera tylko po to, żeby powiedzieć: „kocham cię”.

2 myśli nt. „Świat się rozszczepia.

Możliwość komentowania jest wyłączona.