Miesięczne archiwum: Październik 2010

Zła żona

Na zachodzie bez zmian, czyli głównie mnie nie ma. To znaczy jestem, ale przedpołudniami, kiedy mój luby siedzi w pracy. Potem wychodzę do swojej pracy albo do mamy (kot chory, trzeba podawać kroplówkę), albo jeszcze gdzieś. Zeszły weekend spędziłam na Mazurach, przyszły zamierzam spędzić w Krakowie i Beskidach. Czyli cała ja, w rozjazdach kiedy tylko można, w doborowym towarzystwie, walizki moje pełne snów i tak dalej.

Natomiast coraz milej jest wracać. Do domu, do mojego męża, który moją nieobecność wykorzystuje zazwyczaj, żeby sobie wreszcie w spokoju pograć. Sama nie wiem, czy to jest dobry sposób na życie – odpoczywać osobno. Ale ja naprawdę relaksuję się w ruchu, w podróży, w poznawaniu ludzi, on zaś raczej na siedząco i w samotności. Mamy oczywiście wspólne płaszczyzny, godziny spędzone razem na tym, co lubimy oboje. Mamy też wspólne wyjścia do ludzi, których wyraźnie bawi nasz sposób bycia. Nas też bawi, czyli chyba jest dobrze :)

Jutro znów wsiądę do pociągu, włożę słuchawki w uszy, Eddie Vedder mi zaśpiewa: „on bended knee is no way to be free”. Lubię to.

Maraton Blox 2010

Jeśli dziś jest sobota, to jestem w Mikołajkach. Tak, wiem, że miałam być w Beskidach, ale nastąpiła, prawda, mała zmiana planów. Bywa. Nawet często.

Z maratonem chodzi o to, że siedzimy całą noc i piszemy na blogu maraton.blox.pl – szczerze mówiąc, póki co kolejne wpisy powstają tam szybciej, niż nadążam czytać. Ale czytam wolniej, niż zwykle, bo wczoraj nadużyłam napojów wyskokowych. Albo przez to, albo przez coś innego trochę mnie telepie i w ogóle umieram. Natomiast odkrywam uroki bycia kobietą. Kobiecie zamawia się i donosi herbatkę, podaje się niezbędne przedmioty, nosi się jej torbę i sprawdza, czy kobieta jest cała i zdrowa. Podaje się jej lekarstwa, jeśli nie jest, pyta, czy pomogły i zabawia rozmową (kobietę się zabawia, nie lekarstwa). Żeby nie było za dużo obowiązków dla jednego opiekuna, robi się to w tandemie.

W zamian kiwam białą rączką, ślę uśmiechy i proszę o jeszcze. Nie jest źle być mną ;)

Dziś już dla dam świat nie ten sam

Można mnie kupić za słowa. Pewnie nie powinnam się do tego przyznawać, ale co tam, i tak już wszyscy wiedzą, taktykę na mnie można zgadnąć w pięć sekund. Kiedy ktoś do mnie ładnie mówi, poddaję się bez walki, nie licząc walki na słowa, ale to akurat silniejsze ode mnie.

To trochę żenujące, jak łatwo mnie podbić dobrym komplementem, oryginalnym cytatem, zgrabną frazą. Są ludzie, których uwielbiam za słowa i cała reszta ich osoby mogłaby być zupełnie nieciekawa – nie, wróć, nie wierzę w nieciekawych ludzi, którzy tylko ciekawie mówią.
I wpadam jak śliwka w kompot, wpadam z deszczu pod rynnę, podkładam się jak ostatnia idiotka, bo wszystkie ładne słowa zapadają mi gdzieś głęboko. Potem, kiedy zderzają się z rzeczywistością, jestem niezmiennie (niezmiernie) zdziwiona, otwieram szeroko oczęta i mrugając pytam:
„Ale jak to? Przecież tak pięknie mówił?”

Pociesza, że nie jestem jedyna. Co ciekawe, najlepiej o tym piszą mężczyźni: Przybora (patrz tytuł), Szymkiewicz (patrz piosenka), Debergerac (w moim ulubionym z jego wierszy):

„Dziewczyna z językiem

Ona ma dar języka i słowa się do niej garną
elektryzują powietrze skacząc dokoła jak iskry
albo strzelają do góry z fajerwerkowym poświstem
względnie malują po ścianach na biało, czerwono i czarno.

I każde z nich jest kobietą. Przed szafą pełną znaczeń
staje co rano niepewne co dzisiaj na siebie włoży
czy będzie ostre jak oset czy trawą się będzie płożyć
i żadne z nich, nawet w zdaniu, nie jest ci dane na zawsze.

Ona ma dar języka. Potrafi go owinąć
w mgłę miękką o poranku. Potrafi nim zespolić
wieczór, papieros i wino

Język. W ust aureoli
jest serpentyną.
Poliż.”

Sufit kapiący nade mną

W domu syf jak jasna cholera. Nie pozmywane, nie odkurzone, pranie nie powieszone gnije w pralce, kwiaty nie podlane. Łóżko się rozkręciło i skrzypi, kiedy się przewracam na drugi bok. Odkurzacz zepsuty: nie ciągnie. Rozpadł się ostatni stołek, automatycznie pozbawiając nas wspólnych posiłków przy stole. Fotele zasiedziane na śmierć (w dwa lata!) – do wymiany. Dziś rano komputer zaśmierdział i zgasł: tym razem już naprawdę trzeba kupić nowy. Tylko trochę nie ma za co. Męża boli głowa; proszka sam nie zażyje, trzeba mu podać. Lawiruję między wieloma pracami, tu coś, tam coś; wiem, sama chciałam, przecież nienawidzę cyrografów.

Jestem zmęczona, przeziębiona, niezadowolona i zła.

Chyba zacznę od herbatki na pms i czekolady.

Akt z kotem

Kot Duch ma jakiś problem z wodą w wannie. Ilekroć puszczamy wodę, a potem wychodzimy z łazienki, Duch leci tam, siada na pralce lub na wannie i zaczyna głośno, żałośnie, przywołująco miauczeć. Lecę więc i ja, głaszczę, koję i tłumaczę: jest ok, to tak ma lecieć, nic się nie dzieje. Duszek mruczy, pręży grzbiet i cichnie. Wychodzę.

Ale po chwili znów: potępieńcze wycie z łazienki. „Ratunku, ratuunkuu, tu leci woda, człowieku, ratuj, woda leci i NIKT JEJ NIE PILNUJE!” I tak dopóki któreś z nas nie przyjdzie do łazienki i nie wejdzie do wanny.

Zielonego pojęcia nie mam, co mu w tej wodzie przeszkadza. Może nie przywykł; przez dłuższy czas wchodziliśmy do wanny zaraz po puszczeniu wody z kranu, więc być może Duch uważa, że skoro się leje, to człowiek musi być. Nie wiem, nie ogarniam i tylko nieodmiennie mnie to śmieszy.
Sąsiadów pewnie mniej…


Kot Duch pilnuje mnie w kąpieli.

Miały być Beskidy

Miały być Beskidy, nie ma Beskidów. Towarzysz podróży zepsuł sobie nogę i tyleśmy pojechali. Jak pech, to pech.

Na pulpicie w dużym komputerze mam to i sama nie wiem, czy mi poprawia nastrój, czy psuje:

W małym komputerze mam to i identyczny dylemat:

Ale, kurczę, przynajmniej sobie popatrzę.

Blondynka śpiewa

Na wypadek, gdyby ktoś z Was nie zorientował się jeszcze z blipa, fejsa albo skądkolwiek – nagrałam piosenkę. Sama nie całkiem wiem, jak to się stało – ot, dawno temu napisałam tekst, od dawna też chciałam, żeby ktoś kiedyś zrobił muzykę do któregoś mojego „kawałka”. Na jakiejś imprezie zgadaliśmy się z Jankiem, że on ma sporo muzyki bez tekstu, a ja odwrotnie. Wymieniliśmy się kontaktami, potem o tym zapomniałam, a potem wrzuciłam na fb swój ostatni wiersz, a Janek pod spodem mi się przypomniał.

Dalej już poszło szybko i zanim się obejrzałam, muzyka była gotowa, brakowało tylko wokalistki. Oczywiste, że w tej sytuacji musiałam spełnić kolejne życiowe marzenie i zaśpiewać :) Moim pierwszym gorącym fanem został oczywiście mój mąż, który cały następny dzień słuchał tego w pracy. Z własnej woli!

Wiem, warsztat mam nie tyle fatalny, co zupełnie nieistniejący. I wiem, że głos niezły, nawet bym się poszkoliła, gdybym miała teraz na to pieniądze. Jak kto ciekaw, to proszę bardzo. Na końcu, w ramach bonusu, można usłyszeć Janka, Kaina i kozę.

Janek: – Nie weszłaś w dźwięk.
Ja: – Ależ weszłam. Tylko dość szybko z niego wyszłam…