Miesięczne archiwum: Listopad 2010

Na twoim miejscu nie robiłabym tego

Są ludzie, którzy nie lubią rozmawiać przez telefon i tacy, którzy nie uznają kontaktu internetowego. Są osoby, które nie tolerują, kiedy się ich dotyka – nieważne, czy obcy w autobusie, czy znajomy podczas rozmowy.
Ja, zasadniczo, lubię ludzi, chętnie z nimi piszę, rozmawiam przez telefon
i osobiście, nie mam szczególnych problemów z dotykaniem, kiedyś jeden facet zasnął mi na ramieniu w metrze i żal mi go było budzić, więc tak sobie spał.

Ale nie znoszę, kiedy się mnie szarpie. Nie cierpię, kiedy ktoś z rozpędu chwyta mnie w objęcia wokół żeber, zawsze za mocno i boleśnie, i trzyma w górze. Nie bawi mnie, gdy ktoś mnie gdzieś ciągnie przemocą, wyrywa coś z rąk, popycha w żartach, przewraca na kanapę, nawet bardzo miękką. Wrzucenie mnie w zaspę śnieżną zawsze było najgorszym możliwym sposobem zacieśnienia znajomości, a łaskotek nienawidzę odkąd pamiętam.

To nie tak, że cię nie lubię. Ale jeśli mnie dźgniesz palcami po żebra, połaskoczesz, wyrwiesz mi coś z ręki siłą, weźmiesz wpół i wystawisz
z pokoju – masz spore szanse, że zapamiętam to na bardzo długo, a nasze stosunki ulegną znacznemu ochłodzeniu.

Cóż, każdy ma swoje granice intymności, prawda?

Człowiek, Który Skarcił Kota*

Scrabblowo-piwny wieczór u Królowej Nocy. Siedzimy we troje: gospodyni, Elpanda i ja. W pewnym momencie kot coś narozrabiał. Panda był najbliżej, więc zabrał go z parapetu i postawił na podłodze.

My: – No ale skarć go jakoś! Okaż mu swoje niezadowolenie!

Panda, pochylając się nad kotem: – Chujowo, mój drogi.


tytuł Królowej.

Umrzeć z miłości

Przyjaciółka przysłała mi link do artykułu na pewnej stronie internetowej. W artykule tym (sprzed półtora roku) napisane jest, że  powstała nowa jednostka chorobowa: zespół złamanego serca. Atak tej choroby ma podobno objawy podobne do zawału i występuje bezpośrednio po bardzo stresującym przeżyciu. „Reakcja na silny stres była tak gwałtowna, że u pacjentów rozwijały się objawy kojarzone zwykle z zawałem serca, takie jak ból w klatce piersiowej i utrudnienie oddychania.” – czytamy w artykule i powiem Wam, że to brzmi niezwykle znajomo.

„To naprawdę istnieje! I można na to umrzeć!” – napisała moja przyjaciółka i kazała uważać z pewnym panem i w ogóle.

Co prawda autor artykułu zapewnia, że wszystkie osoby, u których stwierdzono zespół złamanego serca, przeżyły.  Mnie jednak przypomniał się fragment z Kamasutry i pomyślałam, że Hindusi już między I a IV wiekiem n.e. wiedzieli to, co w 2009 tak poetycznie nazwały medyczne autorytety z Japonii.

„Dziesięć jest faz miłości, a cechy ich są następujące:
1. miłość oka
2. skłonność serca
3. pobudzenie wyobraźni
4. bezsenność
5. wycieńczenie
6. obojętność wobec świata
7. zanik wstydu
8. szaleństwo
9. omdlenie
10. śmierć.”


P.S. Uprzedzając pytania: tak, zdaję sobie sprawę, że stresy mogą mieć różne podłoże, nie tylko miłosne ;)

Dobre chwile jesieni

…to te, kiedy kładziemy się wieczorem do łóżka i uchylamy okno, żeby przed snem posłuchać deszczu. Leżymy blisko siebie, trzymając się za ręce, stykając się głowami, ciepło przykryci. Któryś kot siada na parapecie i wystawia nosek na zimne powietrze, a za oknem szumi, pluska, hałasuje i plumka. I tak prawie zasypiamy, a tylko dlatego prawie, żeby potem jednak zamknąć to okno i się nie przeziębić ;-)

Nie będzie wiosny

W szkole podstawowej uczono mnie, że są cztery pory roku, a w Polsce nawet sześć, licząc z przedwiośniem i czymś jeszcze, nie pamiętam, może babim latem. Otóż dla mnie są dwie: ciepła i jasna oraz zimna i ciemna. Ta pierwsza w sposób oczywisty reprezentuje Dobro, druga zaś Zło. Latem budzę się rano, widzę słońce i szkoda mi dnia w domu. Wrzucam na siebie jakąś lekką szmatkę i pod byle pretekstem wychodzę. Zimą budzę się w południe, rzucam okiem w stronę okna i widzę ciemność. Ciężkie, szare chmury tuż nad głową, ilość światła, która wystarcza tylko, żeby podkreślić bury beton bloku naprzeciwko i czarne, gołe gałęzie drzew. Fuj. Ale walczę ze sobą, wstaję, staram się nie zapalać od razu lamp, tylko złapać choć trochę tego tak zwanego światła dziennego. Ale kiedy o 15.00 robi się wieczór, a dodajmy, że jeśli wychodzę do pracy, to zazwyczaj plus-minus o tej porze, naprawdę jest mi ciężko. Ok, nie marznę – jest centralne ogrzewanie, szczelne okna, ciepłe ubrania (nie znoszę się grubo ubierać, ale już trudno), gorące napoje. Nie muszę wychodzić z domu o świcie, kiedy jest najzimniej. Nie muszę, dajmy na to, wystawać w kolejkach przed sklepem. Cieszę się bardzo. Tylko tak strasznie brak mi światła i słońca!

A to dopiero listopad. Jak co roku jestem głęboko przekonana, że wiosny nigdy nie będzie.

Anioł pokoju i Fejsbuk

Otworzyłam okienko edycji, zamyśliłam się nad tematem wpisu i okazało się, że najlepszy pomysł, jaki mam, to notka o choinkach naturalnych i choinkach sztucznych. Ponieważ jednak mamy dopiero listopad i nawet u mnie christmas panic jest dopiero w fazie wstępnej, daruję Wam. Poszłam zatem na fejsa, bo przypomniało mi się, że tam na stronie mojego bloga (klikać w widget po prawej) zadałam jakiś czas temu pytanie, o czym życzycie sobie poczytać. A potem, po krótkiej dyskusji (pozdrawiam Moriego), zupełnie o tym zapomniałam.

No więc klikam sobie beztrosko w odpowiedni odnośnik… i widzę komunikat: „Przepraszamy, ale ten profil jest obecnie niedostępny. Spróbuj ponownie później”. Nic to, myślę, i próbuję ponownie od razu. To samo. I jeszcze raz. Spanikowałam, mówię Wam. Kiedyś mi usunęli pewien służbowy profil i nigdy nie odpowiedzieli na żadnego maila, więc jestem z lekka wyczulona. Dwa nerwowe posty na blipie i pięć minut później strona zadziałała poprawnie, ale ja oczywiście już zdążyłam wymyślić sto możliwych przyczyn niedostępności mojego fanpejdża i wszystkie mnie zdenerwowały.

Dokładnie to samo mam w innych życiowych sytuacjach. Na przykład dziś rano (pojęcie względne, ale w końcu jest niedziela). Leżałam jeszcze w łóżku i z pewnością nie zamierzałam rozpoczynać dnia przez co najmniej kwadrans, kiedy przyszedł sms. Nie odebrałam go, ponieważ ryzykowałabym urażeniem miłości własnej mego męża, ale przez głowę przeleciało mi wszystko, co usprawiedliwiałoby zakłócanie miru domowego w niedzielny poranek. Wersja najbardziej optymistyczna zakładała wizytę mile widzianego gościa, a najbardziej pesymistyczna – śmierć w rodzinie.

Tak, oto ja, Anioł Pokoju, Mistrzyni Ciętej Riposty, Kobieta z Kamienia. Alias Drama Queen. Niech ktoś ma w opiece moje otoczenie, jeśli kiedyś na przykład moje dziecko skutecznie ukryje się pod stołem, czy coś.

Anioł pokoju

Moja rodzina nie jest taka do końca spokojna i normalna. Mam brata choleryka, nerwową mamę, rodzoną siostrę z pozoru spokojną, ale jak co do czego, zadziwiająco podobną z profilu do rozzłoszczonej lwicy, resztę sióstr zasadniczo dość nieobliczalną i męża, który nie przepada za konfliktami.

Teraz wyobraźcie sobie dowolną nerwową sytuację rodzinną. Dajmy na to, choroba w domu, przygotowanie świąt, kłótnia o jakiś drobiazg… cokolwiek. Zgadliście, WTEM następuje pandemonium i trzęsienie ziemi. Najprostszy model zakłada, że wszyscy krzyczą. To jest o tyle dobre, że wtedy samemu też można sobie ulżyć, ale gorzej, jeśli za plecami ma się wrażliwca, który średnio znosi krzyki. Wtedy, Drogi Czytelniku, bierzesz głęboki wdech, zatrzymujesz i liczysz do trzech. Na więcej nie ma czasu. Następnie odwracasz się do najgłośniej krzyczącego i kładziesz mu rękę na ramieniu, przemawiając kojącym głosem.

Kiedy już pozbierasz dłoń z podłogi, przyszyjesz i zamaskujesz ślady po ranie, powtarzasz ten zabieg (znaczy uspokajające przemawianie, a nie przyszywanie ręki) z każdym wkurwionym uczestnikiem dyskusji. Prócz tego zbiorczo apelujesz do kultury osobistej uczestników, ich wrażliwości oraz faktu, że dzieci (koty, psy, prusaki, cokolwiek) słuchają. Skarceni w ten sposób krewni nie zaprzestają wprawdzie kłótni, ale zmniejszają kaliber przekleństw i nieco ściszają ton, a to już połowa sukcesu. Teraz należy bardzo szybko wymyślić rozwiązanie problemu, przedstawić go wszystkim w krótkich słowach (maksymalny czas wypowiedzi przypadający na jedną osobę w rodzinie wielodzietnej wynosi półtorej minuty, nie dotyczy sytuacji, kiedy wszyscy mówią na raz) i najlepiej odesłać każdego do wykonywania zadań w innej części mieszkania – a jeśli to możliwe, to w innej części kuli ziemskiej.

A jeśli wszystko zawiedzie… stanowczym ruchem stawiasz czajnik na gazie i gromko pytasz, komu herbaty. Nie ma w mojej rodzinie osoby, która by nie przerwała na chwilę nawet najgorszej awantury, żeby odpowiedzieć: „ja poproszę”.


Przez telefon sprawa jest nieco łatwiejsza, ponieważ da się rozmawiać – i wysłuchiwać – tylko jednej osoby na raz. Zatem słuchasz, potakujesz, przepraszasz albo prosisz i przede wszystkim nie podnosisz głosu. Sprawę bardzo ułatwia fakt, że telefonem komórkowym nie da się trzasnąć. Rola mediatora, organizatora i pośrednika jest o wiele łatwiejsza, kiedy sama technika ogranicza ci do minimum możliwość gwałtownych zachowań. Niestety nie da się jeszcze przez telefon poczęstować herbatą, ale w sumie zaproponować można – a nuż zadziałają podstawowe odruchy i rozmówca się uspokoi?

Muszę spróbować.

A Ty, Drogi Czytelniku? Też próbujesz być aniołem pokoju w domu wariatów? A może raczej rzucasz sobie raz a zdrowo soczystą kurwą macią i nie próbujesz koniecznie dorobić się wrzodów w pakiecie z nerwicą?

Księżniczką być

Dużo wpisów na blipie taguję „księżniczka”. Na pół ironicznie, bo są to albo kaprysy blondyneczki, albo blipnięcia o tym, jak to mi się paznokieć złamał lub coś zaszkodziło mojej, faktycznie wrażliwej, skórze. Tendencja się jakoś przyjęła i teraz czasem różni ludzie mi księżniczkują, co jest przeurocze, choć na pewno niezdrowe dla mojego rozbuchanego ego. Czymże by jednak była księżniczka bez swojego dworu?

I tu dochodzimy do sedna, a mianowicie do tego, że aby księżniczką być, trzeba mieć po temu możliwości. Słabo się człowiek wczuwa w tę rolę podczas, dajmy na to, malowania ścian, wymiany żarówki, dźwigania zakupów i tak dalej. Nie żeby mój domowy książę był tak od razu pierwszy do wymiany żarówki, ale faktem jest, że odkąd jesteśmy razem, delikatnieję sobie z dnia na dzień. Podział ról jest u nas taki, że to ja jestem od planowania i główkowania, on zaś odciąża mnie w mniejszych, codziennych rzeczach. Fajnie jest mieć kogoś, kto zrobi i poda herbatę, przygotuje kąpiel, przyniesie zakupy, wymasuje plecy… No więc tak siedzę sobie i kapryszę, a dla równowagi mam na głowie całą logistykę. Myślę, że to dość uczciwy podział :)

Niepokojące jest tylko to, że ogromnie się przyzwyczaiłam do tej korony na głowie i jeśli kiedyś będę musiała ją szybko zrzucić – jak nic będzie bolało.

Dobrzy ludzie

…czy ktoś z Was umie śpiewać? Ale tak profesjonalnie? Sprawa jest taka, że bardzo chcę do lutego się podszkolić. Jak mi to wychodzi teraz, można usłyszeć tutaj. Ponieważ nie poprzestajemy z Jankiem na tej jednej piosence i pracujemy dalej, a ja chciałabym móc je zaśpiewać sama – nie ma rady, potrzebuję lekcji. Niestety nie stać mnie w tej chwili na nauczyciela śpiewu, więc pomyślałam, że może ktoś ze śpiewających znajomych pomoże? Nie chcę za darmo, Boże broń, mam różne skile i któryś się na pewno przyda. Mogę w zamian zaopiekować się dziecięciem, napisać dowolny tekst, wymasować plecy lub stopy, ugotować dobry obiad, zrobić najlepsze tiramisu na świecie… i tak dalej, i tak dalej.

Więc jeśli ktoś z Was umie, chce i może, dajcie znać, przy odrobinie szczęścia dokonamy satysfakcjonującej obie strony wymiany usług. Hm?

Dialogi

Ja: – Kupię sobie czerwone szpilki.
Orkan: – I będziesz je nosić do czegoś, czy tak sauté?
Ja, z namysłem: – Hm, myślę, że do czerwonych szpilek będzie pasować…
Orkan, stanowczo: – Do czerwonych szpilek świetnie będzie pasować białe wino.

Ja: – Nie lubię mieć masła zamiast mózgu.
Suchy: – To nie spotykaj zajebistych facetów.
(Naprawdę, dzięki za radę, Suchy.)

Pandziak: – Stwierdzam, że zostawiasz ślady. A jeśli to nie ty, to spałem na grabiach.