Anioł pokoju

Moja rodzina nie jest taka do końca spokojna i normalna. Mam brata choleryka, nerwową mamę, rodzoną siostrę z pozoru spokojną, ale jak co do czego, zadziwiająco podobną z profilu do rozzłoszczonej lwicy, resztę sióstr zasadniczo dość nieobliczalną i męża, który nie przepada za konfliktami.

Teraz wyobraźcie sobie dowolną nerwową sytuację rodzinną. Dajmy na to, choroba w domu, przygotowanie świąt, kłótnia o jakiś drobiazg… cokolwiek. Zgadliście, WTEM następuje pandemonium i trzęsienie ziemi. Najprostszy model zakłada, że wszyscy krzyczą. To jest o tyle dobre, że wtedy samemu też można sobie ulżyć, ale gorzej, jeśli za plecami ma się wrażliwca, który średnio znosi krzyki. Wtedy, Drogi Czytelniku, bierzesz głęboki wdech, zatrzymujesz i liczysz do trzech. Na więcej nie ma czasu. Następnie odwracasz się do najgłośniej krzyczącego i kładziesz mu rękę na ramieniu, przemawiając kojącym głosem.

Kiedy już pozbierasz dłoń z podłogi, przyszyjesz i zamaskujesz ślady po ranie, powtarzasz ten zabieg (znaczy uspokajające przemawianie, a nie przyszywanie ręki) z każdym wkurwionym uczestnikiem dyskusji. Prócz tego zbiorczo apelujesz do kultury osobistej uczestników, ich wrażliwości oraz faktu, że dzieci (koty, psy, prusaki, cokolwiek) słuchają. Skarceni w ten sposób krewni nie zaprzestają wprawdzie kłótni, ale zmniejszają kaliber przekleństw i nieco ściszają ton, a to już połowa sukcesu. Teraz należy bardzo szybko wymyślić rozwiązanie problemu, przedstawić go wszystkim w krótkich słowach (maksymalny czas wypowiedzi przypadający na jedną osobę w rodzinie wielodzietnej wynosi półtorej minuty, nie dotyczy sytuacji, kiedy wszyscy mówią na raz) i najlepiej odesłać każdego do wykonywania zadań w innej części mieszkania – a jeśli to możliwe, to w innej części kuli ziemskiej.

A jeśli wszystko zawiedzie… stanowczym ruchem stawiasz czajnik na gazie i gromko pytasz, komu herbaty. Nie ma w mojej rodzinie osoby, która by nie przerwała na chwilę nawet najgorszej awantury, żeby odpowiedzieć: „ja poproszę”.


Przez telefon sprawa jest nieco łatwiejsza, ponieważ da się rozmawiać – i wysłuchiwać – tylko jednej osoby na raz. Zatem słuchasz, potakujesz, przepraszasz albo prosisz i przede wszystkim nie podnosisz głosu. Sprawę bardzo ułatwia fakt, że telefonem komórkowym nie da się trzasnąć. Rola mediatora, organizatora i pośrednika jest o wiele łatwiejsza, kiedy sama technika ogranicza ci do minimum możliwość gwałtownych zachowań. Niestety nie da się jeszcze przez telefon poczęstować herbatą, ale w sumie zaproponować można – a nuż zadziałają podstawowe odruchy i rozmówca się uspokoi?

Muszę spróbować.

A Ty, Drogi Czytelniku? Też próbujesz być aniołem pokoju w domu wariatów? A może raczej rzucasz sobie raz a zdrowo soczystą kurwą macią i nie próbujesz koniecznie dorobić się wrzodów w pakiecie z nerwicą?

18 myśli nt. „Anioł pokoju

  1. Luca Autor wpisu

    No ale mnie chodzi o odpowiednik trzaśnięcia słuchawką o widełki… bo wiecie, za moich czasów były takie telefony z widełkami ;P

  2. anks

    u mnie to zimna wojna raczej jest. jak pojawia się konflikt to każdy zamyka się w swoim pokoju i nie wchodzi pozostałym w drogę.
    najgorsze, że to może trwać miesiącami…

  3. Luca Autor wpisu

    Hm, ale jak jest sytuacja kryzysowa, to co – tak sobie ona, ta sytuacja, lezy na środku i czeka, az Wam przejdzie?

  4. Alquana

    Mozna trzasnąc najpierw o ścianę, a potem się rozłączyć. Efekt jest!

    Ja Cie podziwiam, że tak wszystkich kochasz i chce Ci się godzić, bo ja juz dawno dałam sobie spokój u uznałam, że nie moja broszka. Zresztą podejrzewam, że duzo łatwiej się godzi, jak wszyscy są naraz i krzyczą, niż jak każdy stroi fochy obrazony i trzeba jeździć z jednej strony na drugą, mediować i do rozsądku przemawiać – a to akurat po wszystkich stronach mojej rodziny dość powszechna praktyka.

    Jeno MAMA ze swoją siostra maja zdrowy zwyczaj nakrzyczenia na siebie raz na trzy miesiące, żeby zdrowo było.

  5. Luca Autor wpisu

    Alq, ale mi nawet nie chodzi o jakieś kamienie obrazy między członkami rodziny – my się rzadko na poważnie kłócimy. Tylko raczej o sytuacje, kiedy na przykład kot jest ciężko chory albo coś – kiedy trzeba wykonać razem jakieś zadanie. Nawet niech będzie ta wigilia; przecież nie odwrócę się na pięcie i nie pojadę sobie do domu, tylko jednak należałoby nakryć ten stół i usiąść do niego…

  6. Alquana

    W takich wypadkach nad ogólnym fochem całej rodziny siedzącej po kątach domu znajduje się jedna lub druga oaza spokoju, która jak gdyby nigdy nic bierze sprawy w swoje ręce i jedzie. Godzenie za długo by trwało.

  7. Luca Autor wpisu

    W sumie nie wiem, co wolę – męczyć się z ogarnianiem awantury, czy męczyć się z ogarnianiem tego, czego skłócona rodzina nie ogarnie… Ale ja w ogóle jestem zwolenniczką teorii, że problemy trzeba rozwiązywać. Może to też trochę skutek tego, że politykę „sama sobie poradzę” stosuje moja mama i wzbudza przy tym w nas takie wyrzuty sumienia, że trzeba by żelaznego charakteru, doprawdy.

  8. ?!MiSzA!?

    Moja rodzina jest na szczęście – z całym szacunkiem – zrównoważona, ale mieszkam pod jednym dachem z bardzo niestabilnym materiałem wybuchowym, a sprawę pogarsza fakt, że, podobnie jak Cain, bardzo jestem na krzyki i awantury uczulony. Momentalnie pokrywam się swędzącą wysypką. Sytuacja jest znacznie od Twojej łatwiejsza, bo ja mierzę się z jedną wściekłą wilczycą, a nie z całą watahą, więc stawiam na rozładowujący sytuację żart. Zwykle się udaje, ale czasem to jak stawać z parasolką przeciwko tsunami…

  9. R.B.

    PODZIWIAM!
    Rodzina „do końca spokojna” nie istnieje w przyrodzie, a jak by istniała – to by nie przeżyła. I raczej to właśnie jest normalne. Wyobraź sobie, co by było, gdyby to całe ciśnienie nie znajdowało ujścia??? A tak bywa, gdy POZORNIE każdy sobie „sam poradzi” izolując się od problemu.
    A jeśli w takim młynie, jaki opisujesz, potrafisz być aniołem pokoju, to znaczy że wykorzystujesz naturalne zdolności organizacyjne i przywódcze.
    A najważniejsze, że potrafisz policzyć do trzech i zacząć z innego poziomu. Najczęstszym błędem w takich sytuacjach jest to, że KAŻDY myśli, że zaraz zaprowadzi porządek – po czym dorzuca kolejny granat!

    Oczywiście zakładam optymistyczne, że po wygaszeniu emocji powód burzy okazuje się na tyle nieistotny, że całkowicie utonął w herbacie??
    Czego na stałe życzę!

    P.S.
    Może nie powinienem zabierać tu głosu, ale nie byłbym sobą :-)

  10. synafia

    Kiedyś byłam aniołem pokoju. Teraz przeszłam na ciemną stronę mocy. Nie uspokajam, ale daje się uspokoić przynajmniej. I chyba wszytskim lepiej ;)

  11. Luca Autor wpisu

    Wiecie. Żeby być całkiem uczciwą, muszę powiedzieć, że bywam oczywiście po drugiej stronie. Zazwyczaj w zaciszu domowym. Kain wtedy robi tak, jak Misza, czyli próbuje mnie rozśmieszyć, co się udaje za każdym razem, o ile to nie on jest winowajcą. Wkurzam się błyskawicznie, ale też szybko uspokajam.

    RB: Ależ zabieraj sobie, zabieraj, czemu nie? :)

  12. Tomek

    hm, L. u Ciebie jest o tyle dobrze w rodzinie, że macie swojego Anioła Pokoju ;) U mnie niestety to nie działa, bo ja choleryk, mama choleryczka, a babcia jej pod tym względem nie ustępuje ;) U nas jak zaczynają się konflikty, to druga wojna światowa, to zabawa w podchody, a rozwiązanie z reguły się nie znajduje… Najczęściej kończy się wciśnięciem ‚czerwonej słuchawki’ w telefonie, albo wyjściem z mieszkania mocno trzaskając drzwiami.

    Konflikt z reguły rozwiązuje się sam po paru dniach i wszystko wraca do normy…

  13. Luca Autor wpisu

    To też dobrze, bo oznacza, że Wasza więź jest na tyle silna, żeby się nie gniewać długo :)

  14. Tomek

    Tak, tylko potem trwa coś w rodzaju zimnej wojny. Tylko, że u nas wygląda to tak, że niby jest już wszystko w porządku, a za jakiś czas ktoś wytacza swoje żale nierozwiązane w czasie kłótni i tak rodzi się kolejna kłótnia. I trwa to już 20 lat, a przynajmniej tyle pamiętam.

Możliwość komentowania jest wyłączona.