Umrzeć z miłości

Przyjaciółka przysłała mi link do artykułu na pewnej stronie internetowej. W artykule tym (sprzed półtora roku) napisane jest, że  powstała nowa jednostka chorobowa: zespół złamanego serca. Atak tej choroby ma podobno objawy podobne do zawału i występuje bezpośrednio po bardzo stresującym przeżyciu. „Reakcja na silny stres była tak gwałtowna, że u pacjentów rozwijały się objawy kojarzone zwykle z zawałem serca, takie jak ból w klatce piersiowej i utrudnienie oddychania.” – czytamy w artykule i powiem Wam, że to brzmi niezwykle znajomo.

„To naprawdę istnieje! I można na to umrzeć!” – napisała moja przyjaciółka i kazała uważać z pewnym panem i w ogóle.

Co prawda autor artykułu zapewnia, że wszystkie osoby, u których stwierdzono zespół złamanego serca, przeżyły.  Mnie jednak przypomniał się fragment z Kamasutry i pomyślałam, że Hindusi już między I a IV wiekiem n.e. wiedzieli to, co w 2009 tak poetycznie nazwały medyczne autorytety z Japonii.

„Dziesięć jest faz miłości, a cechy ich są następujące:
1. miłość oka
2. skłonność serca
3. pobudzenie wyobraźni
4. bezsenność
5. wycieńczenie
6. obojętność wobec świata
7. zanik wstydu
8. szaleństwo
9. omdlenie
10. śmierć.”


P.S. Uprzedzając pytania: tak, zdaję sobie sprawę, że stresy mogą mieć różne podłoże, nie tylko miłosne ;)

5 myśli nt. „Umrzeć z miłości

  1. R.B.

    Jak powiedział Pan Zagłoba (XVII w):
    „A kaz z takiej miłości psom buty poszyć”!
    Miłe dla oka wrażenia, poparte skłonnością serca i pobudzone wyoraźnią – bardzo chętnie! Do miłości prowadzić mogą, a nawet niezbędne są. Z bezsenności i wycieńczenia rzdzę zrezygnować. Lepiej kochać, będąc wyspanym i w pełni sił. Obojętności wobec świata bym także nie polecał. Nic milszego, jak z osoba ukochaną pięknoświata podziwiać!
    Wstyd, jak wiadomo inaczej się odczuwa w sytuacjach miłosnych niz na co dzień, a i odrobina szaleństwa przyjemna będzie. Ale omdlenia i śmierć – to juz stanowczo nie. Chyba tylko jako poetycka metafora miłego acz gwałtownego finału miłosnych igraszek.
    Chyba tłumacz tej wersji kamasutry kochał … niedokładność!

    Miłośc, która prowadzi do załamań, niestety, nie jest z obu stron prawdziwą miłością. To oczywiste, ale jakoś czasem zapominane. Chyba ilość miłosnych niepowodzeń powoduje, że często się tak negatywnie kojarzy. A kraj kwitnącej wiśni w kolorach Sony – to akurat kiepski wzór dla życia uczuciowego w obecnym wieku. Społeczeństwo niespełnionych frustratów, jak widać choćby ze statystyk samobójstw. A i relacje damsko-męskie, w tradycyjnym ujęciu dalekie od zwyczajów Europy!

    A „zespół złamanego serca”? Cóż, uważał bym także w przypadku nagłej kontroli biletów w autobusie. Objawy bywają podobne…

  2. R.B.

    KAMASUTRA
    Linku nie podam, ale niedawno to znalazłem.
    W zapowiedzi jest publikacja nowego przekładu. Ma ono obejmować CAŁOŚĆ filozoficznego poematu, a nie tylko część ograniczającą się do technik miłosnych, co było przedmiotem najbardziej znanych dotychczas opracowań.
    Polecam!

  3. Luca Autor wpisu

    W „najbardziej znanych opracowaniach” nie znajdziesz tego fragmentu ;) Pochodzi on z najpełniejszego dostępnego przekładu „Kamasutry czyli traktatu o miłowaniu” autorstwa Watsjajana Mallanaga (pewnie to nazwisko się odmienia, ale nie wiem jak), którego się długo naszukałam w sieci, bo niestety nie mam na półce. Ale czytałam kiedyś i zapamiętałam ten fragment, który notabene w wersji pożyczonej od sąsiadki brzmiał: „10. Wreszcie śmierć”. W notce cytuję przekład Marii Krzysztofa Byrskiego.

    Sądzę, że autor nie miał na myśli miłości wzajemnej, tylko nieodwzajemnione uczucie odczuwane przez jedną osobę. Fragment poprzedzony jest poza tym następującą interesującą poradą:
    „Jeśli bohater spostrzeże, iż miłość jego wzrasta przechodząc przez wszystkie fazy z dnia na dzień, niechaj tedy, ratując własne ciało od śmierci, zbliży się nawet z niewiastą należącą do innego.”

    Wskazywałoby to, że chodzi może bardziej o pożądanie, niż miłość, ale już nie bądźmy drobiazgowi, wszak te rzeczy chodzą zazwyczaj w parze.

  4. R.B.

    Jak widzę, temat potraktowałaś poważnie.
    Ale w meritum – im dalej, tym smutniej!
    Doszliśmy już do wątpliwości co do rozróżnienia miłości i pożądania, dowiedzieliśmy się, że zajmujemy się nie obobóplnym uczuciem, a nieodwzajemnionym. Tak samo to dla mnie pesymistyczne, jak literacko-romantyczne ujęcie miłości, która MUSI kojarzyć się z cierpieniem. A na domiar złego rada: zabierz INNĄ kobietę, i to należąca do kogos innego. To już nie lepiej wolnej poszukać???
    Stanowczo nie ten krąg kulturowy!
    Czy może rada w pełnym brzmieniu brzmi:
    zabierz komuś kobietę, daj sobie spokój z Kamasutrą, postudiuj inną sutrę mówiącą o sztuce walki!

    Chyba jednak bliżej mi do Owidiusza, jeśli nie do Fredry :-)

  5. Luca Autor wpisu

    Ba. Nikt nie powiedział, że Owidiusz miał lekko, ale rzeczywiście ujmował te sprawy dużo sympatyczniej :)

Możliwość komentowania jest wyłączona.