Miesięczne archiwum: Grudzień 2010

Komu golarkę?

– czyli konkurs z nagrodą rzeczową

Jak wspomniałam w poprzedniej notce, mam dla Was golarkę Philips SensoTouch, o której więcej na stronie producenta (i we wpisie poniżej).

Badania pokazują podobno, że golarki męskie częściej kupują kobiety. Nie dla siebie rzecz jasna, ale dla swoich partnerów. Dlatego też kampania informacyjna pod nazwą „Nowy wymiar golenia” skierowana jest do kobiet. Konkurs także jest dla kobiet, które mogą wygrać maszynkę dla swojego faceta. Albo brata, taty, kumpla – nie wnikam ;)

Edit:
Panów też zapraszam do udziału ;)

Zasady są następujące: aby wziąć udział w konkursie, musicie najpierw mieć dobrą historyjkę z życia wziętą, która traktuje o męskim goleniu. Może być zabawna, może być romantyczna albo rodem z horroru, wszystko jedno – grunt, że opowiadamy sobie o golących się facetach. Możecie to robić w komentarzach pod tym postem, przez tydzień, czyli do 4 stycznia włącznie. Po tym czasie wybiorę historyjkę, którą uznam za najfajniejszą, a jej autorka dostanie nagrodę.

Proste? Proste. Regulamin konkursu jest tutaj, a ja mam dla Was pierwszą opowieść:

Dawno, dawno temu poznałam pewnego fajnego faceta (w skrócie FF). Szczęśliwy traf i moje gorące starania sprawiły, że on także uznał mnie za całkiem fajną i zaprosił mnie na małą imprezę na działce. Lato było. Siedzieliśmy sobie ze znajomymi przy ognisku, a potem wszyscy poszli spać, my zaś dopiliśmy kolejne wino i zaczęliśmy się całować. Całowaliśmy się do rana, a kiedy było już całkiem jasno, zasnęliśmy przy dopalającym się ognisku.

Po przebudzeniu okazało się, że mam wielką dziurę w brodzie, ponieważ FF miał odrastający już po goleniu poprzedniego poranka, twardy zarost. W nocy tego nie czułam, zapewne znieczulona pocałunkami i winem. Karą za rozpustę było chodzenie przez dwa tygodnie ze strupem na twarzy.

Morał? Panowie, zawsze gólcie się tuż przed randką. Drogie panie, podczas randki zerkajcie czasem w lusterko ;-)

Golarka SensoTouch – test

Parę dni przed świętami napisał do mnie przedstawiciel firmy Heureka, odpowiedzialnej za promocję nowych golarek Philips. Zaproponował mi test golarki dla mężczyzn. Ja wiem, że to brzmi dziwnie. Ale testować miał, rzecz jasna, Kain – a ja o tym napisać. Nowa golarka dobra rzecz, temat na notkę też, a co najfajniejsze, będę miała drugą taką dla Was (ale o tym w innej notce), więc zgodziłam się chętnie.

Dzień przed Wigilią przyszła paczka. W paczce było takie pudełko:

a w pudełku golarka, a oprócz tego stojak z przyssawkami, końcówka-trymer, zasilacz, etui i szczoteczka do czyszczenia. Całość tego stuffu wygląda tak:

Będziecie się śmiać, ale oczywiście pierwsze, co pomyślałam o maszynce, to że jest bardzo ładna. I tak, kusząc urodą (no, tak naprawdę to nie, bo zamknęłam ją z powrotem w pudełku) przeleżała parę dni. A dziś Kain postanowił ją wypróbować, to znaczy ja postanowiłam, że on ją wypróbuje, zagnałam go do łazienki i osaczyłam z aparatem.

Chłopak ogolił się drugi raz w ciągu tygodnia, więc doceńcie poświęcenie! Powyżej jeszcze przed goleniem. Dramatyczny ten zabieg dotyczył tylko policzków, bo bródka musi być, wiadomo.

Nie ładowaliśmy maszynki – po wyjęciu z opakowania od razu nadaje się do użycia. Mój facet zazwyczaj używa tradycyjnej maszynki do golenia z wymiennymi ostrzami, ale z elektrycznymi jest obeznany, bo kiedyś korzystał. Golił się na sucho – chcieliśmy przeprowadzić także test z goleniem na mokro, z żelem do golenia, ale nam się zapomniało.

Maszynka jest niezbyt głośna, poręczna, wygodna. Bez większego problemu goli krzywizny. Zostawia lekki cień zarostu – może dlatego, że mój mąż ma miękki zarost i ciężko go dokładnie ściąć, a może tak być musi i już. Miejsca, których nie widać w lusterku – przy uszach i na szyi – dogalała żona, bo żeby ogolić pojedyncze włoski, które się gdzieś tam ostały, trzeba się trochę namęczyć.

Potem wypróbowaliśmy trymer. Można nim zrobić piękny równy wąsik, z którym Kain wyglądałby jak kapral. Ta wizja trochę mnie przeraża. Ale przycięliśmy (wspólnymi siłami) wąs, aby nie wpadał panu i władcy do zupy oraz ciachnęliśmy kilka nie pasujących nam do wizji włosków z brody.

Urządzenie spokojnie wytrzymało te zabiegi, bateria nie wołała jeść, maszynka zrobiła się lekko ciepła, ale nie gorąca i najwyraźniej mogła jeszcze. Nam jednak wystarczyło, powędrowała z powrotem do pudełka, a Kain posmarował kremem lekko podrażnioną skórę. Myślę, że normalny człowiek obszedłby się bez kremu czy balsamu – my jesteśmy wrażliwcy i alergicy.

Szanowny małżonek ocenia sprzęt pozytywnie, bez punktów karnych, choć zamierza go używać raczej na wyjazdach – w domu nadal woli szybszą w użyciu tradycyjną maszynkę z ostrzami. Na koniec jeszcze zdjęcie ogolonego Kaina:

Narodzenie

Wierzącym życzę, żeby w całym świątecznym szale znaleźli czas na refleksję, chwilę modlitwy i prawdziwe poczucie tego, co świętujemy.

Niewierzącym – aby poczuli magię Gwiazdki, choć przez chwilę, pełną piersią, i chcieli ją czuć już co roku.

Dzieciom – żeby były radosne cały czas. Dorosłym tego samego ;)

Tym, którzy nie lubią Bożego Narodzenia – żeby znaleźli w nim coś, co im przypadnie do serca.

Zmęczonym – żeby się nie napinali. Nie warto!

Wszystkim, żeby tegoroczne święta były właśnie takie, jak lubią najbardziej. Spełnienia marzeń, Kochani.

Love, L.

Nie chcieć nic

Tamta kobieta
maluje usta
Tamta kobieta
nosi sukienki
Tamta kobieta
za którą tęsknisz

A ja…
Lubię spacerować
oddzielnie
Lubię Cię spotykać
niechcący
I wracać
I nie chcieć
od ciebie
Nic

Lubię robić zdjęcia
twoim śladom
I zawracać przed tym
nim mógłbyś
zobaczyć…

Zobaczyć
w moich oczach
Coś więcej

Ty…
A ja…
Lubię trzymać ręce
w kieszeniach
Lubię patrzeć z boku
nie płosząc Cię
I wracać
I nie chcieć
od ciebie
Nic

Katarzyna Groniec, „Tamta kobieta”
znalezione tu

Skutki uboczne

Z pewną fascynacją odkrywam reminiscencje wejścia w związek małżeński, które nigdy by mi nie przyszły do głowy. Na przykład mówię w towarzystwie (albo piszę na blipie), że mój facet to czy tamto. I w ciągu pięciu sekund pięć osób mnie karci: „MĄŻ! Masz męża, a nie faceta!”. No doprawdy, to co, przestał być facetem? A ja kobietą, skoro już przy tym jesteśmy? I teraz mam każdą wzmiankę o Kainie rozpoczynać od słów „mój mąż”? Trochę jakby pretensjonalne.

Druga rzecz, dość zabawna, to fakt, że najwyraźniej jako kobieta zamężna stałam się znacznie mniej atrakcyjna ;) To powinno było, jak mi się zdaje, nastąpić w chwili, kiedy zaczęłam być w związku. Ale nie, jakoś teraz dopiero. Wynikałoby z tego, że związek nie potwierdzony podpisem i obrączką jest kompletnie nieistotny, natomiast z chwilą złożenia tego podpisu staje się wtem i nagle ważny i nierozerwalny. No nie wiem, dla mnie osoba zajęta to osoba zajęta, nieważne, czy jest zaręczona, poślubiona, czy też jest tzw. kociołapką. A nawet, wyobraźcie sobie, jeśli ma nieformalnego partnera na drugiej półkuli.

Trzecia ciekawostka dotyczy tego, że nagle słowa „masz męża” stały się odpowiedzią na wszystko. „To fajny facet” – mówię. „Ale ty masz męża!” Mam zły nastrój. „Ale masz męża!” Wyjechałabym gdzieś. „A mąż? Męża masz.” I tak dalej.

Tak, mam męża i – serio – zdaję sobie z tego sprawę. Zauważyłam, pamiętam, rozumiem, czaję, jarzę, kąsam fabułkę. Naprawdę. I jestem bardzo szczęśliwa, że jesteśmy z Kainem małżeństwem.

Tylko, wiecie, jakoś nie uważam, żeby to mnie już do końca życia definiowało. Ani też żeby miało mi wystarczyć na zawsze. To – przepraszam, jeśli komuś rozwieję złudzenia – nie jest tak, że kobieta, która ma męża, nie posiada już w życiu innych ambicji, problemów, planów i sympatii. A jeślibym tak miała, to coś mi się zdaje, że byście mnie nie kochali.

Czy zdałbyś do piątej klasy podstawówki?

Bardzo często, czytając blogi znajomych, natykam się na kwiatki w rodzaju: „Idąc ulicą, zdarzył się wypadek”. Doprawdy, wydaje się, że imiesłów przysłówkowy współczesny to najtrudniejsze wyzwanie dwudziestego pierwszego wieku. Bardzo trudno mi to zrozumieć, bo ja sama nigdy nie miałam problemów z jego użyciem – zapewne zaczęłam to robić, zanim umiałam prawidłowo wymówić słowo „gramatyka” (wiadomo, trudna głoska „r”).

W poczuciu misji staram się  czasem wyjaśnić autorowi, że popełnił błąd gramatyczny. Zazwyczaj wtedy okazuje się, że autor nie rozumie, co jest nie tak. Na pewno nie mam talentu do nauczania i tłumaczenia (dlatego pomocny okazuje się ten link), ale niestety nie tylko w tym problem. Jak bowiem wytłumaczyć, że imiesłów odnosi się do podmiotu komuś, kto nie wie, co to jest podmiot?

Nie znam dokładnie programu nauczania w szkole podstawowej, ale pamiętam, że gdzieś w połowie tej szkoły uczono nas o częściach zdania. Wiecie: podmiot, orzeczenie, dopełnienie, okolicznik, przydawka. Albo i nie wiecie, bo, jak się okazuje, moi rówieśnicy dziś nie mają pojęcia, jak się nazywają części zdań, jak je rozpoznać i po co im w ogóle ta wiedza.

Więc bardzo proszę, w komentarzach, bez zaglądania do gugla, bez ściąg i pytania młodszego rodzeństwa: co to jest, na przykład, podmiot domyślny?

(Szanowne koleżanki redaktorki&copywriterki, dajcie najpierw szansę innym ;p)

A na okraszenie tego nudnego tekstu, proszę, znaleziony w sieci obrazek pokrewny tematycznie:

Kocie kaprysy

Tydzień pierwszy: duża puszka jest be – na drugi dzień najwyraźniej traci zapach, a smak nam się nudzi. Kupcie lepiej kilka małych, ludzie, bo nie będziemy jeść wcale.

Tydzień drugi: te małe puszki w sumie też są niesmaczne. Nie będziemy tego jeść, dajcie nam coś innego.

Tydzień trzeci: o, saszetki. Saszetki są dobre. Droższe? A co nas to obchodzi, będziemy jeść saszetki i koniec!

Tydzień czwarty: ty, patrz, dali kurczaka. Fuuj, niedobre. A te wieczne saszetki? Kto by to chciał jeść! Chrupki, tak, to rozumiem.

Tydzień piąty: oho, złamali się i kupili dużą paczkę chrupek. Ale fajnie. To niech ona tu sobie stoi, ta paczka, bo my nie będziemy jeść chrupek, znudziły nam się…

Dobra Wróżka nie istnieje

Nauczyłam się czytać w wieku czterech lat. Nie było wtedy kolorowych telewizorów, kablówki, internetu, wypożyczalni video i bogatego repertuaru kinowego. Połknąwszy „Kubusia Puchatka” i różne „Poczytaj mi, mamo” zabrałam się kolejno za „Doktora Dolittle”, „Mary Poppins”, Muminki, baśnie braci Grimm, Andersena, „Alicję w Krainie Czarów”…
po czym skończyły mi się bajki i gdzieś w okolicach pierwszej klasy wzięłam się za Montgomery, Maya i Chmielewską.

Z powyższych przyczyn z większością baśni zapoznałam się, zanim dobrała się do nich wytwórnia Disneya lub przynajmniej za nim te, do których się już była dobrała, dotarły pod polskie strzechy. Uładzone i wygładzone wersje znanych mi historii przyjęłam bez rewelacji, nauczona od początku, że książka sobie, a film sobie. Do dziś unikam oglądania ekranizacji, jeśli przedtem nie przeczytałam książki, a do filmów na podstawie lub
„na motywach” moich ulubionych powieści podchodzę bardzo ostrożnie
i sceptycznie, co mi oszczędza wielu rozczarowań. Ale nie o tym. Z wiekiem bowiem coraz częściej spotykam ludzi, którzy edukację „bajkową” odbyli tylko za nieudolnym pośrednictwem pana Disneya i jego ekipy, a jeśli czytali książki, to zazwyczaj były to kolorowe cudeńka wydane razem z filmem – okrojona opowieść na podstawie okrojonej filmowej wersji.

Ponieważ do tych ludzi należy także Kain, rozpoczęłam edukację.
Na pierwszy ogień poszedł „Mały Książę”, teraz jesteśmy w połowie „Kubusia Puchatka” i pomału zezuję w stronę braci Grimm i Andersena. Trochę przy tym spoileruję, a mój mąż z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami przyjmuje informacje, że Kopciuszek nie miał żadnej Dobrej Wróżki Matki Chrzestnej, że Mała Syrenka nie wyszła za księcia, Pan Sowa był rodzaju żeńskiego (przynajmniej w polskim przekładzie), a roszpunka to rodzaj sałaty.

Nie jest lekko, proszę Państwa ;) Ale staramy się, działamy, praca
u podstaw i te sprawy. Czytam na głos wieczorami lub rano w weekendy,
w łóżku lub w wannie, po jednym rozdziale, czasem dwa. To miłe i ciepłe chwile, lubię czytać mu na głos bajki z mojego dzieciństwa i razem się
z nich cieszyć.

Jednakowoż apeluję: edukujcie swoje dzieci. Czytajcie im wartościowe książki, rozmawiajcie o literaturze i kinematografii, większym podsuwajcie oryginalne wersje. Wszak czego Jaś się nie nauczy, to Janowi będzie musiała wtłoczyć do głowy Małgosia ;)

Miasto na K jak „tęsknię”

Cały dzień siedzę przy komputerze i słucham Kaczmarskiego. Moja aktywność ograniczyła się póki co do ufarbowania włosów, napisania maila do A. i zagrzania piwa. Sporym wysiłkiem woli zmusiłam się
do naskrobania paru zdań służbowo i od rana się zbieram do powieszenia prania.

Każda czynność przychodzi mi dziś z trudem, czuję się, jakbym brodziła
w kisielu, zamiast w powietrzu. Ciemno, chłodno, duszno, ciasno, sennie. Tęskno.

Komuś innemu powiedziałabym: to minie.