Miesięczne archiwum: Styczeń 2011

Prezent

Znajoma, która pasjonuje się fotografią, zrobiła mi na urodziny fajny i oryginalny prezent: sesję zdjęciową. Anks i jej sprzęt fotograficzny, nasze mieszkanie, zapał i dwie godziny wspólnej pracy (a następnie kolejne godziny spędzone przez nią na obróbce zdjęć) dały efekt, którego próbką narcystycznie chwalę się poniżej. A jeśli komu mało, na flickrze autorki zdjęć znajdzie trochę więcej.

Lubię pozować do zdjęć, ale najbardziej lubię te, na których bywamy uwieczniani razem z Kainem. Czasem są ładne, a czasem nie, mogą być nieostre, amatorskie lub profesjonalne, ale zawsze jest na nich ciepło, które fajnie jest zobaczyć na fotografii – okiem ludzi spoza naszego małego świata.

Jeśli zdjęcia Wam się podobają, można też polubić stronę Anks Photography na fejsie ;)

Cholernie mokre drzewo, pani baronowo

Wino się skończyło. W lodówce pusto, a w każdym razie nie ma w niej flaszki wódki na czarną godzinę – ewidentnie nie wychowano mnie odpowiednio i teraz cierpię. Na koncie 40 zł. Piosenka Porcupine Tree zapętlona od rana. Gdybym miała kominek, niechybnie by zgasł. Gdybym miała lokaja, byłby cyniczny. Gdybym miała jeszcze jedną butelkę, pewnie bym zrobiła coś głupiego, a wyczerpałam już limit na ten kwartał.

A może nie.

Arriving somewhere but not here

Never stop the car on a drive in the dark
Never look for the truth in your mother’s eyes
Never trust the sound of rain upon a river
Rushing through your ears

Arriving somewhere but not here

Did you imagine the final sound as a gun?
Or the smashing windscreen of a car?
Did you ever imagine the last thing you’d hear as you’re fading out was a song?

All my designs, simplified
And all of my plans, compromised
All of my dreams, sacrificed

Ever had the feeling you’ve been here before?
Drinking down the poison the way you were taught
Every thought from here on in your life begins
And all you knew was wrong?

Did you see the red mist block your path?
Did the scissors cut a way to your heart?
Did you feel the envy for the sons of mothers tearing you apart?

Bo to co nas podnieca…

…to się nazywa kasa.

Odchudzanie kosztuje (droższe pieczywo, więcej ryby czy mięsa zamiast makaronu/ziemniaków, musli, bajery, rowery).
Choroba kosztuje (jeszcze przez tydzień nie pojadę nigdzie tramwajem; dobrze, że mogę już pisać).
Urodziny kosztują, a księżniczka ma lekką rączkę i jak jest okazja, to sobie nie żałuje.

I wszystko było prawie pod kontrolą, prawie wyliczone, ale niestety bank ściągnął odsetki, czego mój plan nie uwzględniał. I scena przy kasie z odmową, latanie do bankomatu (który nie dał), cofanie zakupów, wkurzona kolejka, niby nic, ale człowiek się denerwuje.

Uspokaja mnie tylko, że plan już jest i byle do wiosny.

Śliwa

W sobotę było u nas dresparty i Kain postanowił się przebrać za ofiarę dresów. Zrobiłam mu więc charakteryzację, a Elpanda przyglądał się i doradzał: tu zetrzyj, tam dodaj fioletowego… Wreszcie skończyłam, ale jeszcze spytałam doradcę:
– Coś byś tu jeszcze dodał?
– Ja to bym mu przypierdolił… – odparł Panda flegmatycznie.


foto: anks

Kobieta vs kobieta

Nie umiem rywalizować z kobietami. Nie w sensie, że nie wiem, jak to robić, tylko w sensie, że w ogóle nie czaję tego zjawiska.

No bo tak: załóżmy, że tobie i mnie podoba się ten sam mężczyzna. Gdyby chodziło o torebkę albo czekoladę, możemy się kłócić lub licytować (ty jadłaś wczoraj ciastko, więc czekoladę dzisiaj zjem ja). Ale to jest żywy człowiek, tak? Najnowsze badania dowodzą, że mężczyźni posiadają mózgi, uczucia i własne poglądy, co z kolei pozwala przypuszczać, że sami, świadomie, dokonują wyborów. W tym wyboru partnerki, jak sądzę. I wprawdzie jasne jest, że jeśli jedna z nas usiądzie w kątku i nie będzie się wychylać, a druga będzie miła i uwodzicielska, to pewnie mężczyzna uzna, że żadnego wyboru nie ma, ale czy na pewno właśnie o to chodzi?

Zdarzało mi się w życiu, że usiadłam w kątku i się nie wychylałam, wiedząc, że koleżance ktoś się podoba bardziej, niż mnie, albo sądząc, że bardziej pasują do siebie, niż on do mnie. Zdarzało mi się, że koleżanka bez zbędnych skrupułów poderwała kogoś, na kim mi bardzo zależało (w jednym przypadku nawet wyszła  za niego za mąż) – i ok, co ja będę ludziom szczęścia odmawiać. Zdarzało się, że ratowałam papierosem i validolem dziewczynę, którą zostawił dla mnie facet, który potajemnie romansował z nami obiema. Znaczy do czasu potajemnie. Potem zresztą zmienił zdanie, i ok.

Zdarzało się też, że  ktoś podobał się jednocześnie mnie i mojej przyjaciółce. Skutki bywały różne, zawsze jednak staram się o tym rozmawiać i nie ładować się za bardzo komuś w plany, chyba, że naprawdę mi zależy. Natomiast nigdy nie zdarzyło się, żebym „odbiła” faceta koleżance, spotykała się z kimś żonatym, podrywała mężczyznę, którego moja znajoma kocha, była z kimś już zajętym (nie dziwcie się, spójrzcie choćby parę linijek wyżej) – uważam to za świństwo i tyle, bez żadnej dyskusji. Chyba, że wszyscy zainteresowani wiedzą i sobie życzą, ale to zupełnie inna bajka i nie na tę notkę.

Wszystko ładnie i pięknie, ale nie jestem osobą, która umie siedzieć w cieniu. Jeżeli jestem na imprezie czy piwie, nie potrafię usadzić tyłka na jednym miejscu i przysłuchiwać się rozmowie. Krążę, poznaję ludzi, zagaduję tych, którzy mnie interesują, mówię komplementy – to cała ja, taka jestem i ani nie potrafię, ani nie chcę tego zmieniać. Nigdy też nie rozumiałam zwyczaju zrywania kontaktu z byłymi: skoro kiedyś kogoś kochałam, to zazwyczaj nadal uważam go za fajnego człowieka, możemy się mniej lub bardziej kumplować, jestem ciekawa, co u niego itd. Jeśli więc kiedyś coś mnie łączyło z twoim obecnym chłopakiem, to nie licz na to, że więcej się z nim nie spotkam. Za to możesz spokojnie założyć, że skoro jest z tobą, a nie ze mną, to pewnie ma jakieś powody, które z kolei ja szanuję (przetłumaczę: nie, nie lądujemy w łóżku, kiedy tylko spuścisz go z oka).

Zdaję sobie sprawę, że mój sposób bycia i podejście do sprawy bywają dla innych kobiet nie do przyjęcia. Istnieje pewnie całkiem spora grupa dziewczyn, które nigdy mnie nie polubią. Rozumiem to, po prostu nadajemy na innych falach i zazwyczaj ja z kolei nie lubię ich stylu życia. A najbardziej nie jestem w stanie zaakceptować cech uważanych za typowo kobiece: mściwości, zawiści, fochów. W stylu „ten chuj mnie zostawił, więc zniszczę życie jemu i tej jego lafiryndzie”. Trochę ludzkich odruchów i trochę godności, babeczki, błagam.

Ja jestem prosty człowiek, choć księżniczka. Do mnie można przyjść i wyłożyć wszystko prosto z mostu (tu pozdrawiam kolegę, który niedawno mile zaskoczył mnie szczerością). O wszystko zapytać. Pogadać. W ogóle hej, dziewczyny, nie jestem taka strasznie zła ;)

Nie mam głowy

…do chorowania. Czwarty dzień głównie leżę. Mogę już używać komputera, siedzieć na krześle, zrobić sobie śniadanie oraz samodzielnie się wykąpać, włącznie z wyjściem z wanny bez pomocnej dłoni. Problem sprawia mi natomiast dłuższa aktywność intelektualna, fizyczna (w tym rozmowa, bo nie umiem rozmawiać bez ruchu – kręcę głową, gestykuluję), szybkie wstawanie, stanie dłużej niż kilka minut, schylanie się, patrzenie do góry albo mocno w bok… Każdy, kto na co dzień zajmuje się domem, już sobie pewnie zwizualizował ogrom czynności, których wykonać nie mogę.

Więc leżę albo siedzę i szlag mnie trafia. Że o wszystko muszę prosić, zawracając cztery litery Kainowi i każdemu, kto jest pod ręką. Że nie mogę zwyczajnie, odruchowo schylić się i podnieść z podłogi tego lub owego, co leży i straszy. Że w domu bałagan, a przecież nie zagonię do układania, zamiatania i mycia faceta, który JUŻ o 21 wyszedł z pracy. Że wszystko mnie męczy. Uch, oszaleć można.
Zupełnie sobie nie wyobrażam siebie przykutej do łóżka na dłużej. Panie Boże kochany, proszę, chroń mnie przed połamaniem żeber, przewlekłą chorobą i wszystkim innym, co by mi kazało leżeć.

Jutro zamierzam spędzić prawie normalny dzień w domu. Wstać, ubrać się, więcej siedzieć, niż leżeć, pozmywać naczynia, ogarnąć dom i co najwyżej strzelić sobie drzemkę, jak się zmęczę.

Trzymajcie kciuki.

Czy ja kiedyś dorosnę?

I zacznę się grzecznie zachowywać?

Póki co nie wygląda na to.  W sobotę zorganizowaliśmy małą spontaniczną posiadówkę z gośćmi z Krakowa i gościem z sąsiedztwa (w obrębie kilku „kwadratów” mamy paru znajomych, co w przypakdu nagłej potrzeby towarzystwa jest bardzo przydatne). Po kilku głębszych zaczęliśmy się z kolegą trochę przepychać.  Spuśćmy litościwie zasłonę milczenia na szczegóły, w końcu czyta mnie moja własna rodzina, ale w każdym razie w którymś momencie czy to wymsknęłam się koledze z rąk, czy on mnie nieco popchnął, dość, że zaatakowałam kant szafeczki w przedpokoju, odbiłam się od niego i przyłożyłam jeszcze podłodze.

Bez kitu, ludzie, gdybyście kiedyś mieli za mało bodźców, zafundujcie sobie małe wstrząśnienie mózgu. Łagodne falowanie płynu mózgowego, czy co tam mi faluje, sprawiło, że wczoraj przez cały dzień każdy najdrobniejszy dźwięk, dotyk, wstrząs i błysk przewiercały mi głowę na wylot. Nie miałam pojęcia, że w moim domu jest tyle dźwięków. Muzyka od sąsiadów, przez Kaina ledwie słyszana, wprawiała ściany, podłogę i  moją czaszkę w bolesny rezonans. Kiedy mój mąż, przejąwszy chwilowo obowiązki domowe, wrzucił łyżkę masła na patelnię, ja w drugim pokoju naciągnęłam kołdrę na głowę. Kiedy usiadł na łóżku, poczułam się jak dwa i pół roku temu podczas wakacji, kiedy uczyłam się żeglować i poznałam prawdziwy sens słów poety: „ohoho, przechyły i przechyły”.

Taka imprezka, mówię Wam.

W związku z tym leżę, nic nie robię i umieram z nudów. Od wczorajszego wieczora jestem w stanie czytać, a od dzisiejszego popołudnia – pisać, choć już czuję, że złamanie matczynego szlabanu na komputer to był słaby pomysł i zaraz go odłożę. Komputer odłożę, nie pomysł.

Dziwne, że szafka i podłoga nie wykazują żadnych objawów uderzenia. Tylko ja cierpię.

Księżniczka chudnie

…ale powoli.

Po niecałych 10 dniach diety stwierdzam, że znacznie rzadziej boli mnie brzuch (a mam przykrą skłonność do kolki jelitowej, kto miał, ten zrozumie). Może to kwestia lżejszej diety, a może szkodził mi np. makaron, pojęcia nie mam. Za to wieczorami jestem głodna jak wilk. Pozwalam sobie na rozluźnienie rygoru i zjadam jogurt, jakiś owoc, czasem małą kanapkę. Jak się chodzi spać między północą a trzecią, to ciężko nie jeść od 20.00, a nie o to w sumie chodzi, żeby się głodzić.

Przez tydzień zjadłam dwie kostki czekolady i to by było na tyle, jeśli chodzi o słodycze. Pomijając fakt, że słodzę kawę i herbatę (przestawiłam się na brązowy cukier, ale zrezygnować nie umiem). Nawet mnie to nie zabolało. Nie tęsknię za majonezem i ciachami, bardziej za gulaszem i pastą. Co do gulaszu, chyba sobie dziś pofolguję, tym bardziej, że Kain, który początkowo deklarował przejście na dietę razem ze mną, dość szybko zmienił zdanie i marudzi, że posiłki dietetyczne. W ogóle wsparcie mam małe, co i rusz ktoś mnie pyta, z czego ja się niby odchudzam. Z tego, dobry człowieku, co w miejscach publicznych, a tylko w takich mnie widujesz, maskuję odpowiednim ubraniem. Gdybym zaczęła dbać o figurę dopiero wtedy, gdy ludzie widujący mnie raz na miesiąc, niezbyt długo i zazwyczaj przez opary alkoholu zaczną pytać, czy aby nie utyłam, to by było dość żałosne. I na pewno trudniejsze.

Bliscy natomiast uważają, że brzuszek może i owszem, można zrzucić, ale w zasadzie wyglądam o wiele lepiej niż parę kilo temu. Bo biust większy, pupa krąglejsza, twarz mniej pociągła. Spróbujcie się odchudzać, kiedy mąż nie popiera, kurczę. Ale stoję twardo na stanowisku, że pieprzyć wygląd, kiedy sama ze sobą czuję się źle.

Poza tym dzięki RB przypomniałam sobie, że uwielbiam spacery. Zaczęłam każdą trasę planować tak, żeby przynajmniej część drogi pokonać pieszo. Okazuje się, że cztery przystanki tramwajowe to tylko 15 minut perpedesem, a przyjemność o wiele większa. Tym bardziej więc boleję, że przeziębienie uziemiło mnie w domu, ale muszę się uczciwie wyleczyć, jeśli chcę odwiedzić mojego nowego siostrzeńca :) Zresztą podobno w domu Izu i Zubila stoi już orbitrek i tylko czeka na transport. Perfekcyjny prezent poślubny!