Miesięczne archiwum: Luty 2011

Lazaret

Od tygodnia próbuję się pozbyć anginy. Płuczę gardło, nie wystawiam nosa z domu, biorę leki. Jest świetnie, dopóki mam pod ręką coś przeciwbólowego i tabletki na kaszel. Tabletki można brać tylko trzy dni pod rząd (dziś jest drugi), więc wróżę rychłą katastrofę.

Kain dostał od lekarza prikaz siedzenia w domu, póki wysypka nie zejdzie, więc jeszcze co najmniej tydzień. To się świetnie składa, gdyż dziś nad ranem postanowił zachorować na moją anginę. Albo coś innego, bo nie widzę u niego migdałków, a jak nie widać migdałków, to czy można mieć anginę?

U siebie widzę. Przesłaniają mi wszystko inne.

Jemy probiotyk, witaminę C, magnez, miksturę z żurawiny, czosnku i czegoś tam, sałatki, owoce, a ja dodatkowo preparat homeopatyczny. Odporność powinna tryskać nam uszami i opływać sąsiadów. Wietrzymy, sprzątamy, myjemy ręce, szorujemy naczynia płynem. Poważnie rozważam umycie wszystkiego w domu domestosem…

Dylematy

Sobota, dwunasta w południe. Telefon wyrywa mnie ze snu o tym, że leżę pomiędzy dwoma kochankami i nie mogę się zdecydować. Odbieram.

– Czy słowo „herbata” pisane przez „ch” może wyznaczać granicę promiskuityzmu? – pyta mnie przyjaciel.

Przyznam, że nie stanęłam na wysokości zadania. Odparłam: „Yyy… słucham?” Okazało się, że mój przyjaciel spędził noc z pewną panią, która następnie przysłała mu sms-a z nieszczęsną „cherbatą”.

– Myślałem, że to się może jakoś rozwinie, ale teraz to już nie wiem.
– Daj jej jeszcze jedną szansę – poradziłam. Ale bez pewności.

Półtorej godziny później mój mąż spytał:
– Dobry byłem? Mogę zostać?
Kiwnęłam głową i dodałam:
– Tylko nie pisz „herbata” przez „ch”.

Where is my mind

Zwykły wieczór, zwykła rozmowa przez internet, zwykłe pytania i odpowiedzi. I nagle jedno zdanie rozkłada mnie na małe, miękkie kawałeczki, sprawia, że w ułamku sekundy zapominam o wszystkich innych rozmowach, kasuję to, co pisałam do znajomej, bo to okienko jest mi potrzebne teraz, natychmiast. Potrzebne, żeby wpisać nick i przez następnych kilka chwil siedzieć i zastanawiać się nad odpowiedzią. Nie żeby była bardzo trudna, ale zamiast mózgu mam aktualnie coś ciepłego i płynnego. Potrzebuję słów, które wyślą falę ciepła podobną, jak ja otrzymałam przed chwilą, wyślą ją precyzyjnie i z odpowiednią siłą, żeby trzysta kilometrów dalej ciepła nie było mniej, niż jest tu, między mną a komputerem.

Szczęśliwego nowego roku

Od początku stycznia zdążyliśmy zaliczyć:

– wstrząśnienie mózgu
– rotawirusa
– półpaśca
– grypę czy inną anginę
– oraz kilka pomniejszych przeziębień.

A jeszcze nawet nie skończył się luty. Jak tak dalej pójdzie, niechybnie zginiemy. Pomijając wstrząśnienie mózgu, spowodowane zwykłą głupotą i zwykłą wódką z colą light, reszta wskazuje chyba na to, że coś jest bardzo nie tak z naszą odpornością. Doprawdy nie wiem, co z tym zrobić: jemy warzywa, a czasem także owoce, łykamy witaminki (od czasu do czasu), ubieramy się odpowiednio do pogody. Nie pamiętam, żebyśmy kiedyś tyle chorowali. No, może w liceum, wtedy mnie ciągle coś brało, zapewne niechęć do wkraczania w gościnne progi Reja.

Więc tym razem, jeśli macie jakieś rady, to ja chętnie, bo trochę mi już ręce opadają.

Umrę z nudów

Uwaga: notka zawiera drastyczne szczegóły z życia kobiet. Jeśli jesteś mężczyzną i chcesz pozostać w przekonaniu, że kobiety są piękne w sposób naturalny i bez wysiłku, opuść tę stronę i idź, na przykład, tutaj.

Już? Wszyscy?

Do tej pory byłam przekonana, że jeśli umrę, to na zawał. Znaczy, po prostu pewnego dnia trafi mnie jasny szlag i będzie po temacie. Zmieniłam jednak zdanie i sądzę, że prędzej zejdę z nudów.

Każda czynność, która angażuje ręce i/lub oczy, a nie angażuje mózgu, nudzi mnie śmiertelnie. Tak się składa, że większość tych czynności związana jest z zabiegami upiększającymi. Weźmy taki orbitrek. Świetne urządzenie, w zasadzie siłownia w domu, w każdej chwili można na niego wskoczyć i poćwiczyć, bez jechania do fitness klubu czy gdzieś. Więc wskakuję, puszczam sobie jakąś muzykę, łapię za rączki i macham nogami. Fajnie jest, pedałuję sobie, muzyczka leci, wyglądam przez okno… i po pięciu minutach szlag mnie trafia z nudów. Nie mogę oglądać w czasie ćwiczeń np. serialu, bo jestem krótkowidzem, a okulary mi spadają ze spoconej twarzy (są trochę za duże, bo takich na mój wąski pyszczek nie robią, albo bardzo drogie). Mogę rozmawiać i to mi bardzo pomaga, ale często ćwiczę, kiedy jestem sama, zresztą Kain zazwyczaj siedzi przy komputerze i poświęca konwersacji tylko część uwagi.

Albo postanawiam wydepilować nogi. Tu jest gorzej,  bo nie można słuchać muzyki ani rozmawiać – za bardzo to cholerstwo hałasuje. A czynność zajmuje mi czasem nawet pół godziny. Wodzę maszynką po nogach, zajęcie jest z gatunku precyzyjnych, myślę o czymś i NUDZĘ SIĘ.

Albo mam spuchnięte oczy i jedynym ratunkiem, żebym mogła na nie przejrzeć i usiąść do pracy, jest okład z herbaty. Kładę się więc w wannie, biorę sobie komputer, włączam kilka piosenek, które akurat mnie zajmują, więc się na nich choć trochę skupię. I leżę. Nic nie mogę robić, bo leżę i chwilowo nie mam oczu. Nie podglądam, słucham Comy, leżę. W myślach układam tę notkę, ale nadal  się NUDZĘ jak cholera.

I tak ze wszystkim. Prawdopodobnie nigdy nie będę kobietą naprawdę zadbaną, bo zestaw niezbędnych czynności pielęgnacyjnych zajmuje strasznie dużo czasu i JEST NUDNY. Zanim się wypilinguję, nałożę odżywkę do włosów, maseczkę, jeszcze maszynka do golenia, depilator, pęseta, potem balsam do ciała, balsam na rozstępy, krem do twarzy, suszarka do włosów, a jeszcze paznokcie, a jeszcze ćwiczenia, a jeszcze farba do odrostów i milion innych rzeczy – mijają dwie nudne, głupie godziny. Zaś wiek, w którym dziewczyna nie musi prawie nic ze sobą robić i kwitnie jako ta róża, jest już coraz dalej za mną i moja niewątpliwa naturalna uroda potrzebuje zestawu narzędzi, żeby mi służyć przez kolejne dekady.

Tak więc kiedyś umrę z nudów pośrodku tych zabiegów,  z jedną nogą wydepilowaną, z herbatą na oczach, z krzaczastymi brwiami i kompletnie zblazowaną miną, i całą resztę tej roboty będą musieli odwalić pracownicy zakładu pogrzebowego. Chyba, że mój mąż litościwie dopracuje mnie kosmetycznie jeszcze przed pokazaniem mojego trupa obcym ludziom.

Zła pani, bo zostawiła kotka

Jak wiecie, od lutego pracuję. Znaczy przedtem pracowałam w domu i niedużo, a teraz co rano wychodzę i wracam około 16.00. Jestem zajęta, trochę zmęczona i, przede wszystkim, nieobecna, więc na początku nie zauważyłam, że Plamka się inaczej zachowuje. W końcu jednak stało się jasne, że kota jest Smutna.

Wieczorami leżała sobie i patrzyła w dal. Głaskana – nie mruczała. Obejrzałam ją i obwąchałam, wydawała się zdrowa, tylko przygnębiona. Wreszcie dodałam dwa do dwóch i domyśliłam się, że mała przyzwyczaiła się do mojej całodniowej obecności w domu. Zwykle spałyśmy razem do południa, potem wylegiwała się na moich kolanach, kiedy siedziałam przy komputerze, a gdy wracałam z zakupów (sklep pod domem, zakupy to maksymalnie 20 minut), robiła sceny, jakby mnie nie było sto lat. Nic dziwnego, że nie mogła się odnaleźć.

Wczoraj wieczorem wygłaskałam ją porządnie, starając się nie zwracać uwagi na to, że wcale nie mruczy. Rano zadbałam o to, żeby przywitać ją pierwszą (Duch też się domagał, ale on jest bardziej kotkiem Kaina) i pożegnać przed samym wyjściem do pracy. Poprosiłam też męża, żeby ją trochę wytulał w ciągu dnia. I dziś, kiedy wróciłam, znowu przywitało mnie mruczenie i znowu kota chodziła za mną krok w krok, kiedy rozpakowywałam zakupy i robiłam obiad. Ulżyło mi :)

Fantazje

Mam takie marzenie. Pewnego dnia wstaję i, jakby nigdy nic, PRZESTAJĘ OGARNIAĆ. Nie wiem, co mam w lodówce. Nie robię zakupów, nie wymyślam obiadu, nie zastanawiam się, czy trzeba zrobić pranie, bo może komuś brakuje czystych gaci. Nie sprawdzam, czy mąż wziął leki, nie czytam ulotek od nich, nie interesuje mnie, czy zażyta dawka była odpowiednia. Nie sprzątam. Nie pilnuję rachunków, nie liczę pieniędzy, nie robię przelewów i nie wiem, ile jesteśmy komu winni. Mogę wykonywać polecenia: „pozmywaj, powieś, kup to i to”.

I co? NIC.
Koty nie giną z głodu.
Nie zostajemy zlicytowani za długi.
Ktoś płaci rachunki.
Nikt nie cierpi z odwodnienia albo braku lekarstw.
Nie zasypują nas brudne skarpety i nieumyte naczynia.

Taka piękna wizja.

Czy pan wiesz, z kim pan rozmawiasz?*

Na imprezie.

Ja: – Po twoim karku moi przodkowie na konia wsiadali.
Panda, od niechcenia i nawet się nie prostując: – Nie sądzę.
Ja: – Ja też nie. No dobra, to mój pradziad twojemu pradziadowi…
Panda: – Nawet się mogli w jednym okopie nie spotkać…


*A pan wiesz, z kim masz zaszczyt?

Planety

Czasem zdarza się, że spotykasz człowieka, który różni się od ciebie pod każdym względem. Inne charaktery, oczekiwania, zainteresowania.  Inne poglądy na najbardziej zasadnicze sprawy. Spotykasz i pałasz instynktowną sympatią, bo przecież to, że ktoś myśli inaczej, nie znaczy, że jest gorszy; przeciwnie, dyskusje z kimś zupełnie innym, niż ty, są znacznie bardziej fascynujące, niźli z własnym sobowtórem. I trudniejsze, ale to inna sprawa.

Czasem znasz kogoś już długo i niby wiesz, pamiętasz, że bardzo się różnicie. Te dodające smaku różnice nie przeszkadzają na co dzień, ubarwiają znajomość, czasem fascynują. Ale pewnego dnia coś sprawia, iż uświadamiasz je sobie z całą mocą i pierwszy raz zdajesz sobie sprawę: jesteście dwiema odległymi planetami. Tak odległymi, że przyjaźń nigdy nie będzie możliwa, nawet, gdybyście chodzili wokół niej na palcach, chuchali i dmuchali bez przerwy.

I robi się bardziej pusto, szaro, chłodno. Nie ma winnych, choć są niepotrzebne rozczarowania. I nie wiadomo, co robić. Zastanawiasz się tylko, kiedy nowe doświadczenia przekują się wreszcie w ostrożność, nieufność, rozsądek. Po cichu masz nadzieję, że nigdy.


Coma: System