Miesięczne archiwum: Marzec 2011

Vavamuffin i moje miasto

„Wada to nie to skąd jesteś man, weź słuchaj i łap to
Warto czasem spojrzeć za Barbakan, by zobaczyć miasto

Warszawa, miasto amoku
Tak to wygląda jeśli patrzysz z boku
Ale wystarczy bracie, że spojrzysz tutaj od środka
Syreni Gród piękniejszy niż Paryż na fotkach
Ze smoków to tu tylko Bazyliszek
Złota Kaczka na Tamce lubi złotą ciszę
Nike zwycięska i Nike na chodnikach
Prostytutki i gwiazdeczki, i z Wiejskiej klika
Sikalafou sikalafou sikalafou sikalafou
Moje miasto silniejsze od bomb
Sikalafou sikalafou sikalafou sikalafou
Moje miasto silniejsze od klątw
Nosimy krawaty ze trzy razy do roku
Na święta, do mamy i na śluby, daj spokój
Mówią o nas, że jesteśmy krawaciarze, a my jesteśmy bikiniarze marzeń

Wada to nie to skąd jesteś man, weź słuchaj i łap to
Warto czasem spojrzeć za Barbakan, by zobaczyć miasto

Oby tu nigdy Vava się nikomu nie pomyliła z Vivą
Choć niektóre zwierciadła oddają obraz krzywo
Spróbuj odnaleźć się po drugiej stronie lustra
A z farmazonu argumentów pozostanie pustka
Więc nie bój, nie dygaj, bo dwa kroki dalej
Na Saskerlandzie podłapiesz dobra falę
Ale to nie zaproszenie na galę
Tylko na Vava git balet, pamiętaj!
Z pustego to nie napije się sam Salomon nawet
Granda polewa tu do pokala, by toast był za Vavę
Bo my tu tak powitamy każdego, kto nie wierzy nam na Boga
Że tu się żyje bosko, ale w ostrogach
Ty radio nagitaruj na dobrą falę
Wbijaj na Kępę i do rana z nami szalej
Dobre wibracje wynieś ponad skandale
I poczuj ten Vava git balet, pamiętaj!”

Pakowanie, pakowanie

Powoli zaczynają się piętrzyć paczki. Spakowaliśmy zawartość jednego regału, jednej szafy i szafeczki, w związku z czym nie mam pojęcia, gdzie będziemy kłaść następne rzeczy. Koty jak szalone wspinają się na foliowe worki i wieże z pudeł. Duch wskoczył na pusty karton i wpadł do środka, niepomiernie zdziwony.

Muszę zrobić sto rzeczy, a przeprowadzka w sobotę rano. W niedzielę podobno ma być lato, ale my będziemy siedzieć w nowym mieszkaniu i oswajać z nim koty, zanim je w poniedziałek zostawimy same na pół dnia. Nie mamy jeszcze kluczy, trzeba przenieść internet i nie mam kiedy iść do lekarza z wynikami badań i z moim kaszlem, który od miesiąca wiernie mi towarzyszy we wszystkich zajęciach.

Wczoraj Kain nagle źle się poczuł. Prawdopodobnie nic groźnego, ale przeżyłam najbardziej koszmarną godzinę od dawna. Jeśli ten człowiek nie pójdzie do lekarza w przyszłym tygodniu, sama go dobiję, żeby uniknąć niespodziewanych stresów :/

Kaziu, zakochaj się

Na pewno już strasznie dużo ludzi pisało o tym, że Kazimierz Dolny to piękne miasto. Ja, przyznam, nie byłam przekonana. Niby wiedziałam, że miejsce turystyczne, że niedaleko, że można by pojechać, ale przez całe lata nie pojechałam. Zawieziono mnie tam raz, w zimny marcowy dzień, przegoniono po jakimś wąwozie i zrobiono kilka zdjęć w błocie i śniegu. Po czym odwieziono w powrotem. To (i cała krótka reszta historii z panem od zdjęć) nie nastroiło mnie zbyt entuzjastycznie.

W końcu się jednak zmobilizowałam, namówiłam znajomego i pojechaliśmy na weekend. I otóż chciałam powiedzieć, że Kazimierz Dolny to piękne miasto :) Czy raczej miasteczko, rozciągające się wzdłuż rzeki, na wzgórzach i skarpach, z malutkim ryneczkiem i wspaniałymi knajpami. Spacerowanie nad wodą kocham namiętnie, jeść i pić dobre rzeczy też, kościoła nie zwiedziłam, bo w niedzielę dzikie tłumy, ale jeszcze kiedyś zamierzam. Za to odwiedziliśmy cmentarz, co mój towarzysz nazywa nekroturystyką i co od zawsze bardzo lubię. I wspięliśmy się na górę Trzech Krzyży czy jak jej tam. Nie przewidziałam jakoś chodzenia pod górę, w związku z czym byłam zachwycona – nie dość, że architektura ładna, to jeszcze można połazić po górkach!

Odkryliśmy ponadto, że schroniska młodzieżowe naprawdę są dla młodzieży, co wyraża się w rozmiarze łóżek i w braku kawy do śniadania. Odpoczęłam, dotleniłam się, zaliczyłam dekoracyjny zachód słońca, grę w inteligencję z nowymi kategoriami (bloger, blipowicz, knajpa, alkohol, pisarz, wulgaryzm) i prawdopodobnie klątwę Cyganki, bo nie chciałam wróżby. Sprawdziłam i z czystym jak kryształ sumieniem polecam naleśnikarnię w Kazimierzu (nam z kolei poleciła ją Izu) oraz Zieloną Tawernę. Bóg raczy wiedzieć, czemu to się nazywa tawerną, może dlatego, że jest blisko wody – my od razu nazwaliśmy ją Zielonym Dworkiem, bo mieści się na parterze niedużego, starego dworku. Serwują tam głównie jedzenie, a nie rum i piwo, choć alkohole mają także. My sączyliśmy grzane piwo i pyszny grzany miód na zamkniętym o tej porze roku ganku, przy świetle świec. Bardzo nastrojowo i mogę nawet wybaczyć opieszałą obsługę.

Na osobny akapit zasługuje natomiast Cafe Faktoria, w której spożyliśmy śniadanie uzupełniające (po tym schroniskowym), złożone z czekolady na gorąco i kawy. Kaw było kilkanaście gatunków, parzonych na wiele sposobów, palonych na miejscu. W czekoladzie łyżeczka nie tonęła. Do jednego i drugiego podano po szklance wody – wielki plus. Właścicielka przemiła, wnętrze (i zewnętrze) piękne i nastrojowe, naprawdę wspaniałe miejsce i gorąco polecam.

Odpoczęłam, dotleniłam się i nasłoneczniłam, spełniłam jedno swoje małe marzenie. Było fajnie :)

Na deser – jeden z kazimierskich szablonów:

Jeszcze jeden taki weekend i padnę ;)

Czwartek: świętego Patryka. Dałam się namówić na „jedno piwo”. Po trzech odesłano mnie do domu taksówką. Gdzieś po drodze przepiłam szalik, rękawiczki i zapewne reputację ;-)

Piątek: kawa z A., emocjonująca prawie tak, jak pamiętny weekend w górach. Potem blipiwo, choć nie piłam na nim piwa. Ale ostatecznie po co komu alkohol, jak się ma takie bodźce.

Sobota: wesele Nailini i Datria, bardzo udane, płynące pysznymi drinkami. Sto lat, Kochani :)

Niedziela: imieniny Patysia, więc najpierw poszukiwanie prezentu, a potem rodzinne spotkanie. Bliźniaki dają w kość, zresztą moja rodzina zawsze była głośna i wesoła. Szaleję za nimi, ale im dłużej mieszkam osobno, tym szybciej męczę się na tych naszych imprezach :D

Wczoraj poszłam spać po północy (tym bardziej, że wreszcie mieliśmy z mężem kawałek wieczoru dla siebie). Przed szóstą obudziłam się z koszmaru i teraz jestem ledwo przytomna. Stanowczo uważam, że po weekendzie powinien być dzień wolny na odpoczynek. Z drugiej strony – już widzę, jak odpoczywam ;P

Za tydzień zamierzam urwać się na mały wyjazd, za dwa tygodnie się przeprowadzam, za trzy – parapetówka, za cztery jadę do miasta na K. Jeśli ktoś chciałby się ze mną umówić, zapraszam od połowy maja…

Życie we śnie

Wstaję między siódmą a siódmą trzydzieści. Za piętnaście ósma wychodzę z domu. W pracy jestem po wpół do dziewiątej. Zaś około dziesiątej-jedenastej budzę się.

Wcześniej wszystko robię trochę jak we śnie, na autopilocie. Myślami gdzieś błądzę, oczka mam całkiem maciupcie.

Taki organizm: przez dziesiątą rano śpi i koniec. Nie poradzisz. Nie do wiary, ile rzeczy w życiu zrobiłam przez sen zupełnie tak, jak człowiek działający na jawie.

Nie mogę się doczekać przeprowadzki – będę miała rano pięć minut piechotą ;-)

Dobry dzień

Nie szłam dziś do pracy, w związku z czym postanowiłam dobrze wykorzystać dodatkowy czas. Na początek wyspałam się na całego i, ku własnemu zdziwieniu, obudziłam wyspana o 10.30. Na spokojnie, bez pośpiechu wykąpałam się, wypiłam kawę, zajrzałam na konto i ujrzawszy sumę dodatnią, popłaciłam rachunki. Odpisałam na maile, zrobiłam porządki w teczkach z fakturami za prąd, gaz itd. Pojechałam do Urzędu Skarbowego.

A następnie – fanfary – podpisałam umowę na wynajem mieszkania. Tego, które chcieliśmy cały czas ;) Były zawirowania, ale w końcu się udało. Cieszę się jak głupia. Bardzo dziękuję wszystkim za pomoc w szukaniu, podsyłanie ogłoszeń i wsparcie moralne – jesteście wielcy!

Potem poszłam na spacer Mostem Poniatowskiego. Świeciło słońce, wiał wiatr, dołem płynęła rzeka, wszystko jak trzeba. Sądzę, że to pierwszy z wielu takich spacerów, mieszkanie po tamtej stronie Wisły będzie dobrym powodem, żeby częściej się tamtędy przejść.

A jeszcze później poszłam z przyjaciółką na obiad, złapałam w centrum wracającego z pracy Kaina, zrobiliśmy małe zakupy. Przyjęliśmy gościa, któremu chciałam dać pewien drobiazg, na którym mu zależało.

To był bardzo dobry dzień, pełen rzeczy miłych lub pożytecznych. Kończę go z poczuciem satysfakcji i pełna dobrych myśli. Czego i Wam życzę :)

Bardzo śmieszne

Zapewne zdarzyło się Wam, że ktoś zadał Wam niedyskretne pytanie – bezczelnie, wrednie i w dodatku nie widząc w tym nic złego. Takich pytań jest wiele, a jednym z nich jest: „Dlaczego nie macie dzieci?” W internecie oraz w czasopismach raz na jakiś czas pojawia się ten temat i wówczas różni eksperci  radzą, żeby się trochę zastanowić, zanim się zapyta o to znajomych, a tym bardziej nieznajomych, na przykład świeżo poznaną na imprezie młodą parę.

Nawet nie dlatego, że jest to ich osobista sprawa, w którą być może nie życzą sobie wtajemniczać całego świata, ale dlatego, że za brakiem potomstwa może kryć się jakaś bardzo bolesna historia. Wyobraźcie sobie, że na zdawkowe pytanie: „A ty nie masz dzieci? Czemu?” słyszycie prostą odpowiedź: „Bo cztery razy poroniłam.” I jak Wam? Chyba niezbyt komfortowo, co?

Ja jednak nie chciałam pisać o niedyskretnych pytaniach, ale o żartach. Temat ciąży jest w żartobliwych powiedzonkach bardzo obecny. Nie zliczę, ile razy na jakiś tekst odpowiedziano mi żartem: „Jesteś w ciąży?” Jeśli kobieta mówi, że jej niedobrze lub że ma nagłą ochotę na ogórki, albo że ostatnio jest wciąż niewyspana, albo, jak ja dzisiaj na blipie, pisze: „nie zgadniecie, co się stało!” – natychmiast pada (oryginalne, prawda): „Ciąża!” i wszyscy się śmieją.

A może nie wszyscy? Może Wasz żart nie wydaje się śmieszny osobie, którą chcecie rozbawić? Może ona (lub on) z jakichś osobistych przyczyn nie lubi żartować z tego tematu?

Może się zdarzyć, że adresat Waszej wypowiedzi pragnie mieć dzieci, ale nie może. Jest osobą bezpłodną albo jego sytuacja nie pozwala na potomstwo. Być może to kobieta, która poroniła lub której lekarze zabronili zajść w ciążę z powodu zagrożenia życia, albo taka, która od dawna beskutecznie stara się w nią zajść. To są przykłady z mojego bezpośredniego otoczenia.

Weźcie, proszę, pod uwagę, że kiedy kogoś nie znacie bardzo dobrze, raczej nie wiecie o takich aspektach jego życia.  To nie są sprawy, o których się pisze na fejsie i opowiada na imprezie. Z tą ciążą to tylko taki żart, wiem. Tylko że czasem wcale nie śmieszny.

 

Znowu szukamy mieszkania

Niestety dostałam wiadomość, że mieszkanie, które już mieliśmy nadzieję zająć, zostanie wynajęte komuś z rodziny właścicielki. Nie będę się rozwodzić nad moim rozczarowaniem i nad tym, co czuję na myśl o rozpoczynaniu poszukiwań od nowa. Zamiast tego napiszę, czego mniej więcej szukamy – może ktoś z Waszych znajomych potrzebuje akurat lokatorów?

Poszukujemy więc mieszkania:

– wolnego od kwietnia
– dwupokojowego (tak, żeby te pokoje były wyraźnie osobne, z drzwiami, żeby nie włazić sobie na głowę na co dzień i żeby można było np. wygodnie przenocować gościa).
– około 40 m. kw.
– niedrogiego
– z wanną
– pustego lub częściowo umeblowanego (mamy duże łóżko, fotele i dwa regały)
– najlepiej na Grochowie lub trochę bliżej centrum
– ważne: mamy koty i nie zamierzamy się ich pozbywać.

Z góry dzięki za pomoc! :)

Luca i Cain
lucrecja[at]gmail.com


Ogłoszenie jest dostępne na fejsie, można zajrzeć i udostępniać ;)

EDIT: już nieaktualne – jednak okazało się, że będziemy mieszkać tam, gdzie chcieliśmy :)