Miesięczne archiwum: Kwiecień 2011

Varia

Od pewnego czasu zauważam, że rzadziej piszę na blogu. Zły człowiek ze mnie, bo pewnie wszyscy się przyzwyczaili, że co drugi-trzeci dzień jest notka, a tu wtem jedna, dwie tygodniowo. Bardzo przepraszam.

To trochę tak, że moje życie nabrało pozornego ładu i dni mijają bez niespodzianek.  Ot, wstaję rano, idę do Paninki, spędzam z nią parę godzin, coś w międzyczasie blipnę, pospaceruję, nasłoneczniam się. Wracam przed 16 i zajmuję ulubione miejsce na kanapie (albo na balkonie, albo w wannie), coś sprzątnę, upiorę, ugotuję. Potem spędzam wieczór z Kainem albo wychodzę na jakieś piwo. Nuda, nie?

Tak naprawdę nie. Na poziomie intelektualnym i emocjonalnym dzieje się, dzieje. Na poziomie tych wieczornych piw i weekendowych spacerów też się dzieje, no ale co tu pisać – że nad Wisłą byłam, pół miasta boso schodziłam, kupiłam sobie japonki w H&M. Byłam na pokazie filmu „Casablanca”, widziałam go pierwszy raz w życiu i czuję się dokształcona.

Tęsknię za wakacjami, za górami, za Paryżem, za dzieciństwem, kiedy nie trzeba było się martwić o rachunki i zawartość lodówki. Jednocześnie czerpię pełnymi garściami z przywilejów dorosłości.

Mało piszę, mam dużo zaczętych i nie skończonych rzeczy, ale chętnie zrobiłabym coś za pieniądze. Mimo to muszę wyznać, że pisanie piosenek pod presją jest fajne. Janek cały czas robi muzykę i naciska mnie, chce więcej i więcej tekstów, z którymi jestem koszmarnie spóźniona. Jego entuzjazm jest zaraźliwy i inspirujący.

Traktat o pocałunku

„Całowali się. Jeśli ujmę to w ten sposób, założysz zapewne, że był to normalny pocałunek – wargi, skóra, może nawet nieco języka. Nie zgadniesz jednak, jak on się uśmiechał, jak lśniły jego oczy, a potem, gdy się rozłączyli, jak wstał – niczym człowiek, który właśnie odkrył sztukę stania i poznał ją lepiej, niż ktokolwiek przed nim i po nim.”
(Neil Gaiman)

Pamiętacie swój pierwszy pocałunek? Ja mojego nie wspominam zbyt dobrze, bo, co tu kryć, kiepska byłam i krążyły potem po szkole ploty na temat tej mojej kiepskości. Nic przyjemnego takie ploty i samo całowanie też w sumie nic przyjemnego – tak wtedy uważałam. Z wiekiem jednak zupełnie zmieniłam zdanie i kiedy wyczytałam w „Życiu seksualnym dzikich”, że podobno niektóre plemiona w ogóle nie znają pocałunku, byłam zdumiona. Jak można się nie całować?! Nie znać przyjemności dotykania ustami ust drugiej osoby? Przygryzania warg, kontaktu języków, całej serii pieszczot, które w naszej kulturze są – na szczęście! – nieodłączną częścią każdego romansu?

Uwielbiam się całować. To dla mnie najpiękniejsza część kontaktu fizycznego, nic nie ujmując przytulaniu lub kochaniu się – po prostu w pocałunku jest coś tak intymnego, czułego, miłego i namiętnego zarazem, że w gruncie rzeczy może mi zastąpić wszystko inne. Oczywiście zdarzało mi się spotykać z ludźmi, którzy całowali dobrze i z takimi, którzy nie byli mistrzami w tej dziedzinie. Czasem to kwestia zgrania, czasem tego, jak bardzo gorące uczucia żywimy do całowanej osoby, a czasem, po prostu, techniki. Mistrzem całowania jest dla mnie mój mąż. Od pierwszego pocałunku do dziś za każdym razem miękną mi kolana.

No fajnie, ale co to właściwie znaczy: całować dobrze? Przede wszystkim znaczy to, oczywiście, „tak, jak podoba się osobie całowanej”. Wszak każdy lubi trochę co innego, inną ma wrażliwość ust, inne doświadczenia, które mogą wpływać na upodobania. Zdaję sobie sprawę, że to kiepska wskazówka, ale spokojnie, mam też kilka bardziej uniwersalnych.

Pomyśl o tym, że całowanie to rodzaj seksu. Zazwyczaj to pierwszy rodzaj seksu, jaki uprawiasz z drugą osobą. Pamiętaj więc, że każdy akt seksualny potrzebuje gry wstępnej. Dżentelmen (ani dama) nie rzuca się od razu do penetracji; najpierw się trochę gładzimy, delikatnie dotykamy, badamy swoje reakcje na takie lub inne pieszczoty. Bądź delikatny i czujny. Sprawiaj przyjemność (także sobie): wodzeniem ustami po ustach, lekkim przygryzaniem. Nie zaniedbuj żadnych obszarów kosztem innych, chyba, że wiesz, iż jest to mile widziane. Tak, wciąż mówimy tylko o pocałunku.

Warto pamiętać, że wargi ust są wielokrotnie bardziej wrażliwe na dotyk, niż język. Wśród kobiecych i męskich stref erogennych wymienia się wargi, okolice ust i nozdrzy – o języku nie ma ani słowa. Dlatego podczas całowania warto skupić się właśnie na ustach, od ich zewnętrznych krawędzi aż po wnętrze warg. Na język też przyjdzie czas, ale jeśli od razu przechodzisz do językowych zapasów, może się okazać, że już nie będziesz mieć szansy wykazać się w innych dziedzinach ;)

A jeśli całujesz dobrze, jeśli całujesz z pasją, jeśli całujesz kogoś, kogo naprawdę bardzo lubisz – gdy się rozłączycie, wstaniecie niczym ludzie, którzy właśnie odkryli sztukę całowania i poznali ją lepiej, niż ktokolwiek przed wami i po was. Kocham to uczucie i każdemu życzę, żeby doznawał go często i regularnie.

Całuję,
Luca :*

Przeprowadzka blogów

Już pewnie wszyscy wiecie, bo pisałam o tym tu i ówdzie, ale dla porządku wspomnę i tutaj. Dwa dni temu przeniosłam wreszcie kolejnych kilka blogów na własną domenę. Toteż teraz przepisy znajdziecie pod adresem przepisy.lluca.pl, wiersze pod adresem wiersze.lluca.pl, a rozmowy z Kainem na nietylkoojednym.lluca.pl.

Wszędzie ustawiłam przekierowanie,  więc właściwie przeprowadzka powinna odbyć się niezauważalnie dla Was. Mam nadzieję, że RSS-y też będą działać bez zmian.

Miłego czytania :)

Chcę przygody

Na co to ja ostatnio narzekałam? Ach tak, na zimno, wiosnę i zmęczenie. I brak kasy (to niezmienne).

Tymczasem wiosna jest coraz piękniejsza i coraz cieplejsza. W kwestii zmęczenia zaś, to nadal się nie wysypiam i nadal mam pierwsze wolne terminy w połowie maja.

Parapetówka przyszła i przeszła, zostało nam po niej pół lodówki alkoholu, trochę drobnych napraw w domu i bardzo miłe wspomnienia. Grono wielbicieli naszego pięknego mieszkania rośnie. Black-red party to był świetny pomysł, bardzo fajnie wyglądały grupki ludzi ubrane w te dwa kolory, gdzie nie spojrzeć. Tyle, że ciężko było o śród- i poimprezową identyfikację osób wzajemnie się nie znających: „ta w czerwonej sukience”, „ten w czerwonej koszuli” – jakoś nie działało ;)

Układamy się na tej Pradze stopniowo. Jeszcze nam się mylą godziny otwarcia sklepów, jeszcze nie znamy na pamięć tutejszych cen wina i kocich puszek, ale już czujemy się coraz bardziej u siebie. Bliskość Saskiej Kępy pomaga, poza Kępą zresztą też wszystko pachnie i kwitnie.

Ja zaś, mimo codziennego pędu, tysiąca drobnych spraw do pamiętania i załatwiania – a może właśnie z ich powodu – pragnę przygody. Teraz, zaraz, natychmiast. Czegoś miłego, nowego, emocjonującego i bez konsekwencji.

Nowe buty też mogą być.

Marudzę, bo wiosna

No wiosna. Pachnie. Kwitnie. Wieje. Pada.

Marznę. We dnie kaloryfery są zimne jak lód z powodu durnego przepisu, że jak na dworze jest powyżej 8 stopni, to nie grzeją. Kiedy na dworze jest 8, w domu mam coś koło 17 (na oko, nie sprawdzałam), a preferuję tak z pięć więcej. Na dworze też marznę, bo wiatr i w ogóle. Przenikliwie tak.

I ciemno jest. A mogłoby świecić  słońce i być gorąco! Podobno będzie w przyszłym tygodniu. Tak mówio.

W weekend jadę marznąć w Krakowie. Obiecałam tę wycieczkę Najmłodszej, której zmarznąć nie wolno z powodu zęba. Trochę nie wiem, jak my to zrobimy, no ale spoko. Poza obietnicą daną dziecku czuję głęboki bezsens jechania właśnie tam właśnie teraz.

A kasy, tradycyjnie, nie ma.

Ludzie od kultury

Panda: – Tak myślę, że jak jeszcze cię na jakąś wystawę czy inne teatry zaciągnę, ukulturzę, obtańczę, to mąż już będzie w domu na gotowe czekał.
Ja: – On mnie nie zabiera.
Panda: – No właśnie. Ma od tego ludzi. Pięknie się urządził skubany ;>

Truskawki

Czekam na nie co roku. Nie kupuję zagranicznych, nawet nie patrzę na dziesięciodekowe pudełeczka bez zapachu, kuszące naiwniaków w hipermarketach przez całą zimę. Nie, ja zaczekam, mogę się wstrzymać aż do maja albo czerwca, ale kiedy na ulicach pojawiają się pierwsze pachnące, czerwone łubianki – nie ma przebacz. Kupuję najpierw ostrożnie, pół kilo, ale potem już obżeram się nimi codziennie.

Pierwsze truskawki zawsze jem z kimś ważnym. Powinny mieć odpowiednią oprawę; najlepsza jest ławka lub trawa w pełnym słońcu. Należy je wtedy jeść prosto z reklamówki, nie umyte, ciepłe, plamiące palce sokiem.

Ale w tym roku dostaliśmy pudełko truskawek z okazji parapetówki. Nie wiem, z jakiego kraju pochodziły, na czym wyrosły i jak bardzo oburzyłoby to truskawkowych ekstremistów ;) Wiem natomiast, że pachniały jak należy, były słodkie i pyszne, a zjadłam je z Kainem w leniwe sobotnie popołudnie. Na dobry początek wiosny :)

 

Na nowym

Ta-dam, rozpakowaliśmy wszystko. Mamy teraz piękny stos pustych kartonów, na których wyniesienie już wczoraj nie mieliśmy siły. Mamy też lekki bałagan i nieskręcone fotele, bo wciąż nie wiemy, czy jest sens je skręcać. W końcu jest kanapa i sporo krzeseł, i parapet do siedzenia.

Koty już oswojone, choć każdy nowy dźwięk powoduje pewną nerwowość. Zaczynają zajmować nowe ulubione miejsca, wyglądać przez okna, mruczą, biegają i wyglądają na strasznie małe, kiedy wkraczają do salonu.

Jeszcze ogarnąć, poukładać, zrobić jakieś większe zakupy i będzie idealnie :)

Przeprowadzka

Od wczoraj rezydujemy w nowym mieszkaniu. Co pięć minut na nowo zdumiewa nas jego rozmiar. Ja wiem, że 50 metrów kwadratowych to jeszcze nie pałac, ale naprawdę jest różnica w porównaniu do poprzedniego.

Udało nam się rozpakować większość rzeczy, ale nadal na swoją kolej czeka dziesięć kartonów. Prawdziwą przyjemność sprawiło mi zagospodarowanie dużej, starej szafy w sypialni i sporej komody w salonie, to wszystko jest takie WIĘKSZE, niż do tej pory.  Powoli dochodzimy też do wniosku, że niektóre nasze meble nigdy się tu nie zadomowią. Zaletą tego mieszkania jest bowiem przestrzeń i każdy dodatkowy fotel czy krzesło robi bałagan.

Zmontowaliśmy Kainowi stanowisko władzy nad światem. Moje chwilowo jest na kanapie, ale docelowo chyba usadowię się w wielkim, salonowym oknie. Najprzyjemniejsze we wprowadzaniu się są chwile, kiedy różne rzeczy same znajdują swoje miejsce: komputer w rogu salonu, mała kolekcja literatury erotycznej na osobnej półce nad kanapą, regał na książki w sypialni, choć wcześniej wcale bym na to nie wpadła.

Koty natomiast przeżyły przeprowadzkę dość ciężko. W samochodzie wyły, a po wypuszczeniu z transporterka wlazły pod szafę w sypialni i siedziały tam do wieczora. W nocy trochę zwiedzały, rano znaleźliśmy je w szafie, potem znów eksplorowały nową przestrzeń, ale kiedy uchyliłam okna, zwiały pod szafkę kuchenną i teraz tam siedzą. Boją się hałasu z ulicy. Robią jednak szybkie postępy i jestem dobrej myśli, wiedzą już, gdzie mają jedzenie, a  Duch dwa razy z wielkim upodobaniem wysypał cały żwirek z kuwety.

Na deser zdjęcia: