Miesięczne archiwum: Maj 2011

Scenariusze w głowie

„Tak modliłem się:
[…]
żebym – jeśli za oknem moim którejś nocy mocniej zagra galilejska fletnia – umiał natychmiast odejść i porzucić majątek, żonę i dziecko”
(Gałcz)

Natychmiast porzucić pracę, obowiązki zawodowe, rodzinne i towarzyskie, w jednej sukience, w najpiękniejszej czerwonej sukience wsiąść do pociągu nie byle jakiego. Wysiąść trzy godziny później, być powitaną kwiatami, zabraną do chłodnego mieszkania i pozostać tam już do końca świata.

Czerwcowe noce coraz bliżej. Nie pasuje do nich Warszawa, zmęczenie, trzepanie kasy i powaga sytuacji. A może to wszystko nie pasuje do mnie?

„Mgła łączy brzegi oceanu
i prawie możemy po niej przejść
w snach wstępujesz na nią tak naturalnie
o świcie jesteś już moja”
(Lu)

Latem lubię gotować

Latem zaczynam trochę lubić gotowanie. Uwielbiam bowiem tę porę roku między innymi za to, że jest obfitość tanich warzyw. Czerpię grzeszną przyjemność z tego, że mogę nakupić dwie siaty jarzyn, zapłacić 10 zł i potem to ZJEŚĆ.

Szparagi, których mój mąż nie lubi, więc zapraszam gościa albo zjadam wszystko sama. Świeży szpinak – kupiłam w tym roku pierwszy raz i na pewno nie ostatni. Pachnące pomidory (caprese!). Młode ziemniaki, rzodkiewki po złotówce za wielki, czerwony, szczypiący w język pęczek. Fasolka szparagowa – jeszcze droga, ale już niedługo! Bób, na który już czekam. I owoce: truskawki, morele, czereśnie, na kilogramy, bez opamiętania.

Kupuję więc spontanicznie, przelotem, na ulicy, a potem szykuję na najprostsze sposoby: na oliwie, lekko ugotowane, z odrobiną soli i pieprzu, jak najmniej dodatków, jak najmniej przetwarzania – a za to jak najwięcej smaku, witamin i słońca zamkniętego w tych owocach lata. Jedyne, czego mi brak, to wielka zamrażarka, żeby robić zapasy na zimę :)

Dzień

Wstałam rano, wykąpałam się biegiem, poszłam do pracy, wróciłam, odpisałam na maile, pojechałam do centrum, pojechałam na Ursynów, wróciłam, wstawiłam pranie, sprzątnęłam kotom, poprawiłam mężowi ważnego maila, zrobiłam obiad, zrobiłam zlecenie, napisałam to wszystko, padłam. Jak na prawie 17 godzin to w sumie mało zrobiłam…

Ludziowstręt

Spędziłam wspaniały weekend. Począwszy od piątku, który przyniósł dobre wieści oraz wypite wieczorem białe wino, którym się z Kainem radośnie ubzdryngoliliśmy, a potem oglądaliśmy burzę z balkonu, a potem to już oglądaliśmy ją z łóżka, a dalej nie pamiętam. Przez sobotę, zaczętą leniwym śniadaniem we dwoje, a zakończoną imprezą Agory, na którą mnie zabrano i gdzie zjadłam dobre rzeczy, poznałam fajnych ludzi i dobrze się bawiłam. Aż po niedzielę spędzoną w różnym gronie, ale konsekwentnie bez pośpiechu oraz po pieczone spontanicznie wieczorem muffinki i ich grzeszne pałaszowanie na ciepło o godzinie, o której żadna dbająca o siebie kobieta nie powinna pałaszować ciastek.

Jednak w każdym z tych dni był jakiś zgrzyt, mały, natrętny cień, który odebrał mi część dobrego samopoczucia. A to „ocieracz” w tramwaju (wciąż nie nauczyłam się otrząsać z tego poczucia ohydy), a to  wyraz twarzy przypadkowo spotkanej kobiety (dawno nikt na mnie nie patrzył z taką nienawiścią, a prawie się nie znamy). Zawsze coś, rysa na szkle.

Może dlatego, a może zupełnie bez związku, ale czuję, że na razie mam dość ludzi. Plany towarzyskie nie budzą we mnie radości. Budzą raczej coś w rodzaju poczucia obowiązku, konieczności zaciśnięcia zębów i bycia miłą, fajną, ładnie ubraną, nierozczarowującą. Z rozkoszą za to celebruję chwile we dwoje, których ostatnio mieliśmy tak mało. Z co najmniej taką samą przyjemnością – chwile samotności, choćby pozornej, przy komputerze albo książce.

Minie.

Może przestanę gubić kolczyki

Moja kolekcja kolczyków liczy ponad 80 par i o dziwo szybciej ich przybywa, niż ubywa. Ale ubywa też dość szybko, bo strasznie je gubię. To prawdziwa zmora, bo potrafię posiać ukochane egzemplarze w najdziwniejszych okolicznościach. Najbardziej zimą, kiedy człowiek bez przerwy zakłada i zdejmuje szalik, czapkę, golf, i te kolczyki mają sto okazji, żeby wypaść. W efekcie zimą ograniczam się – z wielkim żalem – do tych, które są zapinane i nie mają zwyczaju się odpinać, ale mam ich niewiele i cierpię.

Pozostałe staram się zapina gumowymi zatyczkami, ale to nie zawsze pomaga,  można zgubić i zatyczkę, i kolczyk. Poza tym nie zawsze pamiętam i z tego powodu niedawno zgubiłam kolczyk z kotkiem, otrzymany zaledwie tego popołudnia od Izu. Prawdopodobnie, jak ostatnia kretynka, wytarłam go w kurtkę mojego towarzysza (nigdy więcej przytulania w nocnym autobusie). Strasznie się sama na siebie rozzłościłam i postanowiłam, że KONIEC. Następnego dnia Kain na moją prośbę kupił na Allegro zatyczki do kolczyków. 9 opakowań, w sumie na 225 par. Nie sądzę, żebym kiedyś miała aż tyle, ale pasowało mu do równego rachunku ;-)

Dziś przyszły i nanizałam po jednej zatyczce na każdy posiadany kolczyk. Żadnego więcej nerwowego przekładania tuz przed wyjściem z jednej pary na drugą, zapominania albo machania ręką, że już nie mam czasu i może nie zgubię! Teraz każda para kolczyków zaopatrzona jest w gumowe zabezpieczenie, które wprawdzie nie chroni w stu procentach, ale jednak znacznie zmniejsza ryzyko wpadki. Znaczy wypadki.

Czego i Wam życzę.

Tramwaj Filozoficzny 2011

Po raz drugi pojechaliśmy Tramwajem Filozoficznym i po raz drugi było bosko. To niesamowite, jaka atmosfera może być w zwykłym tramwaju. Albo niezwykłym właśnie.

Była muzyka, kolorowe światła, balony, serpentyny i dużo ludzi. Przypadkowi pasażerowie byli grzecznie wypraszani, ale nie zawsze – pewien starszy pan przejechał z nami pół trasy. Najpierw siedział i tylko patrzył, ale pod koniec żądał od dziewczyn kolejnych serpentyn w różnych kolorach („Żółtą, pani da żółtą, inne już mam.”)

Nie mogliśmy zostać do końca imprezy, bo na Natolinie czekało na nas ognisko urodzinowe mego kochanego szwagra, również niemożliwe do opuszczenia :) Ale ten fragment Tramwaju, w którym uczestniczyliśmy, pozostawił miłe wspomnienia. Tak więc, jak rok temu – szacun dla Pawła za organizację i wielkie dzięki dla towarzyszy zabawy. Mamy nadzieję, że, jako sympatycy, zawsze będziemy zapraszani, choć noga nasza na tej filozofii nigdy nie postała ;P

(No, moja postała ze dwa razy, ale tylko towarzysko, więc się nie liczy.)

Służąca ma wychodne

Dziś prosto z pracy poszłam na miasto. To znaczy plan był taki, że między pracą a miastem będę miała kwadrans na ogarnięcie się i przebranie, ale ponieważ blondynka zapomniała klucza… to skomplikowane, dość powiedzieć, że tego kwadransa nie miałam.

Spotkałam się z jedną z moich licznych sióstr, która oddała mi drobiazgi znalezione pod szafkami w starym mieszkaniu. Potem poszłam na kawę ze znajomym, potem dołączył drugi znajomy i poszliśmy na piwo. Wróciłam około 22.00. Weszłam do domu i rutynowo zapytałam: „Karmiłeś koty?”

I wiecie, ja rozumiem, że facet, który pracuje po godzinach, który nie miał weekendu i generalnie ma męczącą pracę, może nie mieć ochoty pozmywać. Rozumiem, że może nie zrobić prania, które zawsze robiłam ja, bo ja umiem, a on nie. Ale, kurwa, żeby nie nakarmić kotów? Że jeszcze miały. Tak, stare jedzenie ze śniadania. Że myślał, iż ja im dałam. Kiedy niby? Nadmienię, iż dzwoniłam po pracy i mówiłam, że nie wracam do domu przed wieczorem.

Serio, poczułam się jak gospodyni, która robi wszystko w domu i jak nie zrobi, to nikt inny palcem nie kiwnie. Jestem lekko wstawiona i mogę gadać głupoty (ale to nie za reklamy, klikajcie w nie dalej), jednak naprawdę szlag mnie trafił nagły. Nakrzyczałam, a teraz siedzę w łóżku z laptopem na kolanach i ulewam jad tutaj.

Nienawidzę gotować

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, po drugiej stronie Wisły, pewnego dnia moja mama powiedziała, że nie lubi gotować. Wydało mi się to – dziecku – dziwne. Przecież mamy gotują, więc pewnie to lubią (proste, nieprawdaż). Acz wyjaśniało, czemu u nas te obiady jakby mniej wyrafinowane, niż u innych, nawet w latach bardziej tłustych.

Dziś sama jestem… nie, wróć. Jestem tylko żoną, za to żoną pracującą krócej od męża i w związku z tym czuję się zobowiązana do gotowania. Dodam, że kiedy to ja wracałam później z pracy, on gotował. No bo tak: ciepły posiłek trzeba zjeść, żadne z nas nie ma możliwości jadać obiadów w pracy. Na kupowanie gotowego jedzenia, zamawianie do domu czy jedzenie często w restauracjach nas, niestety, nie stać. Założyć rączki i powiedzieć zmęczonemu i głodnemu człowiekowi, że nie gotuję, nie mam sumienia. Przy tym wszystkim naprawdę nie przepadam za gotowaniem. OK, przygotowanie czegoś dobrego raz na jakiś czas sprawia mi przyjemność, ale codzienne zaopatrywanie domu w ciepły, wartościowy i niedrogi posiłek – błe.

Toteż codziennie po południu powtarzam sobie następującą frazę: „Jak mi się, kurwa, nie chce gotować obiadu!”

Naprawdę trzeba będzie wdrożyć jakiś plan, żebym nie musiała, bo zamarudzę Kaina i siebie na śmierć. Że o Was nie wspomnę. Pomysły?…

Księżniczka Despotka

Jestem despotką. Jestem okropna. Wydaje mi się zazwyczaj, że wszystko wiem lepiej, mam monopol na prawdę, na czyimś miejscu postąpiłabym bardziej właściwie… i tak dalej. Strasznie mnie irytuje, kiedy ludzie nie postępują w myśl moich wskazówek, a potem narzekają. Jeszcze bardziej – że nie mogę układać im życia za nich. Zmienić za kogoś pracy, zaprosić za kogoś dziewczyny na randkę, postawić się za kogoś rodzinie, pójść za kogoś do lekarza, no nie mogę, a czasem bardzo chętnie bym to zrobiła.

Przypuszczalnie życie ze mną pod jednym dachem jest koszmarem, bo nawet, jeśli nie wiercę dziury w brzuchu, to czasem nie potrafię ukryć dezaprobaty, jeśli coś nie idzie tak, jak sobie to wymyśliłam. W moim mniemaniu świat powinien naginać prawa fizyki specjalnie dla mnie i moich bliskich, a jeśli nie chce, tym gorzej dla świata (czy już wspominałam, że jestem okropna?).

Tak więc, świecie, ogarnij się, bo skoro nie mogę w imieniu pewnej bliskiej osoby pójść i zrobić jesieni średniowiecza tam, gdzie bym pragnęła ją zrobić – kolej na ciebie. Naginaj, świecie, prawa i zasady, szybko, pókim cierpliwa. Bo jak nie…!

Pracownia Tekstylia

W tym tygodniu rozpoczęłam weekend w czwartek. Miałam jutro jechać do Krakowa, ale kolejny raz odłożyłyśmy z Najmłodszą tę wyprawę na bliżej nieokreślony termin, w którym nie trzeba się będzie tak szczypać z kasą.

Skoro miałam wolny dzień, zrobiłam kilka konstruktywnych rzeczy,  między innymi napisałam sobie nowe teksty na moją stronę internetową. Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to o, proszę, tu jest. Ma też fanpage’a, więc można promować mnie na fejsiku, jak ktoś ma ochotę.

W ogóle to chętne zrobiłabym coś nowego. Jakąś szeroko zakrojoną akcję marketingową z porządnym budżetem, w której można nieco zaszaleć. Nudzę się zawodowo i czuję, że stoję w miejscu, a to bardzo niedobre uczucie, szczególnie w mojej branży. Zatem od dziś będę się modlić o wyzwanie zawodowe.

Na początek jedno.