Ludziowstręt

Spędziłam wspaniały weekend. Począwszy od piątku, który przyniósł dobre wieści oraz wypite wieczorem białe wino, którym się z Kainem radośnie ubzdryngoliliśmy, a potem oglądaliśmy burzę z balkonu, a potem to już oglądaliśmy ją z łóżka, a dalej nie pamiętam. Przez sobotę, zaczętą leniwym śniadaniem we dwoje, a zakończoną imprezą Agory, na którą mnie zabrano i gdzie zjadłam dobre rzeczy, poznałam fajnych ludzi i dobrze się bawiłam. Aż po niedzielę spędzoną w różnym gronie, ale konsekwentnie bez pośpiechu oraz po pieczone spontanicznie wieczorem muffinki i ich grzeszne pałaszowanie na ciepło o godzinie, o której żadna dbająca o siebie kobieta nie powinna pałaszować ciastek.

Jednak w każdym z tych dni był jakiś zgrzyt, mały, natrętny cień, który odebrał mi część dobrego samopoczucia. A to „ocieracz” w tramwaju (wciąż nie nauczyłam się otrząsać z tego poczucia ohydy), a to  wyraz twarzy przypadkowo spotkanej kobiety (dawno nikt na mnie nie patrzył z taką nienawiścią, a prawie się nie znamy). Zawsze coś, rysa na szkle.

Może dlatego, a może zupełnie bez związku, ale czuję, że na razie mam dość ludzi. Plany towarzyskie nie budzą we mnie radości. Budzą raczej coś w rodzaju poczucia obowiązku, konieczności zaciśnięcia zębów i bycia miłą, fajną, ładnie ubraną, nierozczarowującą. Z rozkoszą za to celebruję chwile we dwoje, których ostatnio mieliśmy tak mało. Z co najmniej taką samą przyjemnością – chwile samotności, choćby pozornej, przy komputerze albo książce.

Minie.

4 myśli nt. „Ludziowstręt

  1. Osael

    Tak, w moją małą aspołeczność popadłem już jakiś czas temu więc chyba wiem o co chodzi.
    Fajnie się żyje we własnym, małym światku.
    Fajnie też czasem spotkać się z innymi – szczególnie jak ludzie są tego warci.

      1. Alquana

        Taktak, idź sobie, robisz tłok ;)
        (mój poprzedni komentarz zabrzmiał w sumie dziwnie radośnie, zeby było jasne – naprawdę mam nadzieję, że Ci szybko przejdzie, no)

Możliwość komentowania jest wyłączona.