Miesięczne archiwum: Czerwiec 2011

Wakacje*

*czy coś

Pamiętacie te czasy, kiedy po 23 czerwca przez dwa miesiące była laba? Rany, jak to było dawno temu. Jako dziecko przez wiele lat nie jeździłam na wakacje, ale sama świadomość, że całe lato nic nie muszę, była cudowna. Tęsknię za tym co roku, i to mimo, że teraz miewam kasę na wyjazdy.

W tym roku, jak wspominałam, postanowiliśmy sobie je odpuścić, ale mieliśmy zamiar jedyne wspólne wolne cztery dni tego lata spędzić na działce . Tuż przed weekendem okazało się jednak, że blondynka znów przeliczyła się z budżetem. Doprawdy nie wiem, jaki to ma sens, żebym ja się zajmowała rachunkami. Notorycznie wydaje mi się, że wszystko jest pod kontrolą i notorycznie okazuje się, że tylko mi się wydawało. Właśnie chciałam napisać, że z pewnością ogarnę to do końca w najbliższym czasie, tak tak, już to widzę.

No ale nie o tym. Pieniądze rzecz nabyta, a w sytuacji podbramkowej czasem nawet pożyczona, więc jakoś by się to dało przeskoczyć. Niestety wyszło na jaw, iż mój facet tak bardzo nie ma ochoty ruszać się z domu,  że po długiej i żałosnej scenie poddałam się i zostaliśmy. Byłam wściekła jak cholera, bo wprawdzie też lubię pobyć w domu, ale nie wyobrażam sobie wakacyjnego wypoczynku bez wyjazdu. W domu zawsze jest coś do zrobienia, na co się przedtem nie miało czasu, coś do załatwienia albo ktoś do spotkania… Poza miastem, a przynajmniej poza swoim miastem, odpoczywa się w zupełnie inny sposób. Jednakże, jak się rzekło, nasze jedyne wakacje szlag trafił. Ja będę miała jeszcze w lipcu parę dni wolnych, a w sierpniu jedziemy na Woodstock, ale to już nie to samo.

Niespodziewanie to, że zostaliśmy, przydało się paru osobom. Znajoma, która miała zaopiekować się kotami i pisać w zaciszu naszego mieszkania pracę magisterską, pisała ją zgodnie z planem, zamknięta w sypialni i wzywana na obiad. Dwóch kolegów spoza miasta znalazło nocleg oraz przygarnęliśmy na tydzień pewną blondynkę. Tak więc długi weekend upłynął w atmosferze towarzyskiej, imprezowej i w ogóle bardzo miłej. Poza tym wybraliśmy się na plażę miejską nad Wisłą (o której chyba napiszę obszerniej w innej notce), na Obudź Warszawę (nic się nie działo, policja rozpędziła imprezę przed 21.00) i do parku. W gruncie rzeczy spędziliśmy tych parę dni wściekle aktywnie, tym bardziej, że ja miałam pracę do zrobienia. I to był dobry weekend, w który zdążyłam poimprezować, zintegrować się z ludźmi, wyspać się, pospacerować i w ogóle.

Wciąż jednak żal mi wyjazdu, który nie doszedł do skutku.

Wierzę w słowa

Za swoją najgorszą cechę uważam naiwność. Wierzę ludziom. Wierzę, kiedy ktoś coś mówi: że mówi prawdę, że artykułuje to, co naprawdę myśli i czuje; że jest szczery.

Kiedy ktoś umawia się ze mną do kina, ja wierzę, że pójdziemy do kina, kiedy na wódkę, spodziewam się wódki, kiedy obiecuje mi obiad, jestem zadziwiona brakiem obiadu. Gdy słyszę, że ktoś mnie lubi albo kocha – wierzę w to i cieszę się naprawdę.

To nie jest tak, że nigdy nikt mnie nie okłamał. Przeciwnie – od zawsze znam ludzi, którzy mówią jedno, a robią drugie, łamią dane słowo, są mitomanami i tak dalej. Mimo to zawsze daję się nabrać. A im bardziej kogoś lubię, tym bardziej mu wierzę i skłonna jestem brać wszystko za dobrą monetę, ewentualne wpadki w tę pędy wybaczając. Ta taktyka ma wcale długie nogi, na słowach zamiast czynów spędziłam kilka związków, marnując niekiedy całe lata.

Pisałam już o tym, nawet nie raz. Zmieniło się to, że teraz już tego w sobie nie lubię. Może to kwestia niedawnej rozmowy z pewną mądrą dziewczyną, może kończy mi się życiowy przydział cierpliwości, może dorastam (taa, na pewno). Nienawidzę nawet nie tej posiadanej przez siebie naiwności, ale tego, że pozwalam się źle traktować.

Trzydziestka na karku, a jak piętnastolatka. Wiem, to już też mówiłam i tu akurat nic się nie zmieniło.

 

Gościu, siądź pod mym liściem, a posprzątaj sobie najpierw

Nie ogarniam.

W głowie mi się przepaliły wszystkie bezpieczniki, cała jestem bałaganem, bitwą, wojennym stanem. Umówiłam się do lekarza na termin, w którym jestem całodobową nianią. Pojechałam na Chmielną przy palmie zamiast na Chmielną przy Starynkiewiczu. Wybiegając z domu, rzekłam: „Wezmę tylko parasol” i wzięłam wałek do ubrań (leży w tym samym pudełku i też jest czerwony z czarną rączką, czy to mnie usprawiedliwia?). W przychodni dwa razy pytałam o numer gabinetu i trzy razy o termin następnej wizyty. Omal nie wyszłam do pracy z odżywką na włosach.

Chciałam niedawno kupić sobie lecytynę w tabletkach, ale mój facet się sprzeciwił i nie kupiłam. Pozwolił mi co prawda nabyć w zamian śledzie i nabyłam, ale już się skończyły. Wciągnęliśmy je pod absynt, bo przecież rybka lubi pływać.

W domu mamy koszmarny bałagan. Ja ostatnio mało tam bywam, a Kain albo programuje, albo gra. Ot, czasem któreś z nas sprzątnie kotom, umyje kubek albo powiesi moje kolczyki na miejsce (rozrzucam je po domu i potem mąż mi odwiesza), ale generalnie jest bajzel i mam wrażenie, że najwięcej ostatnio sprzątają goście. Odkrycie po powrocie z pracy, że nocujący u nas znajomi pozmywali i ogarnęli – naprawdę cenne (przy tej okazji składam Alquanie i Jagotenowi spóźnione podziękowania!)

Byłam wczoraj u ginekologa. Facet mnie pierwszy raz w życiu widział, więc zrobił wywiad:

Doktor: – Była pani w ciąży?
Ja: – Nie. Ale zamierzam.
Doktor: – To nie jest karalne.

Wciągałeś – nie całuj

Odnoszę wrażenie, że jestem jedyną osobą na świecie, która uważa, że tabaka jest obrzydliwa. Nie chodzi mi o smak, zapach czy odczucie podczas zażywania – nigdy nie próbowałam. Zdarza mi się natomiast występować w roli obserwatora i zapewniam Was, że nigdy z własnej woli.

Prawdopodobnie nigdy nie pojmę, co sprawia, że grupa dorosłych, dbających o siebie ludzi obojga płci postanawia publicznie wciągać do nosa proszek, brudzący wszystko naokoło, a następnie publicznie siąkać, smarkać, kichać, lać łzy z oczu i ogólnie siedzieć między ludźmi, przy stole, z glutami do pasa. Najseksowniejsza laska, najbardziej pociągający mężczyzna w sekundę tracą dla mnie urok, choć staram się nie patrzeć.

Natomiast większość moich znajomych chętnie sięga po tabakę, jeśli ktoś w towarzystwie proponuje.  Rozumiem, że to jest tytoń, a więc nałóg i są osoby, które zażywają ją regularnie tak samo, jak inni palą papierosy. Moja dezaprobata dotyczy głównie ludzi, które nie są uzależnieni, ale w sytuacjach towarzyskich lubią się poczęstować szczyptą lub dwiema. Co prawda ponoć Mickiewicz lubił robić w towarzystwie znacznie bardziej intymne rzeczy (ktoś o tym słyszał, czy to tylko ja w młodości uwierzyłam w puszczoną plotkę?), ale ostatecznie nie jesteśmy wieszczami.

Ciekawa jestem, czy ktoś podziela moją opinię, bo do tej pory nie spotkałam takiej osoby. Czuję się nieco osamotniona w moim obrzydzeniu i o krok od wykluczenia towarzyskiego: ostatnio zaczynam unikać imprez, na których spodziewam się spektaklu ze smarkami w roli głównej…

Harder better faster stronger

Jeśli do końca lata nie zapracujemy się na śmierć, to będzie cud i spłata karty kredytowej. Mój mąż bowiem kategorycznie oznajmił, że nie jedziemy na żadne wakacje i spłacamy należności. Tak mnie tą swoją stanowczością zadziwił, że od dwóch tygodni nie mogę ochłonąć i z wrażenia zgadzam się na wszystko.

No i teraz ja mam dwóch stałych (odpukać) klientów na copy oraz dwoje dzieci pod opieką, a Kain zmienia pracę, dodatkowo zaś zewsząd sypią się na niego zlecenia. Jeśli nie dostanie zawału serca czy coś, to za jakiś czas może nie tyle będziemy bogaci, co mniej zadłużeni. A 20% na cholernej karcie kredytowej potrafi dać w kość.

Jednocześnie wzięliśmy się za różne zaległe sprawy zdrowotne i strasznie dużo czasu spędzamy u lekarzy. U mnie wykluczono problemy z tarczycą (uff), ale znaleziono prawdopodobnie rwę kulszową, Kainowi kazano mierzyć ciśnienie rano i wieczorem. Stay tuned.

Wszystko to nijak nie wpisuje się w moją metodę życia beztroskiego z wiecznym „jakoś to będzie”, co zapewne znaczy, że jestem z właściwym facetem, który w razie czego wkracza i stawia mnie do niezbędnego, prozaicznego pionu. Twarde stąpanie po ziemi nie jest szczególnie zabawne, ale zawsze to nowe, ciekawe doświadczenie ;)

Nie będę sobie warkocz trefiła…

…tylko mężowi co rano.

Kain postanowił ściąć włosy. Siwa stwierdziła, że to objaw dojrzałości i każdy do tego dorasta, ale nie jestem całkiem pewna, czy wygolone boki i warkocz na czubku pasują do tej teorii. W każdym razie mój mąż myślał o zmianie fryzury od dość dawna, ja zaś byłam sceptyczna, bo uwielbiam długie włosy u mężczyzn (a u niego szczególnie). Ostatecznie jednak ładnemu we wszystkim ładnie i przecież nie porzucę takiego fajnego faceta tylko dlatego, że zmienił fryzurę.

Poszliśmy więc razem do fryzjera, w dodatku hazardownie, bo nie do mojej ulubionej Ani, tylko do nowego salonu fryzjerskiego na Pradze. Fryzjerka myślała początkowo, że dziewczyna przyjmująca telefoniczne zapisy żartuje sobie z niej: „Przyjdzie jakiś facet, żeby mu ogolić głowę i zrobić warkocz”. Ale pojawiliśmy się tam i potwierdziliśmy zamówienie, i trzeba przyznać, że pani Sylwia podeszła do sprawy z fantazją. Zaprezentowała nam różne sposoby zaplatania włosów, zaproponowała, żeby za jakiś czas na odrastających bokach wygolić wzorki i zrobiła na koniec śliczny warkocz dobierany.

No i teraz ja mu muszę ten warkocz pleść co rano, bo trudno jest robić sobie taką fryzurę samemu. Wstaję więc kwadrans wcześniej, a Kain ma jeszcze gorzej, bo jeśli chce mieć zaplecione włosy, to musi się ruszyć z łóżka, zanim ja wyjdę do pracy (chwilowo wychodzę wcześniej, niż on). Pierwszego dnia zajęło mi to chyba z godzinę, bom nienawykła. Szczęście, że to była sobota. Zaczynałam cholerny warkoczyk ze sto razy, klnąc przy tym jak szewc. Szybko jednak nabrałam wprawy i teraz zaplatam w parę minut. Zastanawiam się tylko, czy to znaczy, że koniec z samotnymi wyjazdami na więcej, niż dwa dni? No bo jakże tak – męża bez zaplecionych włosów zostawić ;P

Poniżej – efekt pracy pani Sylwii. Staruszki przechodzą na ten widok na drugą stronę ulicy, a prascy kolesie zaciskają pięści. Gumkę zamieniliśmy potem na czarną.

Konstancin, kraina czarów

Piękna blondynka w białej sukience porwała mnie kabrioletem do wielkiej willi. Tam ułożyłam się na tarasie, a gospodarz wyprzedzał wszystkie moje życzenia, co do jednego. Amerykanin z małym białym pieskiem podawał sok marchwiowy, śpiewając arie operowe wspaniałym tenorem. Dziecko przyniosło gościom kota do stołu. Dziewczyna, która hoduje ślimaki, demonstrowała ich sposób kopulacji, a gospodarz dyrygował jej nieustannym śmiechem, gestami modyfikując dźwięk i tonację. Sos do makaronu okazał się zupą, wieczorem był gorący ogień i lodowata wódka, blondynka mnie całowała, a wszystko pachniało wanilią. Rano był koktajl truskawkowy i szampan, na stole siedziała świnia, przy stole – kobieta z głową Stormtroopera, a pies* tańczył salsę.

To wszystko zdarzyło się naprawdę, przysięgam. Brzuch mnie boli od śmiechu, głowa od wódki, a serce, bo chcę jeszcze!
Serdeczne pozdrowienia dla Seg i Mścisława :)


*nie ten biały pies, inny, duży i czarny