Miesięczne archiwum: Lipiec 2011

Lazy saturday

W leniwą sobotę wstałam o ósmej. Do południa zdążyłam zepsuć automat biletowy, utopić w nim dwa złote, odbyć dość szalone spotkanie z moją rodziną, robić w drobny mak szkło w moim telefonie i stracić pracę*. Nieźle jak na początek, hm? ;)

Potem postanowiliśmy wreszcie kupić sobie narzędzia pracy, bo tak jakoś wyszło, że mamy w tej chwili tylko netbuka (szalone 10 cali). Pojechaliśmy do MediaMarkt, udało nam się nie zabłądzić po drodze i już po godzinie wybrać dwa Asusy w całkiem przyzwoitych cenach. Po czym wzięliśmy proformy i ruszyliśmy do działu kredytowego. Tak się jednak złożyło, że mieliśmy w koszyku folię na telefon, a dział kredytów jest za bramkami. Tak więc złapał nas Pan Ochroniarz, zawezwał drugiego i zabrano nas do małego pokoiku, w którym za karę musieliśmy słuchać katechezy. Powaga, z radia leciała modlitwa i śpiewy i byliśmy zmuszeni ich słuchać, póki Pan Ochroniarz nie spisał Raportu. Bardzo się zdenerwowałam i nakrzyczeliśmy na siebie, ale potem się przeprosiliśmy ładnie i Pan Ochroniarz wrócił do swoich obowiązków, a my do kolejki po raty. Następnie okazało się, że nie mam wszystkich dokumentów i rat nie będzie.

To nie koniec sobotnich historii, bo potem zaczęła się część rozrywkowa, ale to już może jutro. Nie odchodźcie od telewizorów.


Od września przyjmę  intratne zlecenia lub jakieś nowe dziecko, zapraszam bardzo bardzo! :)

Blondynka i wordpress

Jakiś czas temu zapragnęłam opublikować notkę, ale nie dyskutować na jej temat. Bo nie. WordPress oferuje funkcję „zezwól (lub nie) na komentowanie nowych artykułów”, ale okazało się, że to nie za bardzo działa, więc Kain znalazł mi wtyczkę One Click Close Comments, która, jak nazwa wskazuje, blokuje komentarze jednym kliknięciem. I fajnie.

Następnie okazało się, że wtyczka domyślnie ustawiona jest na „zablokuj” i za każdym razem po opublikowaniu nowej notki trzeba to zmieniać. Oczywiście prawie zawsze o tym zapominałam, nie mówiąc już o tym, że nie da się tego zrobić np. z komórki (a zdarza mi się pisać notki na komórce i publikować je zdalnie).  Wczoraj pomyślałam, że to jest jednak kompletnie bez sensu i wyłączyłam wtyczkę.

Dziś rano dostałam od Drogiego Czytelnika informację, że nie może skomentować ostatniej notki. Pomyślałam, że wyłączenie wtyczki nie pomaga i odinstalowałam ją całkiem. Potem poszłam do ustawień dyskusji i na wszelki wypadek zaznaczyłam wspomniane okienko od komentowania nowych postów. I nic. Komentować nadal się nie da, a ja siedzę jak tabaka w rogu i nie mam pojęcia, co po drodze zepsułam.

Ciekawe, czy tę notkę da się komentować.

Edit:
Wszystko już działa, jak powinno i będzie działać po wsze czasy. Rzekłam!

Take me away

Taki napis mam na koszulce od Izu. Duży, żółty napis na czarnym tle. Chciałabym mieć z pięć takich samych koszulek i nosić je codziennie.

Actually i am away. I chcę tu zostać. Chcę już zawsze spacerować po górach, chcę zawsze siedzieć na tej kanapie, nigdzie stąd nie pójdę. Trzymaj mnie za rękę, dokładnie tak. Nie puszczaj mnie już nigdy, bo tu jest dobrze, tu są wakacje, dystans, urlop od życia, mała stabilizacja. Nie, nie idę spać, nie ruszę się stąd, obejmuj mnie tak jak teraz, zabij wszystkie smoki, wyzwij na pojedynek każdego, kto krzywo na mnie spojrzał. Przez chwilę tak łatwo uwierzyć w każde słowo. Mów do mnie, patrz, uśmiechaj się i dziękuj, że jestem. Zawsze.

Tymczasem staram się oddychać normalnie, płakać mało, wyglądać dobrze i nie absorbować za bardzo. To ostatnie zupełnie mi nie wychodzi, ale trzeba próbować. Tymczasem potykam się na prostej drodze, wchodzę ludziom pod nogi, przepraszam nie w porę. Omijam przeszkody wielkie jak góra lodowa, żeby wpaść na kolejne, znienacka wyskakujące zza zakrętu. Albo widoczne z daleka i migoczące światłami, ale cóż, kiedy patrzyłam w inną stronę.

Tymczasem prasuję sukienki, nakładam i zmywam makijaż,  mam swoje flakoniki i pudełeczka, kobiece czary. Tymczasem kupuję kolczyki, nieudolnie próbuję trzymać fason, funduję lody i kiecki. Robię dobre jedzenie i czule się uśmiecham. Próbuję ukryć podchodzący do gardła strach. Tymczasem wracam w środę. Na pewno wszystko będzie dobrze.

Na pewno.

An unrescuable schizo

there’s no end to the love you can give
when you change your point of view to underfoot
very good
you may be flat but you’re breathing

and there’s no doubt he’s at home in his room
probably watching porn of you from the fall
it’s last call

and you’re the last one leaving
and you thought you could change the world
by opening your legs
well it isn’t very hard
try kicking them instead
and you thought you could change his mind
by changing your perfume to the kind his mother wore
o god delilah why?
i never met a more impossible girl….

in this same bar where you slammed down your hand
and said “Amanda, i’m in love”
no you’re not
you’re just a sucker for the ones who use you
and it doesn’t matter what i say or do
the stupid bastard’s gonna have his way with you…

you’re an unrescuable schizo
or else you’re on the rag
if you take him back
i’m gonna lose my nerve
i never met a more impossible girl….
i never met a more impossible girl….

at four o’clock he got off
and you called up
“i’m down at denny’s on route one
and you won’t guess what he’s done”
is that a fact delilah?
larry tap let you in through the back
and use his calling card again
for a quick hand of gin

you are impossible, delilah: the princess of denial
and after 7 years in advertising you are none the wiser

you’re an unrescuable schizo
or else you’re on the rag
cause if you take him back
i’m gonna lose my nerve
he’s gonna beat you like a pillow
you schizos never learn
and if you take him home
you’ll get what you deserve

so don’t cry delilah
you’re still alive delilah
you need a ride delilah?
let’s see how fast this thing can go

(Dresden Dolls „Delilah”)

Pociąg wiezie mnie w nowy niepokój

Czy już mówiłam, że kocham wyjeżdżać? Mówiłam, ale nie rozumiecie. Gdyby mi powiedziano, że już nigdy nigdzie nie pojadę, zaczęłabym się rozglądać za sznurem i hakiem. Jeśli ktoś koniecznie chciałby mnie poderwać, niech po prostu wsadzi mnie w jakiś środek lokomocji i gdzieś zawiezie. 8 punktów na 10 gwarantowane od razu.

Jeśli dacie mi do wyboru całe życie w jednym miejscu u boku mężczyzny, o którym marzę i samotne życie pełne wycieczek, wybiorę to drugie. („Gonią cię Niemcy z wilkami, co robisz?” Wyjeżdżam.) Jeśli zamkniecie granice miasta, umrę. Wierzę w to.

Wyjazdy są konieczne, żeby oddychać. To nie muszą zawsze być góry, choć je kocham najbardziej. Ważny jest ruch, zmiana miejsca, ważna jest ucieczka, samotność, a także to, że w podróży skupiam się na zupełnie innych, bardziej elementarnych sprawach. Ważne są nowe widoki, inne powietrze, twarze, budynki, panoramy.

Wyjazdy są konieczne także dlatego, że w końcu się wraca.

Ale to już zupełnie inna historia.

Najmłodsza w Mieście na K

Najmłodsza wybrała się pewnego razu do Krakowa z wycieczką szkolną. Wróciła wkurwiona. Piękne miasto, rzekła, tylko wszędzie, cholera, ludzie – a zwłaszcza sześć szkolnych klas! I wyraziła chęć obejrzenia pięknego miasta w mniejszym gronie. W okolicach grudnia obiecałam jej to po raz pierwszy. Przekładałyśmy wyjazd jakieś cztery razy, ale wreszcie wszystko się powiodło i oto jesteśmy.

Zwiedzanie zabytków i muzeów koleżanka ma w nosie.  Interesuje ją po prostu chodzenie po mieście. Doskonale to rozumiem, bo mnie także w nowych miastach najbardziej pociąga spacerowanie po ulicach, patrzenie, słuchanie i oddychanie inną atmosferą. Zaliczyłyśmy Kopiec Kraka, rajd po sklepach (uparłam się kupić Młodej sukienkę i efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania), parę fajnych knajp (and counting) i sporo „po prostu chodzenia”. W planach mamy więcej knajp i więcej chodzenia, a także Cmentarz Podgórski, który jest blisko i go lubię, malowanie Dworca Płaszów, może ZOO, może coś jeszcze. Zależy, co nam przyjdzie do głowy i jaka będzie pogoda. Myślimy także o małym wypadzie w góry na weekend, ale na razie warunki atmosferyczne nie sprzyjają :/

Najmłodsza wygląda na zadowoloną, choć, swoim zwyczajem, nie wyraża tego głośno. Głównie chodzi po podłodze i miauczy na koty albo siedzi przy jakimś stoliku i miauczy na ludzi. Mam dziwnych znajomych, którzy jej odmiaukują. Wiem, że to brzmi, jakbym miała dysfunkcyjną siostrę, ale to naprawdę ogarnięta młoda osoba. Po prostu lubi koty ;)

Aha, i ona na tym zdjęciu poniżej nie jest smutna, tylko nie lubi się fotografować ;)

Savoir habiller

Wczoraj poczytywałyśmy z Młodą dla rozrywki podręcznik dobrych manier. Z rozdziału o strojach wynika jasno, że jest ze mną źle. Fatalnie wręcz. Nie mam dwóch żakietów (jedynie sztruksową marynarkę, zdecydowanie nieformalną). Nie mam kompletu spódnic do kolana. Ani zestawu bluzek pasujących pod garsonkę (chyba, że topy z h&m się liczą). Z całą pewnością nie posiadam zapasu rajstop (noszę pończochy) ani też dwóch par czółenek na płaskim obcasie. Mam za to jedną suknię wieczorową, absolutne minimum, zdaniem podręcznika.

Z Kainem też jest niedobrze. Nie posiada dwóch garniturów, kompletu przynajmniej siedmiu koszul i tyluż krawatów (ja mam krawaty, ale nie wiem, czy mu pożyczę), ani dwóch dodatkowych, mniej formalnych marynarek.

Jesteśmy źle wychowani. Wydało się.

Jak zostałam linuksowcem

(ale nie obiecuję, że na zawsze)

O reinstalację systemu mój netbuk prosił się od dawna, ale wciąż coś stawało na przeszkodzie. A to nie mieliśmy nowego, a to nie było czasu, a to coś tam. W końcu skrzyczałam mojego męża, on się zdenerwował i zabrał się do rzeczy. Problem polega jednak na tym, że Lulu nie ma czytnika płyt, a Windows nie bardzo lubi się instalować z USB. Po paru godzinach walki, kiedy stało się jasne, że prędzej zaśniemy nad komputerami, niż uda się okiełznać cholerną „windę”, cholernego pendrive’a i cholerną Lulu, Kain zapytał zmęczonym tonem, czy nie mógłby mi na razie zainstalować Ubuntu. Równie zmęczonym głosem odparłam, że OK i bardzo się zdenerwowałam, jak się okazało, że w kwadrans mam system (po całym wieczorze męczarni!).

Musiałam być naprawdę zrezygnowana, skoro się na to zgodziłam po dotychczasowych doświadczeniach z Linuksem. Nie chcę tu wszczynać żadnej dyskusji o wyższości jednego systemu nad drugim, niech każdy sobie używa tego, co lubi i nie zawraca głowy. Ja, jeśli chodzi o komputery, lubię to, co znane i sprawdzone, a co ważniejsze, nie znam się na nich zbyt dobrze. Dwa albo trzy lata temu miałam taki pomysł, żeby używać Ubuntu, ale ówczesna wersja była dla mnie czymś w rodzaju węzła gordyjskiego: nie do rozplątania, mogłam jedynie odinstalować i wrócić na łono Microsoftu.

Jakież było moje zdumienie, kiedy okazało się, że wersja 11.04 jest całkiem przyjazna blondynce. Póki co (CAŁY jeden dzień) wszystko działa. No dobra, są małe problemy, na przykład nie radzę sobie z ustawieniami wydruku albo nie umiem jeszcze korzystać z Jabbera. Ale nie wymagajmy za wiele, zwłaszcza, że nie spędziłam nad tym dużo czasu, bo go nie miałam. System ma różne fajne programy, przyciski i funkcje w wygodnych miejscach (na przykład odtwarzacz muzyki w tym samym miejscu, co ustawienia głośności, takie proste i takie poręczne). Najważniejsze narzędzia od razu gotowe i pod ręką, bez mozolnego ściągania kolejnych programów. Naprawdę niegłupia ta Niebiańska Nimfa, mimo idiotycznej nazwy.

W ten sposób, przez przypadek, mam Linuksa i… i w sumie nie wiem, co, ale jeśli nie nastąpi jakiś poważny fakap, to może nawet już przy nim zostanę? A na pytanie, jak to się stało, że zrezygnowałam z Windowsa, będę odpowiadać: „tak jakoś samo wyszło…”

 

Przyjaciele

Moi przyjaciele nauczyli mnie ostatnio bardzo, bardzo ważnej rzeczy: egoizmu.

Jestem osobą, która potrafi wprawdzie być bardzo egocentryczna i w brzydki sposób nie zauważać ludzi obok siebie. Zupełnie niechcący, nieumyślnie, przez nadmierne skupienie na sobie. Wiem o tym i tym bardziej staram się (kiedy o tym pamiętam) stąpać na palcach, żeby nie nadepnąć. Nie zawsze wychodzi, ale ja nie o tym. Jednocześnie bowiem staram się być miła i strasznie mi zależy, żeby wszyscy byli szczęśliwi, a także, by każdego traktować sprawiedliwie. Na przykład po kłótni potrafię godzinami roztrząsać, czy na pewno nie zareagowałam zbyt gwałtownie, bo na pewno interlokutor też swoje racje ma.

Są jednak takie sytuacje, w których nie da się uszczęśliwić wszystkich i wówczas należy pamiętać przede wszystkim o sobie i o tych naj- najbliższych. Bliźniego swego, jak siebie samego – nikt nie mówił, że bardziej.

I o tym właśnie przypomnieli mi ostatnio moi przyjaciele, sprawiając, że zawalczyłam o swoje szczęście i swój spokój. Dziękuję Wam z całego serca, Kochani.

Dwa miasta

Rodzinna plotka głosi, że zostałam spłodzona w pociągu. Mam nadzieję, że tak właśnie było, ponieważ stanowczo czuję się dzieckiem pociągu. Jestem stworzona do tego, żeby wsiadać w pociąg i odjeżdżać. Kiedy życie staje się nie do zniesienia, najbardziej lubię wziąć niezbyt dużą torbę, kupić bilet i wyjechać.

Odległość między Warszawą a Krakowem jest idealna, żeby odpocząć. Najpierw spędzam trzy godziny w pociągu: to mój czas na myślenie. Przyjmuję go z ulgą, bo wreszcie sytuacja zmusza mnie do tego, żebym przez kilka godzin nic nie robiła. Mogę oczywiście czytać, a nawet pracować, ale w pociągu robi się to kiepsko. Najlepiej jest słuchać muzyki, patrzeć w okno, rozmyślać i łapać oddech. Kiedy dojeżdżam do celu, jestem już zmęczona siedzeniem i czekaniem, więc z rozkoszą porzucam moje miejsce w przedziale i pozwalam się zaprowadzić w jakieś inne. W Krakowie zupełnie odrywam się od moich warszawskich spraw. Na pewno chodzi bardziej o ludzi, niż o miasto (to nie miasto mnie rozpieszcza, komplementuje i poi winem), ale gdyby nie motyw drogi, nie wypoczywałabym tak doskonale. Odległość od domu, wysiłek włożony w podróż, sam fakt ucieczki od codziennego życia – to wszystko sprawia, że mój umysł zaczyna pracować inaczej, a serce inaczej bić. To małe wakacje, rodzaj resetu, po którym system działa znacznie szybciej i sprawniej.

A potem wracam: biorę małą torbę, kupuję bilet i wsiadam do pociągu. Piję okropną kawę ze styropianowego kubka, rozmyślam, piszę. Zawieszona między miastami, jeszcze trochę w Krakowie i już trochę w Warszawie, mam czas na to, żeby przygotować się do powrotu. To ogromnie ważne. Nie umiałabym ot, tak przeskoczyć od jednego do drugiego. Ale w pociągu powrót staje się czymś prostym, co dzieje się naturalnie, płynnie i nieuchronnie, i kiedy docieram z powrotem, jestem gotowa wziąć kolejny oddech i z przyjemnością zająć się codziennymi sprawami.

Aż do kolejnej, upragnionej podróży…