Take me away

Taki napis mam na koszulce od Izu. Duży, żółty napis na czarnym tle. Chciałabym mieć z pięć takich samych koszulek i nosić je codziennie.

Actually i am away. I chcę tu zostać. Chcę już zawsze spacerować po górach, chcę zawsze siedzieć na tej kanapie, nigdzie stąd nie pójdę. Trzymaj mnie za rękę, dokładnie tak. Nie puszczaj mnie już nigdy, bo tu jest dobrze, tu są wakacje, dystans, urlop od życia, mała stabilizacja. Nie, nie idę spać, nie ruszę się stąd, obejmuj mnie tak jak teraz, zabij wszystkie smoki, wyzwij na pojedynek każdego, kto krzywo na mnie spojrzał. Przez chwilę tak łatwo uwierzyć w każde słowo. Mów do mnie, patrz, uśmiechaj się i dziękuj, że jestem. Zawsze.

Tymczasem staram się oddychać normalnie, płakać mało, wyglądać dobrze i nie absorbować za bardzo. To ostatnie zupełnie mi nie wychodzi, ale trzeba próbować. Tymczasem potykam się na prostej drodze, wchodzę ludziom pod nogi, przepraszam nie w porę. Omijam przeszkody wielkie jak góra lodowa, żeby wpaść na kolejne, znienacka wyskakujące zza zakrętu. Albo widoczne z daleka i migoczące światłami, ale cóż, kiedy patrzyłam w inną stronę.

Tymczasem prasuję sukienki, nakładam i zmywam makijaż,  mam swoje flakoniki i pudełeczka, kobiece czary. Tymczasem kupuję kolczyki, nieudolnie próbuję trzymać fason, funduję lody i kiecki. Robię dobre jedzenie i czule się uśmiecham. Próbuję ukryć podchodzący do gardła strach. Tymczasem wracam w środę. Na pewno wszystko będzie dobrze.

Na pewno.