Miesięczne archiwum: Sierpień 2011

Tymczasem koniec lata

Burza wisiała w powietrzu od wielu dni. Mimo to wciąż świeciło słońce, było ciepło i pozornie spokojnie. Po jednym ze szczególnie pogodnych dni, spędzonych na dworze, opalonych, upalnych – wreszcie uderzyła i zmiotła, co popadło.

Ponieważ burze są naturalną i pożądaną koleją rzeczy, obecnie stopniowo powraca ładna pogoda. Pierwszy raz od dawna mam wrażenie, że może jednak tornado nie nastąpi i nie rozwali mi dachu nad głową. Tylko patrzeć, a wyluzuję zupełnie i nikt w najbliższym otoczeniu nie osiwieje, a nawet może ja sama też nie.

Tymczasem koniec lata i właśnie skonstatowałam, że wrzesień już za trzy dni. Wczoraj robiłam duże sprzątanie i ponieważ miałam zajęte ręce, a wolną głowę, mimochodem obmyśliłam plan finansowo-zawodowy na wrzesień. Nie jest to plan przyjemny, ponieważ, nie ma co się oszukiwać, nie stać mnie na luksus rozwijania firmy. Zlecenia owszem, przyjmę coraz chętniej, walcie jak w dym, bo chcę pisać i pisać, i pisać. Ale że jest to dość niepewny chleb, a nadal gardzę etatem (zresztą, w którym mieście miałabym go szukać?), plan zakłada także realizowanie się jako zawodowa ciocia. Jeszcze tylko nie wiem czyja, bo wszędzie na raz nie zdążę.

Drugą częścią planu jest sporządzenie czarnej listy. Na czarnej liście będzie wszystko to, czego we wrześniu NIE kupujemy. Bo jak bym nie liczyła wychodzi mi, że zarabiamy na rachunki, ubezpieczenie i inne stałe koszty – tak na styk. Drugie tyle chętnie byśmy przejedli, przepili, przepodróżowali i wymienili na praktyczne przedmioty codziennego użytku, ale, no cóż.

Jedno, co jest w tym wszystkim dobre, to że mam skille oszczędnościowo-kulinarne. Ugotowanie obiadu za 4 złote, zwłaszcza o tej porze roku, nie stanowi dla mnie problemu i nawet w szczególnie chudych tygodniach z głodu nie umrzemy. Żeby jeszcze tylko koty chciały jeść fasolę! ;)

Marudna

On: – O, fuj, spray na komary?
Ja: – No przykro mi, mój drogi, będę śmierdzieć, ale za to będę mniej marudna.
On: – Popsikaj się jeszcze trochę.

Świadkowie schyłku czasów królestwa wiecznych chłopców

Jestem jednorożcem. Jednorożec jest to stworzenie zupełnie niepraktyczne i nieprzystosowane. Ani to polować nie umie, ani ukryć się w lesie – najlepiej nadaje się do tego, aby wyginąć.

Moi przyjaciele (w liczbie dwóch) dali mi ostatnio do myślenia. Są to mężczyźni zorganizowani, odpowiedzialni i mądrzy, którzy lubią realizować się zawodowo. Zawodowa realizacja i idąca za nią stabilizacja finansowa są dla nich wartościami samymi w sobie i podstawą spokojnego życia. Brak takowej powoduje natomiast mobilizację całej energii życiowej do polowania na mamuta. Póki mamut nie zostanie prawidłowo upolowany, myśliwy nie zazna spokoju i nie może cieszyć się innymi rzeczami.

Piszę z lekką ironią, ale sądzę, że gdybym była żoną któregoś z nich, a tym bardziej, na przykład, matką jego dzieci, bardzo bym doceniła takie podejście do życia. Jednak nie jestem i czasem myślę sobie, że praca i pieniądze nie są w życiu najważniejsze. Ważne są inne rzeczy: rodzina, miłość, spacer po słonecznej łące, kąpiel w rzece nocą, czas spędzony z przyjaciółmi… Ponieważ jestem jednorożcem, jest mi bardzo smutno, kiedy widzę, jak brak wymarzonej pracy spędza przyjacielowi sen z powiek. Ponieważ jestem z rodziny jednorożców, których bogactwo nigdy nie wyrażało się w gotówce, od dzieciństwa czerpię radość z rzeczy niematerialnych (choć, oczywiście, materialne cieszą mnie tym bardziej, że musiałam się na nie naczekać). Od wielu lat traktuję kasę jako środek do celu, a zarabiać ją mogę jakkolwiek. Mam szczęście uprawiać zawody, które lubię, ale uprawiałam też nielubiane, w dodatku z sukcesem, i nie stanowiło to dla mnie wielkiego problemu. Pieniądze zawsze da się zarobić, a potem należy przejść do ciekawszych zajęć. Zanim ktoś mi zarzuci, że wyzywam ludzi od materialistów, zaznaczam, że nie mam tego na myśli. Rozważam po prostu systemy wartości, piramidy potrzeb każdego z nas.

I sama nie wiem, czy bardziej cenię praktyczne, męskie podejście do życia moich przyjaciół, czy może bardziej jest mi ich żal. Co prawda satysfakcję z pracy i pieniędzy łatwiej jest zmierzyć i zważyć, niż zadowolenie z Dobra, Piękna i Prawdy ;-) Tylko czy warto?

Sama nie wiem

Wracam dziś z pracy do domu, a tu mój mąż jakiś sfochany.

– Coś się stało? – pytam.
– Nie, nic.

Nie będę cytować całej rozmowy, bo znacie takie dialogi. Przejdźmy od razu pół godziny do przodu, kiedy to okazało się, że zrobiłam mu przykrość.

– Ale co zrobiłam źle? Czym cię zraniłam?
– Nie wiem. Już nie pamiętam.

I zrozum tu mężczyznę…

Klucz do międzyczasu pilnie kupię

Nie za bardzo wiem, jak i kiedy to się stało, ale pracuję po 12 godzin dziennie. Lubię swoją pracę i lubię dzieci, którymi się zajmuję, ale muszę przyznać, że po tych 12 godzinach wracam ledwo żywa. Co więcej, garstka rodziców grozi, że też mnie zatrudni, jeśli tylko znajdę czas. Za to zleceń copywriterskich jak na lekarstwo. Szykuje mi się jedna fajna współpraca, muszę tylko jakimś cudem znaleźć się na jeden dzień pod Częstochową.

O dziwo i na szczęście mam jeszcze wolne weekendy, które poświęcam na intensywny odpoczynek. Tak intensywny, że wczoraj rano lewo się zwlekłam z łóżka ;-)

Cały ten stan potrwa do końca miesiąca, a potem nic nie wiadomo. Dobra wiadomość jest taka, że możliwości mam wiele, a zła taka, że do ostatniej chwili nie będę wiedziała, na czym stoję. Najbardziej chciałabym, żeby moja firma zaczęła porządnie zarabiać, wciąż bowiem moim celem i marzeniem jest praca w domu (albo gdziekolwiek akurat się znajdę z moim netbuczkiem), w godzinach, jakie mi samej będą najbardziej odpowiadać. Niestety ciągłe szukanie nowych zleceń jest nieco męczące. Jednak raz na jakiś czas zlecenia znajdują mnie same i to są te miłe momenty.

Poza tym dojrzałam do zmiany miasta. Kain już dawno proponował przeprowadzkę do Krakowa, ale ja nie chciałam wyjeżdżać. Jednak im częściej A. robi sobie dwu- lub jednodniowe wypady z miasta na K. w góry, tym bardziej mu tej bliskości gór zazdroszczę. Stąd to wielka wyprawa, stamtąd tylko wycieczka. W międzyczasie jednak Kain zmienił zdanie. Pertraktacje trwają, do września zapewne podejmiemy jakąś decyzję.

Besźel

„Chodziłem do pracy na piechotę, mijając ceglane łuki: ich szczyty, którędy prowadziły tory, znajdowały się gdzie indziej, ale nie wszystkie ich podstawy leżały za granicą. Przy tych, które mogłem zobaczyć, ulokowano małe sklepiki, znajdowały się tam też zajęte przez dzikich lokatorów pustostany, ozdobione barwnymi graffiti. W Besźel była to spokojna dzielnica, ale na ulicach roiło się od tych, którzy przebywali gdzie indziej. Przeoczałem ich, ale omijanie wszystkich zajmowało sporo czasu.”

„Wziąłem taksówkę i ruszyłem powoli przez korki. Ruch na Pont Mahest był intensywny, miejscowo i gdzie indziej. Gdy posuwaliśmy się ospale ku zachodniemu brzegowi, przez kilka minut nie miałem nic do roboty poza wpatrywaniem się w zanieczyszczoną rzekę, dym i brudne statki lśniące w odbitym blasku wieżowców o lustrzanych ścianach, stojących na cudzoziemskim brzegu, gdzie znajdowała się budząca zazdrość dzielnica finansowa. Besźańskie holowniki kołysały się na falach za ignorowanymi przez nie taksówkami wodnymi.”

„Rankiem po nasypie odległym o kilkanaście metrów od mojego domu okna przejeżdżały pociągi. Nie znajdowały się w moim mieście. Wagony były tak blisko, że mógłbym zajrzeć do środka i spojrzeć w oczy cudzoziemskim pasażerom, ale rzecz jasna nie robiłem tego.”

China Miéville „Miasto i miasto”

Poniższa notka zawiera negatywne emocje. Można nie czytać.

PODSUMUJMY:

– spalił się komputer
– rozwaliłam telefon
– od września nie mam pracy
– dwóch moich klientów się wycofało, trzeci się nie odzywa
– na niesnaski małżeńskie spuśćmy lepiej zasłonę milczenia
– a dziś zajebali nam rower spod drzwi mieszkania, żeby ich, chujów jebanych, pokręciło.

Lazy saturday c.d

Dobra, przepraszam Was za tę wczorajszą nibynotkę. To dlatego, że cały dzień chciałam opisać sobotę od A do Z, bo ten dzień był tak obfitujący w durne zbiegi okoliczności i krótkie, acz zabawne historie, że koniecznie chciałam się podzielić. A potem zabrałam się za pisanie o północy i po winie. Takie są skutki nadużycia, drogie dzieci.

W MediaMarkt doradzał nam pan, którego – bardzo nieładnie – oceniłam po wyglądzie. „Wie wszystko o komputerach, a po godzinach bawi się linuksem” – tak sobie pomyślałam, i z tego miejsca proszę o wyrozumiałość, zwłaszcza informatyków i linuksowców. Facet wyglądał jak nerd, ok? Jakież było moje zdumienie, kiedy – nie bardzo wiem, jak to się stało – zaczął opowiadać o swoim motocyklu, a potem o skuterze, na którym przejechał osiem tysięcy kilometrów po Europie. Piękna historia. Spytałam, czy to nie jest męczące, taka długa trasa na skuterze. Okazało się, że jest – dla skutera, który po tych 8 000 wysiadł. Pan miał się świetnie :)

Wieczorem, teraz uważajcie, a najlepiej usiądźcie, mój własny, osobisty mąż postanowił wyciągnąć mnie na miasto. Szok. Było późno, wiało i padało, ale co to dla nas. Ubrałam się ciepło, acz frywolnie (w końcu to prawie randka!) i ruszyliśmy po przygodę: szukać biletomatu.  Ten na naszym przystanku zepsułam rano, na poprzednim – nie miał kartoników, na kolejnym nie działał (widać ktoś inny też wydał maszynie dwa polecenia na raz), na jeszcze następnym nie było biletomatu… W ten sposób odbyliśmy romantyczny spacer w deszczu, a kiedy wreszcie udało się kupić bilet, z niejaką ulgą wsiedliśmy do tramwaju, żeby przejechać nim pozostałe CAŁE dwa przystanki. Po czym Kain zaprowadził mnie, wystawcie sobie, do knajpy, o której istnieniu nie miałam bladego pojęcia. (Wyjaśniam: zwykle to ja się włóczę po mieście, a on wypoczywa przy komputerze.) Knajpa nazywa się Time Cafe, daje jedzenie, oferuje piwo Ciechan, jest miła, ładna, pojemna i – sądząc po klienteli – gay friendly, czyli same plusy.

Wypiliśmy po miodowym i poszliśmy na spacer, który jakoś zupełnie automatycznie prowadził w stronę Zakąsek. Tu miałam szansę na rewanżyk, bo Kain nie był jeszcze w Zakąskach i nie widział słynnego Pana Romana, lornety z meduzą nie spożywał, słowem, nic o życiu nie wiedział.
Wprawdzie lokal największe oblężenie przeżywał, kiedy był knajpą z widokiem na krzyż, ale i tak tłumek zauważyliśmy z daleka. Manipulując mokrym parasolem przebiliśmy się do środka. Stanęłam przy barze, potrącając łokciem jakiegoś faceta. „Przepraszam.” „To ja przepraszam.” „Krzysztof.” „Luca. Małżonek.” Krzysztof i jego kolega przyjechali z Krakowa, żeby poznać Pana Romana, co też zaraz Panu Romanowi zakomunikowali. Ów bardzo się ucieszył i uścisnął im dłonie. Przerwałam tę uroczą scenę pytaniem, czy można kartą. Pan Roman nachylił się ku mnie.
– Proszę pani – rzekł – życie uważam za gotówkę.
Po czym spoważniał i dodał formalnie: – Płatność tylko gotówką.

Chłopcy z miasta na K zapytali, czy się z nimi napije.
– Ja, proszę pana, w ogóle nie jestem spragniony – odparł Pan Roman z praską (chyba, tak mi się obiło o uszy) godnością. Pogawędka zapowiadała się na dłuższą, więc znów się wtrąciłam, Panie Romanie, jak tylko awanturkę (kto nie wie, co to awanturka, niech się pofatyguje i zamówi, osiem zeta. Gotówką). Pan Roman obrócił się zgrabnie za barem i podał mi talerzyk, o cudzie niespodziewany! z trzema awanturkami.
– Dałem pani jedną gratis, bo my się od razu zrozumieliśmy. Od razu. Że kartą nie można.
Zapłaciłam, dygnęłam (mimowolnie! kolana same mi się zgięły do dygu, przysięgam) i wyciągnęłam oszołomionego Kaina z tłumu. Chcieliśmy zjeść na zewnątrz, ale pan ochroniarz dopełnił klimatu mówiąc: „Konsumpcja tylko w środku”.

Potem było już nudno: romantyczny spacer w deszczu po nocnej Starówce, schody ruchome pod Placem Zamkowym, powrót nocnym autobusem na Pragie i pad na twarz, bo jakoś tak się zmęczyliśmy. Lorneta i meduza nadal przed Kainem, ale klimat załapał w dwie minuty. Swoją drogą fenomen Zakąsek jest naprawdę ciekawy. Nie ma gdzie usiąść, tłok jak cholera, ciągle ktoś Cię stuka łokciem i dyszy Ci w kark, głośno, wybór napojów niewielki. Ale wszystko to jest częścią niepowtarzalnej atmosfery i klienci biorą jak leci, z dobrodziejstwem inwentarza. Byle był Pan Roman, kieliszek i talerz.

Notabene w Krakowie widziałam dwie podróby Zakąsek, ktoś wie, czy mają powodzenie?