Lazy saturday c.d

Dobra, przepraszam Was za tę wczorajszą nibynotkę. To dlatego, że cały dzień chciałam opisać sobotę od A do Z, bo ten dzień był tak obfitujący w durne zbiegi okoliczności i krótkie, acz zabawne historie, że koniecznie chciałam się podzielić. A potem zabrałam się za pisanie o północy i po winie. Takie są skutki nadużycia, drogie dzieci.

W MediaMarkt doradzał nam pan, którego – bardzo nieładnie – oceniłam po wyglądzie. „Wie wszystko o komputerach, a po godzinach bawi się linuksem” – tak sobie pomyślałam, i z tego miejsca proszę o wyrozumiałość, zwłaszcza informatyków i linuksowców. Facet wyglądał jak nerd, ok? Jakież było moje zdumienie, kiedy – nie bardzo wiem, jak to się stało – zaczął opowiadać o swoim motocyklu, a potem o skuterze, na którym przejechał osiem tysięcy kilometrów po Europie. Piękna historia. Spytałam, czy to nie jest męczące, taka długa trasa na skuterze. Okazało się, że jest – dla skutera, który po tych 8 000 wysiadł. Pan miał się świetnie :)

Wieczorem, teraz uważajcie, a najlepiej usiądźcie, mój własny, osobisty mąż postanowił wyciągnąć mnie na miasto. Szok. Było późno, wiało i padało, ale co to dla nas. Ubrałam się ciepło, acz frywolnie (w końcu to prawie randka!) i ruszyliśmy po przygodę: szukać biletomatu.  Ten na naszym przystanku zepsułam rano, na poprzednim – nie miał kartoników, na kolejnym nie działał (widać ktoś inny też wydał maszynie dwa polecenia na raz), na jeszcze następnym nie było biletomatu… W ten sposób odbyliśmy romantyczny spacer w deszczu, a kiedy wreszcie udało się kupić bilet, z niejaką ulgą wsiedliśmy do tramwaju, żeby przejechać nim pozostałe CAŁE dwa przystanki. Po czym Kain zaprowadził mnie, wystawcie sobie, do knajpy, o której istnieniu nie miałam bladego pojęcia. (Wyjaśniam: zwykle to ja się włóczę po mieście, a on wypoczywa przy komputerze.) Knajpa nazywa się Time Cafe, daje jedzenie, oferuje piwo Ciechan, jest miła, ładna, pojemna i – sądząc po klienteli – gay friendly, czyli same plusy.

Wypiliśmy po miodowym i poszliśmy na spacer, który jakoś zupełnie automatycznie prowadził w stronę Zakąsek. Tu miałam szansę na rewanżyk, bo Kain nie był jeszcze w Zakąskach i nie widział słynnego Pana Romana, lornety z meduzą nie spożywał, słowem, nic o życiu nie wiedział.
Wprawdzie lokal największe oblężenie przeżywał, kiedy był knajpą z widokiem na krzyż, ale i tak tłumek zauważyliśmy z daleka. Manipulując mokrym parasolem przebiliśmy się do środka. Stanęłam przy barze, potrącając łokciem jakiegoś faceta. „Przepraszam.” „To ja przepraszam.” „Krzysztof.” „Luca. Małżonek.” Krzysztof i jego kolega przyjechali z Krakowa, żeby poznać Pana Romana, co też zaraz Panu Romanowi zakomunikowali. Ów bardzo się ucieszył i uścisnął im dłonie. Przerwałam tę uroczą scenę pytaniem, czy można kartą. Pan Roman nachylił się ku mnie.
– Proszę pani – rzekł – życie uważam za gotówkę.
Po czym spoważniał i dodał formalnie: – Płatność tylko gotówką.

Chłopcy z miasta na K zapytali, czy się z nimi napije.
– Ja, proszę pana, w ogóle nie jestem spragniony – odparł Pan Roman z praską (chyba, tak mi się obiło o uszy) godnością. Pogawędka zapowiadała się na dłuższą, więc znów się wtrąciłam, Panie Romanie, jak tylko awanturkę (kto nie wie, co to awanturka, niech się pofatyguje i zamówi, osiem zeta. Gotówką). Pan Roman obrócił się zgrabnie za barem i podał mi talerzyk, o cudzie niespodziewany! z trzema awanturkami.
– Dałem pani jedną gratis, bo my się od razu zrozumieliśmy. Od razu. Że kartą nie można.
Zapłaciłam, dygnęłam (mimowolnie! kolana same mi się zgięły do dygu, przysięgam) i wyciągnęłam oszołomionego Kaina z tłumu. Chcieliśmy zjeść na zewnątrz, ale pan ochroniarz dopełnił klimatu mówiąc: „Konsumpcja tylko w środku”.

Potem było już nudno: romantyczny spacer w deszczu po nocnej Starówce, schody ruchome pod Placem Zamkowym, powrót nocnym autobusem na Pragie i pad na twarz, bo jakoś tak się zmęczyliśmy. Lorneta i meduza nadal przed Kainem, ale klimat załapał w dwie minuty. Swoją drogą fenomen Zakąsek jest naprawdę ciekawy. Nie ma gdzie usiąść, tłok jak cholera, ciągle ktoś Cię stuka łokciem i dyszy Ci w kark, głośno, wybór napojów niewielki. Ale wszystko to jest częścią niepowtarzalnej atmosfery i klienci biorą jak leci, z dobrodziejstwem inwentarza. Byle był Pan Roman, kieliszek i talerz.

Notabene w Krakowie widziałam dwie podróby Zakąsek, ktoś wie, czy mają powodzenie?

7 myśli nt. „Lazy saturday c.d

    1. Luca Autor wpisu

      Nie, że nie mówi ciekawie, tylko że siedzi w domu, przy swoim komputerze.

Możliwość komentowania jest wyłączona.