Świadkowie schyłku czasów królestwa wiecznych chłopców

Jestem jednorożcem. Jednorożec jest to stworzenie zupełnie niepraktyczne i nieprzystosowane. Ani to polować nie umie, ani ukryć się w lesie – najlepiej nadaje się do tego, aby wyginąć.

Moi przyjaciele (w liczbie dwóch) dali mi ostatnio do myślenia. Są to mężczyźni zorganizowani, odpowiedzialni i mądrzy, którzy lubią realizować się zawodowo. Zawodowa realizacja i idąca za nią stabilizacja finansowa są dla nich wartościami samymi w sobie i podstawą spokojnego życia. Brak takowej powoduje natomiast mobilizację całej energii życiowej do polowania na mamuta. Póki mamut nie zostanie prawidłowo upolowany, myśliwy nie zazna spokoju i nie może cieszyć się innymi rzeczami.

Piszę z lekką ironią, ale sądzę, że gdybym była żoną któregoś z nich, a tym bardziej, na przykład, matką jego dzieci, bardzo bym doceniła takie podejście do życia. Jednak nie jestem i czasem myślę sobie, że praca i pieniądze nie są w życiu najważniejsze. Ważne są inne rzeczy: rodzina, miłość, spacer po słonecznej łące, kąpiel w rzece nocą, czas spędzony z przyjaciółmi… Ponieważ jestem jednorożcem, jest mi bardzo smutno, kiedy widzę, jak brak wymarzonej pracy spędza przyjacielowi sen z powiek. Ponieważ jestem z rodziny jednorożców, których bogactwo nigdy nie wyrażało się w gotówce, od dzieciństwa czerpię radość z rzeczy niematerialnych (choć, oczywiście, materialne cieszą mnie tym bardziej, że musiałam się na nie naczekać). Od wielu lat traktuję kasę jako środek do celu, a zarabiać ją mogę jakkolwiek. Mam szczęście uprawiać zawody, które lubię, ale uprawiałam też nielubiane, w dodatku z sukcesem, i nie stanowiło to dla mnie wielkiego problemu. Pieniądze zawsze da się zarobić, a potem należy przejść do ciekawszych zajęć. Zanim ktoś mi zarzuci, że wyzywam ludzi od materialistów, zaznaczam, że nie mam tego na myśli. Rozważam po prostu systemy wartości, piramidy potrzeb każdego z nas.

I sama nie wiem, czy bardziej cenię praktyczne, męskie podejście do życia moich przyjaciół, czy może bardziej jest mi ich żal. Co prawda satysfakcję z pracy i pieniędzy łatwiej jest zmierzyć i zważyć, niż zadowolenie z Dobra, Piękna i Prawdy ;-) Tylko czy warto?

13 myśli nt. „Świadkowie schyłku czasów królestwa wiecznych chłopców

  1. Sykofanta

    Czasem zarabianie pieniędzy związane jest po pierwsze z satysfakcją stabilizacji życiowej, po drugie sama praca może powodować radość. Niektórzy nie traktują pracy jako przykrego obowiązku, ale faktycznie czerpią z niej przyjemność. Ja np. nieustannie dążę do wytworzenia sytuacji, w której praca będzie sprawiać mi przyjemność. Nie wyklucza to wcale posiadania zainteresowań pozazawodowych.

  2. synafia

    Jasne, ze warto. Warto jest się skupiać w życiu na tym, co jest dla nas istotne – tak po prostu. Dla jednego to jest satysfakcja z pracy, dla drugiego satysfakcja z wiersza, dla trzeciego satysfakcja z wyhodowanej własnoręcznie cukinii. Czemu zatem miałoby Ci być żal kogoś, kto tę satysfakcję czerpie z czego innego, niż Ty?

  3. ?!MiSzA!?

    Ja Twoich kolegów doskonale rozumiem. Pieniądz sam w sobie jest może suchy i bezduszny, ale w ileż kapitalnych przeżyć i wspomnień można go przekształcić.

    Osobiście nie znoszę swojej pracy. Kiedyś było inaczej, ale w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że otrzymuje polecenia od ludzi głupszych ode mnie. Tak samo nie cieszy mnie pobyt w Irlandii, z dala od rodziny i znajomych. Co tu ukrywać przymykam oko na te niedogodności dla pieniądza. Ale nie po to, żeby patrzeć wieczorami na stan konta. Te pieniądze to wyprawa na Kilimandżaro, urlop na Barbadosie, Paryż, Barcelona, Sewilla, Grossglockner, a wkrótce Mont Blanc. To mecz Polski na Mistrzostwach Europy i masa rzeczy materialnych, które zawsze mi się marzyły, ale bez pewnych wyrzeczeń byłyby dla mnie nieosiągalne.

    Jest czas siania i czas zbioru. A zbiór przynosi mi masę satysfakcji i zadowolenia… :)

    1. Luca Autor wpisu

      Misza, to co piszesz, doskonale oddaje moje podejście do tematu. Ja właśnie tak to widzę: że kasa i praca to środek do celu i dopiero ten cel mi robi dobrze.

      1. Sykofanta

        Luco, ja uwielbiam przede wszystkim cele, które po zarobieniu pieniędzy stają się osiągalne! Niemniej sądzę, że z samej pracy też można czerpać przyjemność – zależy jaka praca i o kim mowa. Nie widzę nic złego w tym, że ktoś się absolutnie fascynuje tym, co robi. Mogę nie podzielać jego fascynacji, ale skoro to lubi, to fajnie. No i jeszcze jest pewna liczba ludzi na świecie, którzy swoje pasje przełożyli na biznes i z tego żyją.

        1. Luca Autor wpisu

          Może źle się wyraziłam. Ja doskonale rozumiem fascynację własnym zawodem, każdemu tego życzę i uważam, że wykonywanie pracy, która mnie nie interesuje, na dłuższą metę nie ma żadnego sensu. Bo to jednak 1/3 życia prawie.

          Ja mówię o tym, kiedy realizowanie się zawodowe jest wazniejsze, niż realizowanie się w inny sposób, na przykład w związku.

    2. Sykofanta

      Misza, z dyskusji z ludźmi i z własnego doświadczenia widzę, że zazwyczaj polecenia dostaje się od ludzi głupszych od siebie, ewentualnie z klapkami na oczach. Trzeba mieć w sobie chyba po prostu odpowiednie stężenie kretynizmu, żeby w ogóle być branym pod uwagę przy obstawianiu stołków dyrektorskich :D

  4. RobertB

    Hm, trochę się pogubiłem w próbie nadążania za tym wątkiem.
    Co do podejścia do pracy: lubie takie stare powiedzenie polskich marynarzy w PŻM. Gdy ktos zaczynał, że rejs długi, bosman wredny, upał fatalny i robota ciężka to słyszał:
    „Nająłeś sie za psa? To szczekaj!”
    No to szczekamy, za lepiej lub gorzej umówioną stawkę…
    Owszem, praca (=zarabianie) to środek do celu. Ale pochłania nam coraz większą częśc życia.
    Podobno pierwotni łowcy mamutów i zbieracze jagód poświęcali na to 3-4 godziny dziennie. Resztę mieli zajęte odpoczynkiem, jedzeniem i rozmnażaniem. To zastanawiająca hipoteza!

    1. Luca Autor wpisu

      Myślę, że gdybyśmy poprzestawali na pierwotnych potrzebach materialnych – posiłek, skóra do okrycia i rozwidlona kość do przejechania nią po splątanych kudłach – też moglibyśmy pracować 3 godziny dziennie ;)

      Filozofia polskich marynarzy mi nie odpowiada. Jeśli nie mam chęci szczekać, zmieniam zawód…

      1. Sykofanta

        Myślę, że marynarzom chodziło dokładnie o to samo. „Nająłeś się za psa? To szczekaj!” = „Nie pasuje ci ta praca? Co tu robisz, zmień ją!”

Możliwość komentowania jest wyłączona.